Ja uchodźca. Dwie historie, dwa spojrzenia.

„20 tys. Polaków zalewa Austrię”. Brzmi niewiarygodnie? A może z czymś się kojarzy? Tak o Polakach pisał w 1981 roku „New York Times”. W 34. rocznicę wybuchu stanu wojennego, teraz, gdy Polska i Europa mierzą się z problemem przyjęcia fali uchodźców z Bliskiego Wschodu, w warszawskim BarStudio odbyło się spotkanie przypominające, że był taki czas, kiedy to Polacy byli ekspatriantami.

 

Czołgi T-55 podczas stanu wojennego w Zbąszyniu (fot. wikipedia)

 

Gośćmi spotkania byli Maria Wiernikowska, dziennikarka i korespondentka wojenna, oraz Jacek Pałasiński, dziennikarz i publicysta. Dyskusję prowadziła Magdalena Rigamonti. Spotkanie rozpoczęło się od wyświetlenia fragmentu filmu „Ostatni prom”, w nim – Polacy płynący na „wycieczkę” do Hamburga, z której większość z nich już by nie wróciła. Znaczna ich część, wydając na to ostanie pieniądze, zmuszona jest do podjęcia dramatycznej decyzji. Gdy po ogłoszeniu stanu wojennego statek zawrócono do Świnoujścia, ryzykują życie, skacząc do morza, bo pragną dostać się do pobliskich kutrów niemieckich. Czy analogiczne sytuacje nie rozgrywają się obecnie na Morzu Śródziemnym?

 

Zarówno Maria Wiernikowska, jak i Jacek Pałasiński dowiedzieli się o stanie wojennym, przebywając we Włoszech. Okoliczności tego, jak się tam znaleźli, są jednak zupełnie inne. Ona, jak sama powiedziała, „dała nogę” z autobusu kabaretu „Piwnicy pod Baranami”, machając rozbawiona na pożegnanie odjeżdżającym towarzyszom. On w tym czasie pracował we Włoszech i szykował się do powrotu do domu na święta, obładowany prezentami dla rodziny. Bilet miał zakupiony na 14 grudnia. Gdy pierwsze wiadomości z Polski dotarły do Włoch, Maria siedziała z przyjaciółką w kawiarni. Włosi, dowiedziawszy się, że są Polkami, zaczęli je ściskać i okazywać wyrazy sympatii. Wtedy jeszcze dziennikarka nie zdawała sobie do końca sprawy z powagi sytuacji. Za to Jackowi zawalił się cały świat, w Polsce zostawił żonę i dzieci. Wtedy nikomu jeszcze nie przeszła przez głowę myśl, że komunizm może runąć, a dziennikarz będzie mógł wrócić do kraju. Ukochane Włochy nagle wydały mu się więzieniem, a dzieła sztuki i architektury, które miał zwyczaj podziwiać, paskudne.

 

Dla Marii od początku jej ucieczki z autokaru bycie „uchodźcą” było przede wszystkim przygodą, dostała francuską wizę i wyjechała tam, gdzie spotykała się z życzliwością, „będąc ciągle ratowana”. Nie musiała się martwić o dach nad głową, przetrwanie. Dopiero, gdy nadeszły święta bożonarodzeniowe, które zresztą spędziła, „jedząc niedobrego, zimnego kurczaka”, doszła do niej groza sytuacji. Coś w niej pękło i postanowiła działać, zatrudniła się we francuskiej filii „Solidarności”, stworzonej przy tamtejszych związkach zawodowych.

 

Obwieszczenie Rady Państwa o wprowadzeniu stanu wojennego (fot. wikipedia) 

 

