Centrum Kapuścińskiego

Od zawsze wiedziała, że chce pisać reportaże. Jej książka „Petersburg. Miasto Snu” znalazła się w finale Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki. O swojej miłości do miasta nad Newą, przyszłości dziennikarstwa i zachęcaniu dziewczynek, by uwierzyły we własne siły Joanna Czeczott opowiedziała Karolinie Chojnackiej.

 

Źródło: Facebook autorki (autor zdjęcia: Marek Szczepański)

 

W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że Petersburg stał się dla Pani „ikoną i wymarzonym celem podróży”. Co jest takiego niezwykłego w tym mieście?

Petersburg jest świetnym punktem wyjścia do próby zrozumienia Rosji, która jak wiadomo jest wielka i trudno ją ogarnąć całą. Mówi się, że jest „kulturalną stolicą” Rosji, „oknem na zachód”, „Wenecją i Amsterdamem Północy”. To jest miejsce, gdzie kondensują się cechy tego co rosyjskie, a jednocześnie uwypuklone są cechy tego co nierosyjskie. Można zobaczyć taką Rosję  à rebours i jest to bardzo ciekawa perspektywa.

 

Za co kocha Pani Petersburg najbardziej?

Za jego piękno. To jest miasto bardzo spójne architektonicznie, bo tragedie, które je spotykały, dotykały ludności, a nie tkanki miasta. Któryś z bohaterów powiedział mi kiedyś, że w Petersburgu nie ma może pojedynczych, wybitnych dzieł sztuki, ale jest nim miasto jako kompleks urbanistyczny. Kocham go też z powodu ludzi w nim mieszkających:  niezwykle pociągających, bardzo otwartych i chętnie dzielących się  opowieściami. I co najważniejsze, niejednoznacznych. Tak naprawdę można te cechy odnaleźć w każdym człowieku, ale ja wybrałam akurat to miejsce, żeby je obserwować.

 

Ale tylko mieszkańcy Petersburga żyją „wnie”, o którym pisze Pani w książce „Petersburg. Miasto snu”?

Nie. Termin życie „wnie” stworzył profesor Alexei Yurchak z uniwersytetu w Berkeley, który wyemigrował do USA z Leningradu. Oznacza to takie funkcjonowanie w systemie totalitarnym, które nie jest walką z tym systemem, ale nie jest też konformizmem, wpasowaniem się w ten system. To próba egzystowania jakby poza nim, ale w sensie wewnętrznym. Polega na znalezieniu własnej przestrzeni wolności, która sprawia, że jesteśmy przezroczyści dla systemu. Yurchak opisywał jak leningradzka młodzież czy inteligencja lat 70., 80, znajdowała sobie posady palaczy w kotłowniach, dozorców czy kogoś, kto pilnuje sal w muzeach. Nie wymagało to zaangażowania w system, a jednocześnie trudno było się przyczepić, że ludzie ci nic nie robili. Te osoby praktycznie całymi dniami siedząc, tylko od czasu do czasu przykręcając jakąś wajchę, w rzeczywistości zajmowały się swoim życiem i palącymi ich zagadnieniami z różnych dziedzin filozofii, nauki czy sztuki. Nie byli decydentami, więc system ich nie dotykał.

 

Po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że te osoby okazały się tak naprawdę zgubne dla systemu, który nie zauważył wspólnego mianownika łączącego tych wszystkich palaczy i dozorców – wolności, którą mieli w sobie. Jeśli ktoś pielęgnuje w sobie wolność, to jest większa szansa, że wyjdzie w końcu na ulice, jeśli wydarzy się coś, co go do tego skłoni. To nie przypadek, że Alexei Yurchak swoją książkę, w której definiuje to bycie „wnie” poświęca ostatniemu sowieckiemu pokoleniu, tym, którzy w końcu rozpalili ogień zmian. Jednak tak naprawdę bycie „wnie” nie jest tylko petersburskim fenomenem. Tak funkcjonują ludzie pod każdą szerokością geograficzną w systemach, które wkraczają lub chcą wkroczyć w ich sferę prywatną czy anektują sferę publiczną, tak że nie ma tam pluralizmu. To sprawia, że ludzie sami udają się na emigrację wewnętrzną, żyją „wnie”.

