Ilja Zmiejew: Kultura nas nie zbawi

[spider_facebook id=”2″]

 

O stosunkach polsko-rosyjskich i o tym, czy sztuka pomaga nam walczyć ze stereotypami z Ilją Zmiejewem, rosyjskim aktorem od ponad dwudziestu lat grającym w polskich filmach, rozmawia Anna Sobolewska.

 

Ilja ZmiejewIlija Zmiejew przyjechał do Polski w 1991 roku. – Ja jestem człowiekiem rosyjskiej kultury, ale czuję się też obywatelem świata – mówi
(fot. ze spektaklu poetyckiego „Ludzie! Nie trzeba się bać!” http://zmiejew.pl/)

 

Jak się pan czuje jako Rosjanin, grając w takich filmach jak „Katyń” Andrzeja Wajdy?

Byłem zaszczycony, mogąc zagrać u mistrza Wajdy. W scenie, w której brałem udział, wraz z innymi radzieckimi oficerami i hitlerowcami staliśmy przed mapą i rozdzielaliśmy jeńców – szeregowi żołnierze byli przekazywani Niemcom i potem przez nich odsyłani do domów, a oficerów zabierało NKWD. Wiadomo, co się z nimi potem działo. Byłem wzruszony podczas kręcenia tej sceny. „Katyń” był drugim filmem Andrzeja Wajdy, w którym zagrałem. Pierwszy, w 1992 roku, był „Pierścionek z orłem w koronie”. W obu zagrałem radzieckich żołnierzy. Oczywiście to byli bohaterowie negatywni, ale moim zdaniem postać negatywną gra się bardziej interesująco niż pozytywną. W polskich filmach przeważnie gram Rosjan, ale zdarzało mi się też wcielać w role Polaków i Ukraińców. Teraz to pewnie nie byłoby możliwe, bo zmieniła się sytuacja polityczna. Ale wtedy był pokój. I grało się bardzo dobrze, bo na planie filmowym liczy się warsztat, to, czy zagra się dobrze, czy źle. Wspaniali aktorzy grają przecież morderców i zboczeńców i nie przestajemy ich przez to szanować.

 

Na jakie role w Polsce mogą liczyć rosyjscy aktorzy?

Przede wszystkim oficerów i wojskowych radzieckich. Zdarzają się też role niepolityczne, ale wtedy najczęściej chodzi o gangsterów, mafiosów. W „Ekstradycji” mój bohater zajmował się przemytem narkotyków. Natomiast w „Fali zbrodni” grałem rosyjskiego glinę w stanie spoczynku, który pomagał łapać przestępców w Polsce. On nie był czarnym charakterem, co nie zmienia faktu, że w jednym z epizodów okrutnie tłukł zatrzymanego.

 

Wiele mówi się o tym, że problemem polskiego kina jest brak nieszablonowych ról drugoplanowych. Role Rosjan na pewno są wyraziste, ale czy nie są stereotypowe?

W scenariuszach postacie rosyjskie są trochę przerysowane. Autor scenariusza nie ma czasu na zgłębianie tajników rosyjskiej duszy, która jest, trzeba to przyznać, zagadkowa i często w efekcie powstaje rola koturnowa, sztuczna. Jeśli w fabule pojawia się postać Rosjanina, to prawie zawsze w tle jest konflikt. Można go ująć abstrakcyjnie, jako konflikt między dobrem a złem. Moja postać oczywiście symbolizuje zło. Wróg musi być wyrazisty i to, że trzeba z nim walczyć, nie może pozostawiać żadnych wątpliwości. Mniej czarno-białe role prawie się nie zdarzają. Ale tak też było w historii – rozbiór polski w 1939 roku rzeczywiście miał miejsce i 17 września Armia Czerwona wtargnęła na tereny Polski. Moim zdaniem trzeba pokazywać prawdę, nawet, jeśli jest trudna. Tylko wtedy widz może coś zrozumieć. Dlatego takie okrutne są na przykład filmy Smarzowskiego „Róża” czy „Nienawiść” – film o rzezi wołyńskiej, w którym również gram. Rzeczywistość nie powinna być przedstawiana w filmie w sposób zawoalowany.

