Jerzy Śladkowski: Film to nie terapia

To nie rzeczywistość dyktuje wszystkie warunki – mówi Jerzy Śladkowski, zwycięzca prestiżowego festiwalu IFDA w kategorii pełnometrażowego dokumentu. Klara Kluczykowska pyta reżysera o nagrodzony film „Don Juan”, granice i ramy dokumentu oraz o jego wpływ na życie bohaterów.

 

Jerzy Śladkowski (ur.  1945 w Radomiu) – reżyser i scenarzysta na stałe mieszkający w Szwecji.  Absolwent Wydziału Filologii Klasycznej na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu i Wydziału Dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskiem.  Zrealizował ponad 30 dokumentów, głównie w Szwecji i Rosji. Laureat Wielkiej Nagrody Dziennikarzy Szwedzkich (fot. Klara Kluczykowska) 

 

„Don Juan” to historia 22-letniego autystycznego Olega, który ma problem z wyrażaniem emocji i relacjami z innymi ludźmi, zwłaszcza kobietami. Metody mające doprowadzić, by stał się prawdziwym mężczyzną są drastyczne. W końcu Oleg trafia do grupy teatralnej zdominowanej przez dziewczyny, które wybierają dla niego rolę Don Juana.

 

Czy to przypadek zsyła bohaterów pańskich dokumentów?

 

Jerzy Śladkowski: Szukanie ich to ciężka praca. Ale tak, często znajduję ich przez przypadek.

 

A jak było z „Don Juanem”?

 

Pojechaliśmy do Niżnego Nowogrodu w zupełnie innej sprawie. Minął rok od rozpoczęcia realizacji, a tej historii nawet nie było w treatmencie. Była za to mało atrakcyjna przychodnia dla neurotyków. Nie bardzo wiedzieliśmy, co robić. Wymyśliliśmy w końcu, że Wojtek Staroń będzie obserwować ludzi, którzy przychodzą tam na terapię. W pewnym momencie mówi: „Słuchaj, gdzie bym nie zaczął ujęcia, to zawsze kończę na tym chłopaku”. Ja też go widziałem, ale od razu nie zwróciłem na niego uwagę. Gdy zacząłem z nim rozmawiać, włączyła się jego matka. Pokłócili się, że nie udało mu się umówić na randkę. To był jego główny problem – nieumiejętność komunikowania się z kobietami. Zaczęli się nieźle kłócić, włączyła się też babcia. Wtedy spojrzeliśmy po sobie z Wojtkiem: mamy bohatera. A potem dowiedziałem się, że jest trochę autystyczny, tak – był inny.

 

To choroba wpływała na jego nieśmiałość i strach?

 

Nie wiem, czy to choroba, raczej stan umysłu. Oleg ma pewną blokadę emocjonalną, trudność z przyjmowaniem i okazywaniem emocji.

 

A jak dał się przekonać do pomysłu kręcenia filmu? To chyba musi być trudne dla takiego chłopca.

 

Zależy jak się do tego podchodzi. Jak mu się macha kamerą przed nosem i powtarza, że to film, to rzeczywiście może się wystraszyć. A myśmy się po prostu zakumplowali. Ja zawsze czekam na sygnał od bohatera, nigdy odwrotnie. Wreszcie sam zapytał, czy mógłby być sfilmowany.

 

 

A jak matka zareagowała na ten pomysł?

 

Matka zobaczyła w tym szansę, żeby go otworzyć. Pomyślała, że jak będzie się z nami zadawał, to będzie musiał znaleźć sobie miejsce w zupełnie nowym środowisku. Ekipa przyjęła go bardzo serdecznie. Na początku byliśmy tylko my, on, matka i babcia. Dopiero potem matka zaczęła mówić, że jest tam bardzo dobra szkoła teatralna i może dobrze by było, gdyby mógł wejść w jakieś role. On bardzo chciał wczuć się w Obłomowa, postać z powieści Gonczarowa, kompletnego lenia i nicponia, który nic nie robi i jest bardzo bogaty. To był jego idol. Matka poszła do tej szkoły i wtedy już wiedziałem, że będziemy filmować jego historię, że wreszcie mamy coś ciekawego. Dziewczyny z grupy teatralnej przyjęły go jak młodszego brata, to one wymyśliły, żeby dać mu rolę Don Juana.

 

No i film wyklarował w chwili, gdy pojawił się pomysł szkoły teatralnej? Wtedy przyszła pewność, że coś z tego będzie?

 

Nigdy się o to nie martwiłem. Miałem bohatera, jego poważny problem, jego otoczenie, mamę, babkę, jego często dziwacznych terapeutów. To był film, który prowadził do kulminacji. Jedna z tych dziewczyn, która studiowała psychologię, zainteresowała się nim jako ciekawym przypadkiem. Ona pierwsza powiedziała, że to nie jest typowy autyzm i że on raczej tkwi w jakiejś traumie. Próbowali go otworzyć, często brutalnie i to się nie udało. A jej się udało, tylko że bardzo szybko musiała przymknąć te drzwiczki. Nie chciała być jego dziewczyną, z jej strony to była przyjaźń. Rozmawiałem też z nim o tym, czy to jest naprawdę, czy też robią to specjalnie dla nas?

 

Jak to się skończyło?

 

Nic wielkiego z tego nie było. Chodził jeszcze jakiś czas do tej szkoły, czasem się widywali, dzwonią do siebie. Teraz Oleg spotyka się z inną, ale jak twierdzi matka – to jedynie przyjaźń.