 

Czy dziś mieszkańcy Petersburga też żyją „wnie”?

Wielu z nich tak. Myślę, że właśnie dlatego w Petersburgu czuć taką specyficzną energię. Jest tam dużo organizacji pozarządowych, mimo że w ostatnich czasach były one poddawane w Rosji restrykcją.  Żyje tam wielu ludzi, którym o coś chodzi i którzy chronią swój świat, nie poddając się nowym konformizmom, których wymaga nowy system.

 

Jak wyglądała Pani pierwsza wizyta w Petersburgu?

Odbyła się ona w ramach szkolnej wycieczki. Chodziłam do liceum, które powstało po obaleniu komunizmu i było pierwszą niezależną, demokratyczną placówką edukacyjną w Polsce.  Mieliśmy w nim przekonanie, że demokracja jest jedyną słuszną drogą dla każdego kraju. Byliśmy przesiąknięci ideałami wolnościowymi. Przyjazd do Petersburga był szokiem. To było zderzenie naszych ideałów z rzeczywistością, która okazała się niejednoznaczna. Zobaczyliśmy Petersburg lat 90., który był miastem bardzo zaniedbanym, ale dało się zauważyć, że to miasto przepoczwarzające się. Jednocześnie było widać starą powłokę Leningradu i pojedyncze oazy kapitalizmu, które już tam zaczynały działać. Jakby ktoś w kamienice z rozpadającymi się fasadami wrzucił nagle wielkie miliony. Można było zobaczyć elegancki, drogi butik, a dalej w bramie jakiegoś pijaczka, który leży z nieobecnym uśmiechem. Było to miasto wielkich kontrastów, w którym czuć pewną dzikość.

 

Co zrobiło wtedy na Pani największe wrażenie?

Co mnie najbardziej uderzyło to bardzo żywe sentymenty i przywiązanie do minionej epoki, która w naszych oczach była totalnie zdyskredytowana. Nigdy nie zapomnę pochodu pierwszomajowego, którego byłam świadkiem. Wypełnił cały Newski Prospekt, główną ulice w Petersburgu, która jest długa na kilkanaście kilometrów, a w najszerszym swoim punkcie ma 60 metrów. Cała ta arteria była zalana morzem ludzi, którzy maszerowali pod sztandarami Lenina, Stalina, sierpa i młota, z czerwonymi flagami i gwiazdami. I to nie były tylko przysłowiowe babuszki, które nie mogą się odnaleźć w nowej rzeczywistości, tylko tłum ludzi w każdym wieku. Nijak mi się to nie składało w całość. Dodatkowo znając literaturę łagrową i tę najmroczniejszą postać Związku Radzieckiego, byłam zaciekawiona kim są ci ludzie, którzy tworzyli ten system aktywnie. W końcu miliony osób były zaangażowane w konstruowanie tego reżimu. Pamiętam, jak przypatrywałam się starszym ludziom i zadawałam sobie pytania – gdzie oni byli? Po której stali stronie? Nie z zamiarem ocenienia ich, ale z ciekawością, jak to jest musieć żyć w rzeczywistości, która wymaga od nas takich, a nie innych działań. To były wszystko rzeczy, które rozbudziły moją ciekawość i sprawiły, że chciałam tam wracać i wracać i zrozumieć.

 

Jak na przestrzeni lat z Pani perspektywy zmieniło się miasto i jego mieszkańcy?

Widać, że włożono tam gigantyczne pieniądze. Teraz to miasto, w którym żyją ludzie mający wielkie majątki. W Polsce nie ma kasty tak bogatych oligarchów jak w Rosji. Ponieważ w naszym kraju nie ma aż tak niewiarygodnie majętnych ludzi, niepotrzebne są tu miejsca, gdzie można wydawać aż tak ogromne pieniądze. Natomiast Petersburg jest miejscem, gdzie po prostu muszą być niesamowicie drogie restauracje, sklepy, hotele, bo oligarchowie muszą jakoś wydawać swoje miliony. Nie można zapominać, że Petersburg to też miasto Władimira Putina. To dzięki między innymi jego determinacji została ukończona po wielu stuleciach pracy tama, który broni Petersburg przed powodziami. Jest to miasto, w które cały czas się inwestuje, ale w taki sposób, że wyburza się kamienice i stawia w ich miejscu coś nowego, w tym samym stylu. Na szczęście te nowe fasady są wpasowane w styl architektoniczny miasta, ale to już nie są te zabytkowe, kilkusetletnie kamienice.