Inaczej ten okres wspomina Jacek Pałasiński. – Nigdy nie czułem się uchodźcą, tylko więźniem – mówił na spotkaniu. Oddalony od rodziny, próbował wracać, ale cofano go z granicy austriackiej. Austriacy twierdzili zresztą, że do Polski w tej chwili i tak go nie wpuszczą. Czuł ból, którego – jak mówił – „nie da się wyrazić słowami”. Rzucił się więc w wir pracy, „która podtrzymywała go przy życiu”. Założył komitet solidarności, jednak nie spotkał się z tak serdecznym traktowaniem, jak Maria. – Z plastikową torbą chodziłem od mieszkania do mieszkania – opowiadał. Ciągle brakowało mu pieniędzy, podczas gdy Maria, pracując w komitecie, otrzymywała od Francuzów pensję wystarczającą na godne życie. Na domiar złego, zaczęły pojawiać się rozłamy w samym komitecie. On uważał, iż trzeba wykorzystywać każdą możliwą pomoc, także włoskich komunistów, którzy potępili wprowadzenie stanu wojennego. Wielu Polaków z komitetu było jednak innego zdania, nie chcąc współpracować z lewicą. Komitet zaczęły infiltrować także komunistyczne służby, lecz nie było to aż tak wielkim zagrożeniem, jakim mogło się wdawać, bo przysyłani szpiedzy najczęściej „mieli wypisane na czole »jestem ubekiem«”. We Włoszech szybciej ostygł także entuzjazm do pomocy Polakom, podczas gdy we Francji „Solidarność” budziła powszechną fascynację, zarówno na prawicy, jak i na lewicy.

 

Wiernikowska wspomina ten okres „fantastycznie”, jednak gdy przez cenzurę przeszły pierwsze wiadomości o pacyfikacji kopalni „Wujek”, przyszło zwątpienie. Jechała wtedy w metrze i nie mogła powstrzymać płaczu, myślała: „co ja tu robię, gdy w Polsce trwa prawdziwa walka?”. Przystąpiła do pracy ze zdwojoną siła, pracowała między innymi jako tłumaczka i rozpoczęła swoją dziennikarską przygodę. Udało jej się m.in. dostać do Polski i przeprowadzić wywiad z księdzem Popiełuszką. Dla Jacka Pałasińskiego najgorszy okres minął, gdy udało mu się sprowadzić rodzinę do Włoch, ale w dalszym ciągu nie skończyły się jego problemy finansowe.

 

Wojciech Jaruzelski przygotowujący się do wygłoszenia przemówienia informującego o wprowadzeniu stanu wojennego (fot. wikipedia) 

 

Tak wyglądały losy Marii Wiernikowskiej i Jacka Pałasińskiego jako uchodźców. Jak ustosunkowują się oni do obecnej sytuacji w Europie, kryzysu emigracyjnego oraz dyskusji wokół niego? Jacek Pałasiński jest przede wszystkim zaniepokojony coraz większymi wpływami sił ksenofobicznych i nacjonalistycznych. Gdy po trzydziestu latach wrócił z Włoch do Polski, był to dla niego kraj naładowany pozytywną energią, fantastycznie się rozwijający. Dziś Polska, jak i Europa zmieniły się. – Wygrywają łajdacy, czemu? Bo legitymizują nasze własne łajdactwo – mówił dziennikarz. Polacy nie potrafią zmierzyć się ze swoją własną historią. Maria Wiernikowska powiedziała zaś, że ma w mieszkaniu wolny pokój i z chęcią kogoś przyjmie. Dziennikarka uważa, że uchodźców trzeba włączyć w „krwiobieg” Polski, a nie skazać na wegetację w obozach. Nie może również znieść tego, że szczuje się jednych ludzi na drugich.

 

Na koniec dyskusji udzielono głosu publiczności. Wypowiedział się między innymi pan Zygmunt, również uchodźca polityczny, mieszkający w USA. Zmuszony do emigracji, w opowieści o swojej tułaczce po świecie przedstawił, jak często u ludzi walczących o przetrwanie na emigracji dają znać ciemne zakamarki ludzkiego umysłu. Padło pytanie o samo wprowadzenie stanu wojennego. O to, czy Rosjanie naprawdę mogli wejść do Polski. Jacek Pałasiński, wspominając swoją pracę jako dziennikarz, przytoczył rozmowę z Gorbaczowem, który powiedział, że nie. Rosjanie chcieli zostawić tę sprawę Polakom. Jednocześnie „śmiertelnie” przestraszono Jaruzelskiego, by ten zajął się opozycją, a cała machina ruszyła dużo wcześniej. O samym Jaruzelskim Pałasiński dobrego zdania nie ma. Nazywa go jednym z najbardziej zakłamanych ludzi, jakich znał. Pałasiński nawet religijność mającą się objawić pod koniec życia generała, uważa za wynik zakłamania. Dodał jednak, że to, że on i „reszta łajdaków” uniknęła sprawiedliwości, to i tak niska cena za naszą wolność. Poza tym, powiedział na zakończenie, Franciszek ogłosił nowy rok liturgiczny rokiem miłosierdzia, a w roku miłosierdzia wszystkim należy się przebaczenie.

 

Karol Wójcik