 

W sieci krąży wiele pańskich zdjęć w mundurze. Czy to tylko przebranie, czy jednak ubiór, który coś wyraża?

Nie jestem skłonny do noszenia munduru. Wszystkie te zdjęcia pochodzą z planów filmowych. Zawód artysty nie idzie w parze ze strzelaniem do ludzi. W życiu nie skrzywdziłem muchy, ale jako aktor często muszę być brutalny i jeśli trzeba, grać furiatów. Aktor ma to szczęście, że za gażę może przeklinać i wyładowywać agresję w zdrowy sposób. Często muszę szukać w sobie zwierzęcego instynktu – wydaje mi się, że on tkwi w każdym, nawet, jeśli pozostaje głęboko ukryty. W tym zawodzie najważniejsze są emocje, intuicja i czasami nadmiar refleksji nie jest wskazany. Z drugiej strony problemem jest to, że aktorzy często tylko powtarzają teksty napisane przez kogoś innego i sami się nad nimi nie zastanawiają.

 

jackstrongZmiejew często wciela się w postaci wojskowych
(fot. z planu filmu „Jack Strong”, http://zmiejew.pl/)

 

Czy polskie filmy mogą być w Rosji odbierane jako obraźliwe? Na przykład „Fotograf” Waldemara Krzystka nie będzie pokazywany w Rosji.

Sam podkładałem głos do rosyjskiego zwiastuna „Fotografa”, stąd wiem, że planowano go pokazywać w Rosji, ale to było jeszcze przed konfliktem z Ukrainą. Waldemar Krzystek bardzo lubi pracować z rosyjskimi aktorami. W „Małej Moskwie” połowa obsady aktorskiej składała się z Rosjan. Jednak polskie filmy typowo patriotyczne, takie, w których Rosjanin jest przedstawiony jako wróg, pozostają w Rosji zupełnie nieznane. Mimo to w rosyjskich kinach wyświetlano na przykład „1920 Bitwę Warszawską”. Ja też grałem w tym filmie, oczywiście nie postać pozytywną, ale bolszewickiego agitatora. Występował w nim również Aleksandr Domagarow, który w Rosji jest wielką gwiazdą, a w Polsce stał się popularny po tym, jak zagrał w „Ogniem i Mieczem” Jerzego Hoffmana. W Rosji można było obejrzeć też „Pana Tadeusza”, w którym grali słynni rosyjscy aktorzy, tacy jak Siergiej Szakurow.

 

Czyli stosunki polsko-rosyjskie, przynajmniej w sferze kultury, mają się nie najgorzej?

Ludzie światli, artyści, zawsze się rozumieli. Swoje spektakle w Polsce wystawiają m.in. Nikołaj Kolada, Konstantin Bogomołow, Iwan Wyrypajew, który jest mężem Karoliny Gruszki. Ci dwoje są zresztą świetnym przykładem twórczej polsko-rosyjskiej pary, która dzieli swój czas między oba kraje. Okił Khamidow, reżyser „Fali zbrodni”, przyjechał do Polski z Tadżykistanu, z terenów dawnego ZSRR. W Polsce zaczynał od noszenia kabli, a teraz jest reżyserem i ma własną firmę producencką. Swoją karierę zawodową z Polską związał Janek Aleksandrowicz Krasko, syn słynnego rosyjskiego aktora i polskiej reżyser dubbingu. Takie przykłady można mnożyć.

 

Mimo to ostatecznie rok 2015 nie będzie rokiem polskim w Rosji i rosyjskim w Polsce.

To była decyzja czysto polityczna. Występy były od dawna planowane, artyści przygotowani. Zresztą wiele inicjatyw w zakresie wymiany kulturowej między Polską a Rosją jest całkowicie oddolnych. W ten sposób powstał festiwal Sputnik nad Warszawą, który przekształcił się w Sputnik nad Polską. Przyjeżdżają na niego najlepsi filmowcy, pokazywane są najciekawsze filmy artystyczne, niszowe. Polacy bardzo lubią niekomercyjne rosyjskie kino. Sam chodzę na ten festiwal jako widz i sale zawsze są pełne. Jeśli chodzi o kulturę, muzykę, literaturę, to między nami nie ma żadnych niesnasek. Polacy uwielbiają klasykę rosyjską, w teatrach stale wystawia się sztuki Czechowa i Dostojewskiego.