 

Co do mieszkańców, to myślę, że wielu z nich przeżyło rozczarowanie. Petersburg był miastem bardzo silnie walczącym o wolność. Kiedy rozpadł się Związek Radziecki ono bardzo dostało w kość. W latach 90. przechodziło transformację boleśniej niż inne miasta, bo to tam wykluwał się nowy system, który dzisiaj króluje w Rosji. Wielu moich rozmówców opowiadało o wojnach gangów, o osobistych porażkach lat 90., kiedy starsi staczali się, sięgając po alkohol, a młodsi po narkotyki, o tym jak heroinę sprzedawało się na bazarach po prostu ot tak. Jednocześnie w tym samym czasie bardzo silny był ruch demokratyczny, który równie silnie tłamszono. Właśnie lata 90. i dwutysięczne, czyli w te, w których do władzy doszedł Władimir Putin, to lata utraty złudzeń i umacniania się nowego reżimu. To czas wracania niektórych spraw na stare koleiny, te z czasów radzieckich. Pamiętam rozmowy z bohaterami, którzy mówili, że czują, że dokonuje się coś w rodzaju powrotu do dawnej epoki. Reżyserka, która robiła przedstawienie o gułagu na podstawie pieśni Aleksandra Galicza powiedziała mi: „Jak zaczynaliśmy robić to przedstawienie to było ono o dniu wczorajszym, potem zaczęliśmy się obawiać, że jest ono o dniu jutrzejszym, a teraz uważamy, że jest to przedstawienie o dniu dzisiejszym”. Kiedy słyszysz coś takiego od osoby, która naprawdę wie co to jest gułag, to ciarki przechodzą po plecach. W tym miejscu świata to nie jest rzucanie słów na wiatr.

 

 

Dlaczego w takim razie określa Pani Petersburg w tytule swojej książki „miastem snu”? Z książki i naszej rozmowy wyłania się raczej obraz smutnego miasta udręczonych ludzi, boleśnie doświadczonych zarówno przez historię, jak i współczesny reżim.

Ten sen jest związany właśnie z przestrzenią wolności, byciem „wnie”. Dla wielu osób to miejsce, gdzie ludziom pozostają tylko sny. Przy czym metafora snu może być bardzo szeroka. Możemy mówić o śnie Wodów, którzy próbują odtworzyć swoją własną przeszłość, komunistów, którzy wierzą,  że dokonają kolejnej rewolucji, arystokratów, którzy cały czas śnią o dawnych pałacach i próbują je odtworzyć w realiach taniej politury i żyrandola ze sztucznych kryształków. Jest sen o wolności śniony przez mniejszości seksualne z całej Rosji, które przyjeżdżają do Petersburga, będącego do niedawna enklawą liberalizmu. Punktem wyjścia jest sen Piotra I o stworzeniu metropolii. Już u zarania to sen, będący utopią, która szybko przerodziła się w swoją własną antyutopię. Metafora snu spaja wszystkie snute w książce opowieści.

 

Jak pojawił się pomysł napisania książki?

Pomysł pojawił się właściwie dzięki mojej córeczce. Przez parę lat pracowałam, jako etatowa dziennikarka w „Przekroju”. To oznaczało, że co tydzień musiałam napisać minimum jeden tekst, czasem więcej. To było bardzo intensywne zajęcie, który wypełniało wszystkie moje dni pracy. Natomiast kiedy urodziłam córeczkę, to oczywiście trafiłam na urlop macierzyński, który charakteryzuje się dużą ilością czasu spędzanego na czynnościach, które angażują emocje i ręce, ale nie angażują głowy. Jeśli porówna się to z czasem wytężonej pracy w redakcji, to duże wyhamowanie. Przy takim wyhamowaniu oczyszcza się głowę z tego co jest zbędne i przychodzą do niej myśli o tym, co by się tak naprawdę chciało robić. Pomysł na napisanie „Petersburga” przyszedł mi do głowy, gdzieś między spacerem z wózkiem a siedzeniem na kocyku z zabawkami. To był błysk. To dojrzewało we mnie gdzieś głęboko i wypłynęło dzięki temu, że mogłam się skupić na czymś zupełnie innym niż praca.

