Hitchcock – zmyślny rzemieślnik czy genialny wizjoner?

Nowy Folder - Hitchcock

 

Dziś nie jest wstydem oglądać filmy Hitchcocka, wręcz przeciwnie – to klasyka kina. Ale czy wypada się nimi zachwycać i emocjonować? Dawniej uznawany przez część krytyków za wyszkolonego kuglarza, który zwyczajnie wie, jak oddziaływać na emocje widzów, dziś – uznany i doceniony, ale nadal często zamknięty w szufladce „mistrz suspensu”, w której nie ma nic więcej.

 

Hitchcock

 

Podczas tegorocznego Millennium Docs Against Gravity (13-22 maja 2016) widzowie mieli okazję zobaczyć niezwykły kolaż filmowy, z którego wyłania się dość skomplikowany obraz Alfreda Hitchcocka. Na pierwszym planie dokumentu „Hitchcock / Truffaut” mamy historię spotkania dwóch twórców: młodego, ale już docenianego Truffaut i 63-letniego Hitchcocka. Tak powstała słynna książka – wywiad rzeka z Hitchcockiem. Truffaut chciał w niej udowodnić mistrzowski zmysł reżysera, człowieka, którego podziwiał i który go niezmiernie intrygował. Do rozmowy przygotował się bardzo skrupulatnie. Zobaczył jeszcze raz wszystkie filmy Hitchcocka, również pierwsze – nieme oraz przeczytał ich scenariusze.

 

Książkę „Hitchcock Truffaut”, nazywaną biblią filmowców, można analizować na przynajmniej kilku płaszczyznach. Z jednej strony Hitchcock opowiada w niej o swojej drodze i pokazuje krok po kroku, jak kręcił filmy, odkrywa przed nami sekrety inscenizacyjne, techniczne i wszelkie inne. Możemy prześledzić ewolucję jego pomysłów i cały rozwój jako reżysera. Z drugiej strony role w wywiadzie nie są ściśle przypisane, momentami jest to rozmowa o filmach Truffaut (to Hitchcock analizuje oraz zadaje pytania) i o kinie w ogóle. Dokument, którego kanwą jest ta książka, sięga również do jej oddziaływania na współczesnych twórców. O wpływie kina Hitchcocka opowiadają m. in. Kurosawa, Wes Anderson czy Martin Scorsese. To bardzo ciekawe dowiedzieć się, że Hitchcock miał wielki wpływ na Davida Finchera, uznanego reżysera, zwłaszcza thrillerów. Wpływy hitchcockowskie odnajduję w jego „Azylu”, uznawanym za raczej słabszy przykład jego twórczości. To film bez białych plam, których tak bardzo unikał sam Hitchcock. Trzyma w napięciu i nie pretenduje do bycia arcydziełem, i – co nie spodobało się widzom – nie wystrzega się błędów merytorycznych. Ale operowanie czasem i przestrzenią jest podobne jak u Hitchcocka, może zbyt tradycyjne jak na nasze czasy.

 

 

Od roku 1920 do 1970 Hitchcock stworzył i nakręcił 53 filmy. Na pytanie, jak trudno było na podstawie tak bogatego dorobku stworzyć obraz o ograniczonej długości, Kent Jones – reżyser dokumentu, stwierdza w wywiadzie dla rogerebert.com, że było to stosunkowo proste. Mógł wybrać, co chciał, a momentów naprawdę istotnych było dużo i jedna rzecz pociągała za sobą kilka kolejnych. Według mnie, to wcale nie była taka nieskomplikowana praca. Wymagała umiejętności selekcji i ustawienia odpowiednich punktów ciężkości oraz konsekwencji, żeby całość nie rozeszła się w szwach. To się udało. Powstał spójny, płynny dokument, który nie przygniata ilością informacji, w formie, która pozwala z zainteresowaniem śledzić kolejne elementy kolażu. Mimo że oglądamy analizy wielu pomysłów Hitchcocka, to Jones nie narzuca nam, byśmy bohatera filmu okrzyknęli geniuszem kina. Raczej w subtelny sposób zachęca do zgłębiania jego twórczości, zabawy w obserwowanie ustawień kamery i rodzajów jej ruchów. Takich możliwości dostrzeżenia w kinie Hitchcocka czegoś więcej niż tylko jego powierzchni, jest w tym dokumencie naprawdę mnóstwo. Momentami żałowałam, że dana scena z filmu reżysera nie trwa dłużej. Najchętniej zobaczyłabym jego dzieła w całości, nawet jeśli miałby to być piąty seans „Zawrotu głowy” czy „Człowieka, który wiedział za dużo”.

 

Jeśli ktoś jest ciekawy sztuczek Hitchcocka i chce rozgryźć światowy fenomen jego filmów, to dokument Jonesa jest do tego idealny. Jeśli ktoś jest zaznajomiony z tą twórczością oraz czytał książkę „Hitchcock / Truffaut”, może po seansie czuć pewien niedosyt. Bez wątpienia jednak oprócz udanej formy i zachowania równowagi użytych środków i materiałów, wartość filmu stanowi też skupienie się na reżyserze jako twórcy. Oszczędnie potraktowano jego życie prywatne, a mimo to migawka Hitchcocka na czworakach z małą córką na plecach pozwala zobaczyć w nim człowieka z krwi i kości. Dokument Kenta Jonesa jest równowagą dla dosyć jednowymiarowego wizerunku przedstawionego w fabularnym „Hitchcocku” z 2012 roku.

 

 

Dla mnie Hitchcock to przede wszystkim śmiały artysta, który realizował swoje wizje z godną podziwu precyzją i rozmysłem. Najważniejsze były dla niego pomysł i emocje widzów. Miał przed sobą zawsze jasno postawiony cel i jego słownik nie zakładał istnienia takich słów jak „przeszkoda”. „Ustalenie ostatecznego kształtu obrazu na ekranie, dla wyrażenia jakiejś idei, nigdy nie powinno być krępowane przez rzeczywistość. Nigdy, w żadnym wypadku! Technika filmowa pozwala na uzyskanie wszystkiego, czego się pragnie, na realizację każdego obrazu, jaki się wymyśliło, nie ma więc żadnego powodu, żeby z tego wymyślonego obrazu rezygnować, albo żeby szukać kompromisu między obrazem wymyślonym a tym ostatecznym. Jeśli nie wszystkie filmy spełniają to założenie, dzieje się tak dlatego, że w naszym zawodzie jest zbyt wielu ludzi, którzy kompletnie nie rozumieją obrazowości” – mówił Hitchcock w książce „Hitchcock Truffaut” (oprac. Tadeusz Lubelski, Świat Literacki 2005). I to chyba istota kina bohatera opisywanego dokumentu.

 

 

Klara Kluczykowska

 

 

„Hitchcock / Truffaut”
Reżyseria: Kent Jones
Produkcja: Stany Zjednoczone 2015