Jak Van Gogh w burdelu

W maju w Nowym Folderze przyglądamy się jak Polacy radzą sobie z epidemią koronawirusa. U większości kwarantanna przebiega spokojnie. Siedzą w domach, pracują. Trochę inaczej jest w przypadku pisarza, Artura Kosiorowskiego, który opowiada o swojej nietuzinkowej codzienności w okresie pandemii.

Jak się czujesz?

W porządku. W razie czego otworzę cydr i wyjdę na balkon zapalić papierosa.

Trudno się żyje w czasach koronawirusa?

Nie, jak na mnie to jest wręcz zadziwiająco dobrze.

Dlaczego zadziwiająco?

Bo często miewam stany depresyjne, a teraz jest całkiem ok. 

Czyżby pozytywny wpływ izolacji?

Mam naturę outsidera, z domieszką wolterowskiej mizantropii, więc brak ludzi wokół niespecjalnie mi przeszkadza. Zresztą, traktuję tę całą koronę z przymrużeniem oka i jeśli będę chciał się z kimś spotkać, to się po prostu spotkam. Stan izolacji na pewno mi nie przeszkadza, to dla mnie stan poniekąd naturalny. Dużo gorsze byłoby przymusowe towarzystwo chama i prostaka.

Chyba niezbyt przejmujesz się wszechobecną zarazą…

W ogóle się nie przejmuję. Nie lubię małostkowości, niewiele rzeczy mnie przejmuje, poza jakimiś sprawami, które dla mnie są istotne, a dla większości mniej zauważalne, jak na przykład tragedia bytu ludzkiego. Inne może mnie czasem denerwują, ale najczęściej zbywam je machnięciem ręki. Na pewno nie mam natury panikarza, raczej nonszalancko traktuję życie.

Jest coś, co jednak zmienił koronawirus w twoim życiu i postrzeganiu?

Wiesz, ta cała pandemia zastała mnie w dość dziwnym momencie życia. Byłem właśnie po próbie samobójczej w szpitalu psychiatrycznym. O tym że wybuchła pandemia i o jej przebiegu dowiadywałem się z telewizji, która jak zwykle dramatyzuje. W szpitalu byłem pacjentem niepokornym, raz uciekłem i zgarnęła mnie policja z pociągu na Fabrycznym w Łodzi, cały czas wykłócałem się z lekarzami, że chce wyjść jak najszybciej. Pandemia nie budziła we mnie przerażenia, wręcz przeciwnie, jako pisarz chciałem raczej brać udział w czymś tak wyjątkowym i epokowym, jak mogło się zdawać na podstawie informacji z telewizora. Pandemia zmieniła tyle, że straciłem przez nią pracę. Bardzo możliwy był scenariusz, że wyjdę z tego psychiatryka i po prostu nie będę miał gdzie pójść – bez pracy, bez mieszkania. Wtedy pozostałoby mi tylko pójść na pola za psychiatrykiem i zjeść tabletki, które mi przepiszą i popić je wódką i albo mnie odratują albo nie. Zresztą, groźba tego była najzupełniej realna. No ale jakoś Opatrzność Przemożna najwyraźniej działa. I to były moje prawdziwe problemy, sam koronawirus przejmował mnie mniej. Noszę maseczkę (kiedy tylko mogę zdejmuję), by nie dostać mandatu, a nie by się nie zarazić.

Coś zmieniło się w funkcjonowaniu psychiatryka przez wybuch pandemii?

Tak, w psychiatryku wprowadzono obostrzenia. Ja przebywałem, za karę, za próbę ucieczki, cały czas na oddziale zamkniętym, gdzie co najmniej połowa pacjentów była pacjentami osadzonymi przez sąd. Ich obowiązywały trochę inne prawa niż nas, ale ogólnie: zakaz odwiedzin, to przede wszystkim, i to chyba jedyne. Przez pewien czas był zakaz dostarczania paczek pacjentom, co skończyło się tym, że byłem zmuszony kręcić papierosy z tytoniu z kiepów. Miałem pieniądze na koncie, ale nikt by mnie nie wypuścił do sklepu, nawet pod nadzorem sanitariusza. W psychiatryku, w którym byłem, a przecież byłem w nim nie pierwszy i nie drugi raz, zmieniło się bardzo wiele, ale akurat koronawirus wpłynął na to chyba najmniej.

Jak radzisz sobie teraz finansowo? 

Całkiem nieźle, a może będzie jeszcze lepiej. Na szczęście, organizacje literackie i Ministerstwo Kultury stanęli na wysokości zadania. Dostałem już jedno stypendium na napisanie książki z ZAIKS-u, czekam na odpowiedź z Ministerstwa Kultury w sprawie stypendium na nagranie moich audiobooków, może jakoś to będzie. W znacznie gorszej sytuacji są, na przykład, artyści sceniczni, których głównym źródłem dochodu były występy przed publicznością. Poza paroma wielkimi nazwiskami ludzie Ci będą cierpieć biedę, i już cierpią.

Czy zmieniła się jakoś intensywność sprzedaży twoich książek od początku kwarantanny?