 

Właściwie w jeden dzień napisałam konspekt całej książki. Kiedy wymyśliłam plan i pomysł tej książki, to pamiętając siebie z pracy w „Przekroju” miałam założenie, że skoro ma się w niej znaleźć 13-12 tekstów, to ja je napiszę, no może nie w 13 tygodni, ale w pół roku, maksymalnie w rok. Dla kogoś, kto kiedyś trzaskał parę tekstów tygodniowo, napisanie 13 to pestka. Na szczęście się myliłam. Mówię na szczęście, bo gdy wróciłam do swoich pierwszych zapisków i szczegółowszego konspektu, to zdałam sobie sprawę, że gdybym została przy początkowych założeniach to byłaby to bardzo niedobra książka. Dzięki moim dzieciom i opiece nad nimi nie mogłam się całkowicie oddać pracy nad tekstami. Dzięki temu ta książka dojrzewała.

 

Ile trwała praca nad książką?

Pomysł pojawił się pod  koniec 2010 roku, a skończyłam ją pisać w styczniu 2017.

 

Jak Pani znalazła motywacje, żeby kontynuować pisanie? Czy przez te wszystkie lata nie pojawiła się myśl, aby porzucić pracę nad książką?

Jestem po prostu bardzo konsekwentna. Oczywiście, myśli, żeby porzucić pisanie się pojawiały, ale nie dlatego, że nie chciałam już tego robić, tylko dlatego, że byłam strasznie niezadowolona, że tego nie robię. Z dwójką małych dzieci jest naprawdę dużo roboty, musiałam również pisać inne teksty, które pozwoliłby mi i mojej rodzinie się utrzymywać. W pewnym momencie ta książka funkcjonowała, jako takie moje ekskluzywne hobby. To było naprawdę zabójcze. Wyglądało to tak, że dopiero jak napisałam swoje teksty, które miałam do napisania, dzieci poszły spać i wszystko było posprzątane, ugotowane, wyprasowane, to mogłam spokojnie usiąść o jakiejś dziewiątej wieczorem i zacząć pracę nad książką. W takim trybie ona by nigdy nie powstała. Miałam moment zwątpienia, przekraczałam kolejne deadline’y. Już nawet powiedziałam wydawnictwu, że to nie ma szans powodzenia i chcę im zwrócić zaliczkę. Pamiętam rozmowę z Magdaleną Budzińską, redaktorką Czarnego, która gdy dowiedziała o całej sprawie, spytała czy chcę tę książkę napisać, bo jeśli tak, to terminy nie stanowią problemu. Byli bardzo cierpliwi. Jestem niesamowicie wdzięczna, Monice Sznajderman i Magdalenie Budzińskiej za wiarę, że to się jednak wydarzy, że ja napiszę tę książkę. Ostatecznie dostałam stypendium Ministra Kultury na napisanie tej książki, co dało mi rok czasu na pracę tylko nad nią. To sprawiło, że te wszystkie rozwleczone prace mogły się wreszcie sfinalizować.

 

Została Pani nominowana za tę książkę do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki. Jak się Pani czuła, gdy się o tym dowiedziała?