 

Nie było takich momentów, że trzeba było dać mu spokój, bo chciał być sam?

 

Ale ja tam pojechałem, żeby kręcić film, a nie uprawiać terapię. Jeśli zdecydowałem się na film, to robiłem wszystko, co jest dla niego dobre. To nie rzeczywistość dyktuje wszystkie warunki, my także mamy coś do powiedzenia. Miałem z Olegiem umowę, że robimy film, nie protestował. Od pewnego momentu nawet mu zależało, by być filmowanym.

 

– Wiary w film nabrałem po spotkaniach z publicznością, która zna się na filmach. Nie było głupich pytań. Takie spotkania uczą pokory i pokazują rzeczy, o których czasem nawet się nie myśli w trakcie realizacji  – opowiada Jerzy Śladkowski (na zdjęciu razem z Jakubem Śladkowskim, fot. Jakub Śladkowski) 

 

Czy było coś zainscenizowanego na potrzeby filmy, jakaś sprowokowana sytuacja?

 

Nie było takiej okazji. Dowiadywaliśmy się, co planuje na dany dzień i szliśmy tym tropem. Gdybym postawił przed nim jakieś zadanie, to on byłby sztuczny. W stresie był nieobliczalny i robił rzeczy, które przedstawiały go jako idiotę i tego nie unikaliśmy. Wszystko zależało od tego, czy uda się nam odwrócić uwagę od tego, że jest filmowany.

 

Jak? Na przykład, w scenie w kuchni z Tanią – mimo bliskości kamery zachowują się bardzo naturalnie.

 

Oleg był skoncentrowany na Tani. Kiedy zdarza się coś, co jest z nim związane immanentnie, nie próbuje być aktorem. Rzadko się zdarza, żeby film szedł tak prosto. Spodziewaliśmy się o wiele trudniejszych warunków. Chłopak przyzwyczaił się, że ktoś za nim chodzi. Można było odwrócić jego uwagę, każąc wejść w jakąś role, a wtedy już nie myślał, że nadal jest filmowany.

 

A dlaczego nie reagował pan, kiedy terapeutka stosowała drastyczne metody?

 

Powtarzam: ja się nie zajmuję terapią tylko filmem. Ja tego nie zamówiłem, nie wiedziałem, że tak będzie. To się działo przed kamerą w ramach zajęć, w których Oleg już wcześniej brał udział. Dla mnie było to przekroczenie dopuszczalnych granic, ale dla nich było OK. To było w ramach terapii.

 

Ale po nakręceniu filmu przestał tam chodzić?

 

Przeciwnie, chodzi tam cały czas. Za mało znam się na psychologii czy psychiatrii, żeby się wypowiadać, ale jeśli on rzeczywiście ma blokadę, to trzeba ją przełamać. Terapeutka dążyła do tego, żeby on pękł. Ja bym takiego eksperymentu nie robił. Ta przychodnia jest kontrowersyjna, ale dosyć popularna, dużo ludzi tam chodzi i w zasadzie wychodzą zadowoleni. Ale słyszeliśmy tam różne wrzaski, chcieliśmy nawet dzwonić na policję. Ale ponieważ jego zachowanie w trakcie terapii bardzo dużo mówiło o nim, więc oczywiście filmowaliśmy. Nie obyło się bez dyskusji, czy można to pokazać. Zdecydowałem, że tak. Nie szukaliśmy specjalnie brutalnych scen, takiej terapii nasz bohater poddawany jest dwa razy w tygodniu.

 

Jak publiczność w Amsterdamie zareagowała na film?

 

Bardzo dobrze, to świetna publiczność. Dla mnie w tym filmie nie ma nic, z czego mógłbym się śmiać. A dla widowni w Amsterdamie – okazuje się – że jest. Te reakcje mnie zastanowiły. Widownia widocznie polubiła naszego bohatera. Ja wiem o nim za dużo, by tak bezkrytycznie do niego podchodzić.

 

Nagroda w Amsterdamie była zaskoczeniem?

 

Z mojego punktu widzenia to jest film offowy. Myślałem, że IDFA wygrywają filmy społeczno-polityczne. Dużo zależy od jury. Chyba akurat miałem szczęście, w tym jury była na przykład Hania Polak. Jadąc do Amsterdamu nie myślałem o nagrodach. Oczywiście, to jest wspaniała sprawa, dla filmu i dla mnie. To mi było potrzebne. Ale wiary w film nabrałem po spotkaniach z publicznością, która zna się na filmach. Tam nie było głupich pytań. Takie spotkania uczą pokory i pokazują rzeczy, o których czasem nawet się nie myśli w trakcie realizacji.

 

Powiedział Pan, że film to nie terapia. A czy jednak nie pomógł Olegowi?

 

Ja przede wszystkim nie chcę zaszkodzić. Pomoc nie była moim celem.  Ale dużo rzeczy zmieniło się po tym filmie. On się rozkręcił, pracuje w urzędzie podatkowym. Kręciliśmy tam scenę, która ostatecznie nie weszła do filmu. Matka też tam pracuje. Teraz mają zupełnie normalne życie. Oleg ma dziewczynę, która jest skrzypaczką. Mam wrażenie, że on widzi świat inaczej niż my. Co innego przykuwa jego uwagę. Nie udało nam się jednak do tego zbliżyć. Wiem, że świat Olega nie został przez nas odkryty. Może wykorzystam ten temat w kolejnym filmie.