 

A Rosjanie znają polską kulturę? W rosyjskich teatrach chyba nie wystawia się Mickiewicza?

Przypomniał mi się epizod z „Różyczki” Jana Kidawy-Błońskiego. Rzecz działa się w 1968 roku. Kręciliśmy w Teatrze Narodowym – aktor wygłaszał słynny i uznawany przez Rosjan za obraźliwy tekst „Dziadów”: „Nie dziw, że nas tu przeklinają/wszak to już mija wiek/jak z Moskwy w Polskę posyłają/samych łajdaków stek”. Mówiąc to patrzył na nas, członków delegacji radzieckiej, siedzących na widowni. Ja, jako ambasador Związku Radzieckiego, powiedziałem „Towarzysze, idziemy stąd”. I demonstracyjnie wyszliśmy.

 

 

Więc jednak wymiana kulturowa pomiędzy naszymi państwami jest trochę jednostronna?

Niekoniecznie. Gdy Aleksander Proszkin kręcił film „Córka kapitana” na podstawie klasycznej powieści Puszkina, szukał w Rosji pary nastolatków z typowo dziewiętnastowiecznymi rysami twarzy. Nie znalazł. Ale znalazł Mateusza Damięckiego i Karolinę Gruszkę. Potem długo pytano go, dlaczego nie mógł obsadzić w tych rolach rosyjskich nastolatków.

 

Czy to nie przeszkadzało Rosjanom? U nas wybór aktorki do roli Zosi w „Panu Tadeuszu” konsultował cały naród.

Mateusz i Karolina byli tak uroczy, że widzowie od razu ich pokochali. I myślę, że z wzajemnością. Ale to nie są odosobnione przypadki. Barbara Brylska jest w Rosji kultową aktorką, odkąd zagrała u Riazanowa w „Szczęśliwego Nowego Roku!”. Znani i lubiani w Rosji są również na przykład Ewa Szykulska czy Daniel Olbrychski. Andrzeja Wajdę Rosjanie nazywają „genialnym polskim reżyserem”. Również Krzysztof Zanussi jest w Rosji bardzo ceniony.

 

Mówi się, że Polacy są za bardzo przywiązani do historii, do przeszłości. Czy z Rosjanami jest podobnie?

Polacy lepiej od Rosjan znają swoją historię. W Rosji historia jest zakłamana. Państwo było i jest zideologizowane, na co wskazują również ostatnie wydarzenia polityczne. Dlatego pieniądze z państwowych funduszy przeznacza się tylko na filmy patriotyczne. Na krytyczne pieniędzy już nie starcza. Często natomiast powstają one dzięki wsparciu zachodnich producentów. Powiedziałbym wręcz, że rosyjski minister kultury jest antykulturowy. W efekcie telewizję zalewają produkcje w rodzaju tych, w których służby specjalne walczą z zachodnimi szpiegami, a do kin trafiają takie filmy jak „Udar słoneczny” Nikity Michałkowa, który kosztował miliony, a okazał się klapą finansową. Polacy bardzo cenią niektóre filmy tego reżysera, na przykład „Spalonych słońcem”, ale nie znają szerszego kontekstu jego twórczości. Takie filmy powstają na potrzeby zagranicznych festiwali i zagranicznej publiczności, nie dla Rosjan. W drugiej części „Spalonych słońcem” główny bohater, który wcześniej zginął, zmartwychwstaje – nie dla widzów, bo nikt już filmów Michałkowa nie ogląda, ale dla reżysera, który sam wciela się w jego rolę.

 

Artysta powinien mieć poglądy polityczne?