Świetnie! O tym, że zostałam nominowana dowiedziałam się na kolegium redakcyjnym. Zostało ono przerwane, otworzyłyśmy szampana, wszyscy bardzo się ucieszyli z mojego sukcesu, były wiwaty i gratulacje (śmiech). Że dostałam się do finału dowiedziałam się z kolei na Sycylii, w trakcie rodzinnych wakacji. Odbyły się one dzięki nagrodzie Warszawskiej Premiery Literackiej, którą wcześniej dostałam za „Petersburg. Miasto snu” i postanowiłam jakoś wynagrodzić mojej rodzinie, te wszystkie „cierpienia” i kłopoty, kiedy wyjeżdżałam do Petersburga. To niesamowicie miłe chwile. Marzeniem każdego, kto pisze, jest żeby jego książka została zauważona. Człowiek się tego nie spodziewa, ale w głębi serca strasznie by chciał, żeby coś takiego się wydarzyło.

 

Czy patron Nagrody, Ryszard Kapuściński, jest dla Pani wzorem? Inspiracją?

Tak. Jedne z pierwszych reportaży o świecie jakie czytałam w życiu to te Kapuścińskiego. Dały mi one wyznacznik tego czym jest reportaż literacki. Pamiętam swój zachwyt nimi. Zachwyt młodej dziewczyny, która dopiero poznaje, jak można pisać. Pamiętam swoje marzenie żeby iść tą drogą i postanowienie, że tak, to jest to czego chcę się uczyć, a Kapuściński to mistrz tego rzemiosła jakim jest dziennikarstwo.

 

Czyli to pod wpływem książek Kapuścińskiego zdecydowała się Pani zostać dziennikarką?

Między innymi tak. Gdy myślałam o pracy w dziennikarstwie, to nie marzyłam o dziennikarstwie gazetowym, newsowym czy nawet o przeprowadzaniu wywiadu. O dziennikarstwie telewizyjnym czy radiowym to już w ogóle nie było mowy. Zawsze wiedziałam, że chodzi o pisanie, i wiedziałam, że chce się uczyć sztuki reportażu.

 

Czy w dzisiejszych czasach nastawionych na newsy i sensację, rzetelne i dobre dziennikarstwo ma szansę przetrwać?

Pewnie, że ma! Wystarczy zobaczyć ile książek non fiction się wydaje i jaką cieszą się one popularnością. Problem leży w tym, że są to rzeczy niezwykle kosztowne. Żeby zrobić solidne badania terenowe, to trzeba gdzieś pojechać, zobaczyć, pobyć, porozmawiać z ludźmi, nie żałować czasu na siedzenie w bibliotekach. Niestety redakcji nie stać teraz, żeby wysyłać gdzieś dziennikarza i pokrywać wszystkie koszty jego pobytu w danym miejscu. Mówiąc o kryzysie dziennikarstwa, najczęściej rozprawiamy o tym, że przepisuje się treści z zachodnich mediów i kompiluje się z nich całość zamiast zbierać i tworzyć coś własnego. Wierzę jednak, że młodzi ludzie, którzy przychodzą do zawodu nie są cyniczni, że zależy im na tym aby samemu zdobywać informację i próbować dotrzeć do bohaterów, porozmawiać z nimi. Nigdy nie uwierzę, że dla dziennikarzy szczytem ambicji jest przepisanie czegoś z „New York Times”. Do tego czasem się ucieka, kiedy nie ma innego sposobu zdobycia informacji.

 

To co jest bolączką dzisiejszego dziennikarstwa, czyli szybkie newsy i przetwarzanie treści, które już istnieją, wynika właśnie z tego, że jest mało czasu, mało pieniędzy i duże parcie wydawców, żeby zapewnić czytelnikom tak zwany kontent. Aczkolwiek moim zdaniem nie tylko dziennikarzom to się nie podoba. Odbiorcy też nie chcą takich treści. Jeżeli nie uwierzy się w ten wieszczony od jakiegoś czasu koniec dziennikarstwa, to można spokojnie uprawiać prawdziwe dziennikarstwo. Ja staram się to robić. Więc być może jakiś kryzys dziennikarstwa jest, ale ja w nim nie biorę udziału.

 

Czy reporterzy tworzą wiarygodny obraz świata?