Ciężko mi powiedzieć, nawet nie pytałem o to w wydawnictwie. Nigdy nie było to żadnym znaczącym źródłem dochodu w moim przypadku.

Co planujesz w najbliższym czasie?

Przeprowadzam teraz mały remont u kolegi, u którego pomieszkuję pod jego nieobecność. Najbliższy czas to będzie zapewne sporo czytania. Co dzień też medytuję, maluję całkiem sporo, może dokończę jedno opowiadanie, które zacząłem i które zapowiada się całkiem nieźle. Największe zmiany zaczną się od czerwca. Będę musiał opuścić mieszkanie i zamieszkam z pewnym niewidomym muzykiem, jednym z najlepszych perkusjonalistów w Polsce. Myślę, że może to być bardzo ciekawe i ożywcze doświadczenie, ale przede wszystkim będę musiał zacząć pisać książkę, do której pisania zmobilizuje mnie stypendium. I bardzo dobrze, bo ten tekst od dawna domagał się napisania, a jakoś tak się rozkokosiłem przez ostatnie lata, że jak mi nie zapłacą, to mi się nie chce pisać. Na pewno chciałbym też kontynuować medytację i podejmować w dalszym ciągu próby malarskie.

A jak nastroje wśród twoich znajomych, którzy też są artystami?

Pozytywnie, mimo wszystko. Większość coś działa, stara się coś robić, zaistniała sytuacja pobudza ich do działań internetowych. To może być wręcz szansa. Ten czas, jeśli odpowiednio na to spojrzeć, to pod wieloma względami szansa.

Beatnicy słyną z wariackiego życia, wybryków, podróżowania stopem, ubrani są często tak samo jazzowo, jak brzmią ukochane przez nich melodie. Co istotniejsze, ich inspiracja najczęściej płynie z zewnątrz. Masz jakiś sposób na tworzenie mimo mniejszej ilości bodźców?

Sztuka to raczej klasztor, niż impreza, ale zapewniam cię, że bodźców mi ani nie brakowało, ani nie brakuje. Karuzela mojego życia wcale nie wyhamowała. Nadal dzieje się bardzo dużo i prawdopodobnie nadal się będzie działo, chyba że zmądrzeję kiedyś, ale na to się nie zanosi.

fot. Patrycja Rembiszewska

Do tej pory w książkach pisałeś o własnych przeżyciach. Następna pozycja też będzie autobiograficzna?

Tak, choć oczywiście nie do końca. Czasem żartuję, że piszę o jedynym interesującym temacie we Wszechświecie, czyli o sobie. Jak twierdził William S. Burroughs, którego twórczość była so weird, każdy pisarz ostatecznie pisze o sobie. Zresztą, to nie tylko jego opinia. Dostałem życie jakie dostałem, nie najłatwiejsze, ale przecież nie modliłem się nigdy o łatwe życie, ale o ciekawe. No to cierp duszo coś chciała, wsiadłem w ten rollercoster i chciałbym po prostu dobrze to opisać. To dla mnie najważniejsze.

Nie brakuje Ci kobiet, kiedy siedzisz tak sam w mieszkaniu?

Czy to pójdzie w wywiadzie? (śmiech). Ależ oczywiście że mi brakuje. Tylko tego mi brakuje właściwie.

W jaki sposób odkryłeś, że pisarstwo to ta jedyna?

Długa historia. W największym skrócie, zaczęło się od pisania listów, oczywiście do dziewczyn i się okazało, że nieźle mi to wychodzi. Byłem wtedy bardzo młodym chłopakiem po przejściach ulicznych, potem był Monar, wielka, głupia młodzieńcza miłość. Jako chłopak z ulicy chciałem się dostać na studia, mieć to samo co inni, czymś zaimponować, a potem zwariowałem i zacząłem czytać i pisać tak intensywnie, że aż naprawdę zwariowałem. No i tak już zostało, a że jestem upartym obsesjonatem, to i z czasem coś z tego wyszło. To tak w największym skrócie.

Okazało się, że to jest moja droga, by zostawić niezatarty ślad, parafrazując słowa Williama S. Burroughsa.

Jakiś literacki morał na koniec?

Może rada Erica Arthura Blaire’a, znanego szerzej jako George Orwell: nie słuchaj żadnych rad.

Artur Jan Kosiorowski (ur. 23 września 1983) – pisarz, plastyk. Autor, między innymi, takich książek, jak Wiosna życia (2013), Tylko paranoja jest twórcza (2018) czy Świadectwo pijanej (nad)świadomości (2019). W 2017 roku nominowany do nagrody głównej w konkursie na autorską książkę roku Świdnica 2017. 

fot. obrazek wyróżniający: Patrycja Rembiszewska

Wpisy

Studentka finansów i dziennikarstwa na UW. Szefowa działu Książka w NMS Magiel. Beatnik, wagabunda i dekadentka w jednym. W życiu chce jak Blaise Cendrars "Podróżować przez książki, ludzi, kraje". Kocha stary rock, jazz, kino nieme i tańce latino.