W Rosji to dziś obowiązek. Artyści, a w każdym razie ci, którzy mają sumienie, czują się odpowiedzialni za kraj i naród. Ostatnio wiele się mówi w Rosji o potrzebie odrodzenia. Wielu rosyjskich artystów ma poczucie misji, opór przeciwko władzy stał się dla nich źródłem siły. Coraz częściej akcja filmów rozgrywa się na prowincji. Ludzie, którzy oglądali „Lewiatana” Andrieja Zwiagincewa, na rosyjskojęzycznych forach internetowych porównują swoje życie do życia bohaterów i dzielą się doświadczeniami. Często piszą, że w ich rodzinnym miasteczkach jest tak samo, że tak jest w całej Rosji. Moim zdaniem prawdziwi artyści muszą być w opozycji. Jeśli artysta sprzedał się władzy, to spada wartość tworzonej przez niego sztuki, bo zaczyna stosować autocenzurę. Artysta musi być człowiekiem wolnym.
Szkoda, że niektórzy, których szanowałem, okazali się proputinowscy. Wielu twórców jest skłonnych do sprzedajności, bo władza daje duże możliwości, a artystom niezależnym mogą w każdej chwili zamknąć teatr albo wywołać w nim pożar.

 

 

W Rosji jest cenzura?

W Rosji panuje przede wszystkim autocenzura. Rosjanie dużo przeszli w czasach ZSRR i stali się ostrożni – świetnie wiedzą i wyczuwają, co może im zagrozić. Są bardzo wyczuleni na słowa, które mogłyby wzbudzić niezadowolenie władzy. Nie chcą nikogo drażnić i sami niwelują ostre fragmenty w wypowiedziach, również artystycznych. W ten klimat doskonale wpisuje się krytyka filmowa. Na przykład „Lewiatan” był w Rosji oceniany niezwykle surowo. Twierdzono, że jest zbyt pesymistyczny i przedstawia zafałszowany obraz putinowskiej Rosji. Z drugiej strony jednak zawsze podchodzono w ten sposób do talentów. Artystów we wszystkich czasach uważano za nienormalnych, za dziwaków. Dla mnie ta nadmierna krytyka bierze się przede wszystkim z zazdrości o to, że Zwiagincew osiąga sukces za sukcesem. Zresztą, wbrew oczekiwaniom, od początku lutego jego film jest pokazywany w całej Rosji.

 

Czy zazdrość o sukcesy to wspólna wada Rosjan i Polaków?

Polacy i Rosjanie niewiele się pod tym względem różnią. W Stanach nie ma takiej zawiści. Jeśli ktoś osiągnął sukces to inni mówią „ja też chcę”. Ale to jest kraj odkrywców, ludzi o zupełnie innej mentalności.

 

Polacy i Rosjanie są jeszcze w czymś do siebie podobni?

Polak rozumie czym jest wolność i walczy o nią. Rosjanie nigdy nie walczyli o żadną swobodę i nie rozumieją, co to jest. Szukają zawsze sprawiedliwego władcy, cara, którego miejsce teraz zajął Putin. I pozostaje popularny – mimo kryzysu i inflacji. Propaganda w telewizji publicznej jest wszechobecna. Młodzież z depresyjnych miasteczek tego słucha i idzie walczyć – wystarczy dać im broń. Ale wracając do wad – Polacy, w przeciwieństwie do Rosjan, mają marudny charakter. Zawsze się skarżą, że jest źle i będzie jeszcze gorzej. Ja przyjechałem do Polski w wieku 36 lat i na moich oczach ten kraj zmienił się nie do poznania. To ogromny sukces, który udowadnia, że można osiągnąć wszystko, gdy wolni ludzie demokratycznymi metodami wybrali sobie władzę, którą mogą w każdej chwili odwołać, jeśli źle wywiązuje się ze swoich obowiązków.

 

 

Czy był taki moment, że w Rosji była szansa na demokrację?

Nie. W Rosji zamiast demokracji panowała anarchia. Ludzie blisko władzy skorzystali z tego, że państwo się rozpada i zagarnęli dla siebie najbardziej łakome kąski – w taki sposób przebiegała u nas prywatyzacja. Rosyjski kapitalizm jest nierozumny, w przeciwieństwie do polskiego. W Polsce nawet za komuny była przedsiębiorczość, a Rosjanie zachłysnęli się dobrobytem i dziś koncentrują się na wydawaniu pieniędzy. Wiele inicjatyw, które prężnie działają i rozwijają się w Polsce, w Rosji byłoby niemożliwych. Mam na myśli na przykład Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy – u nas osobę prowadzącą podobną działalność od razu uznano by za złodzieja, oczywiście dlatego, że w Rosji panuje straszna korupcja i ludzie nie mają do siebie zaufania. Podobnie z kwestowaniem na Powązkach, inicjatywą Jerzego Waldorffa. Uczestniczę w kwestowaniu na Powązkach już od piętnastu lat i za każdym razem mnie to wzrusza.

 

Jak się ma kultura w warunkach zachłyśnięcia kapitalizmem?

Pewne tradycje są w Rosji wciąż żywe. Podczas przyjęć wszyscy chórem zaczynają śpiewać piosenki, wszyscy znają słowa – nie tylko jedną zwrotkę, jak w Polsce. Polacy są indywidualistami, a Rosjanie zawsze żyli we wspólnocie. Ludzie byli biedni i żeby móc się spotkać, robili zrzutki, każdy coś przynosił i dzielił się z innymi. Widać to do dziś. Ostatnio Michał Pater, chłopak z Wrocławia, przejechał autostopem aż do Magadanu, mając w kieszeni 200 zł i dwie konserwy. Był zachwycony rosyjską gościnnością.

 

Pan przyjechał do Polski w 1991 roku. Czy Polska kojarzyła się Panu z wolnością?

Moja mama była polską Żydówką. Ja jestem człowiekiem rosyjskiej kultury, ale czuję się też obywatelem świata. Dzisiejsza Polska jest krajem jednolitym pod względem narodowościowym – dawni Polacy częściej stykali się z obcymi kulturami, zwłaszcza ludzie z Kresów. Sądzę, że dlatego byli bardziej tolerancyjni i często może również bogatsi wewnętrznie. Myślę, że właśnie to miał na myśli Hoffman, gdy mówił, że tęskni za „stepowymi Polakami”. Ale na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat w Polsce topnieje prowincjonalność. Nie słyszy się już rasistowskich okrzyków. W Sejmie jest czarnoskóry poseł, są homoseksualiści, jest też osoba transseksualna.

 

katyn Zmiejew występował m. in. w filmach Andrzeja Wajdy, Jerzego Hoffmana, Kazimiera Kutza, Janusza Zaorskiego, Wojciecha Smarzowskiego i Władysława Pasikowskiego
(fot. z planu „Katynia”, http://zmiejew.pl/)

 

W Rosji panuje podobna różnorodność?

W Rosji o homoseksualizmie się nie mówi. Natomiast nie ukrywa się już tego, że Rosja jest krajem wielonarodowym. Prezenterami telewizyjnymi coraz częściej zostają ludzie o azjatyckich rysach twarzy czy mieszkańcy Kaukazu. Na przykład prezenterką kanału Rossija 1 jest Marina Kim, z pochodzenia rosyjska Koreanka. To oczywiście trend, zainspirowany zachodnimi stacjami, takimi jak BBC.

 

Rosjanie czują się Europejczykami?

Inteligencja, w dobrym znaczeniu tego słowa, czuje przynależność do Europy, bo zna historię i wie, że bez Europy Rosja nie mogłaby się rozwijać. Nawet Kreml, symbol Rosji, został zaprojektowany przez włoskich architektów. Jednak coraz częściej słychać głosy, że Europejczycy nie mają duszy, że są materialistami, że Europa jest niewdzięczna. Rosjanie są podatni na takie hasła, bo dziś nie mają się czym pochwalić i pozostaje im wspominanie przeszłości.

 

Kultura nie wystarcza, żeby się pochwalić?

Kulturę chłoną ci, którzy mają taką potrzebę. Sztuka kształtuje charakter, zwłaszcza w młodym wieku i potem często towarzyszy nam już do końca życia. Sprawia, że stajemy się ludźmi w prawdziwym znaczeniu tego słowa. Ale obcujemy z nią indywidualnie, przeżywamy ją sami dla siebie. Kultura nas nie zbawi.