Każdy kto opowiada o świecie, przefiltrowuje informacje przez siebie. Każdy podaje taką wizję świata, jaką zrozumiał, to co wybrał z rozmowy z bohaterem i uznaje za stosowne do opowiedzenia w danej historii. Na pierwszym spotkaniu panelu finalistów Nagrody im. Kapuścińskiego, profesor Czapliński zadał wszystkim pytanie, czy interesuje nas prawda. Spośród pięciorga finalistów, tylko Marek Łuszczyna odpowiedział, że tak. Ja powiedziałam, że interesuje mnie prawda bohatera. Próbuję zrozumieć opowieść tego, kto przekazuje mi swoją historię. Oczywiście zawsze muszę być dobrze przygotowana do tej rozmowy, znać tło wydarzeń, źródła i wiedzieć jak plasuje się opowieść bohatera w całym kontekście. Jeżeli ona odbiega jakoś od tych faktów, które znam, to jest tym bardziej dla mnie ciekawa. To jest punkt, w którym się zaczyna moja praca. Mogę sobie zadać pytanie, co się wydarzyło, że bohater chce pamiętać i opowiedzieć daną historię w taki a nie inny sposób. Co to oznacza? Bardzo często bohater próbuje po prostu zachować swoją godność. Ale co go skłoniło do tego, że próbując zachować godność, ustawił się w innej pozycji do prawdziwego kontekstu? Osoba reportera zawsze jest obecna, nawet jeżeli nie ma jej w tekście. Oglądamy świat jego oczami. Reportaż to nie jest archiwum, książka historyczna czy dokumenty. To jest prawda o danej epoce, o danym momencie, podawana przez konkretnego człowieka.

 

W zeszłym roku oprócz wydania książki zaangażowała się Pani w działalność Fundacji Kosmos dla Dziewczynek, dlaczego?

Fundacja Kosmos dla Dziewczynek powstała w marcu ubiegłego roku. Jestem jedną z dziewięciu współfundatorek. Powołałyśmy ją do życia, mówiąc najkrócej, po to, żeby wspierać i inspirować dziewczynki. Jednym ze środków to osiągnięcia tego celu było stworzenie dobrego pisma reporterskiego dla dzieci. To kompletna luka na rynku czasopism dla dzieci. Większość tych gazetek, poza chlubnymi wyjątkami typu „Świerszczyk”, to, nie boję się tego powiedzieć, totalny chłam. Są to głównie gazetki czysto marketingowe, dodatki do serii zabawek albo bajek. Niektóre są pisane tak fatalną polszczyzną, że gdy czytam je moim dzieciom, które oczywiście chcą je mieć, odruchowo je adjustuję. Dodatkowo utrwalają najgorsze stereotypy, jakie można sobie wyobrazić. Używam mocnych słów, ale jest przekonana, że te gazetki robią sporo złego. Jako Kosmos dla Dziewczynek chciałyśmy odbić się od tego dna. Marzyło nam się wydawanie pisma, które będzie na dobrym papierze, z autorskimi przemyślanym treściami, opatrzone ilustracjami stworzonymi specjalnie dla nas.

 

Źródło: Facebook autorki

 

Dlaczego zdecydowano się akurat na formułę pisma non fiction dla dzieci?

Widzimy, że dzieci interesują się rzeczywistością. Pomysł na „Kosmos dla Dziewczynek” powstał po pierwsze z obserwacji z tego, jak mizerna jest oferta na rynku czasopism, a po drugie dlatego, że dzieci są ciekawe świata. Każdy kto obcuje z dziećmi wie, że zadają mnóstwo pytań. Jak działa autobus? Co się stało osobie na wózku inwalidzkim? O co chodzi w wyborach? A jak się liczy głosy? Czemu jest wojna w Syrii? Z jakiegoś powodu te dzieci się infantylizuje, nie daje się im właściwych odpowiedzi. Często dorośli nie odpowiadają na pytania, bo sami nie znają odpowiedzi. Ale jeśli coś się naprawdę, dogłębnie rozumie, to można o tym opowiedzieć prostymi słowami. To jest oczywiście dużo trudniejsze. Znacznie trudniej jest napisać tekst na 1500 znaków dla dziecka o tym, o co chodzi w wojnie w Syrii, niż tekst na 14 tys. znaków dla dorosłego. Dla dziecka tekst musi być bardzo przystępny i nie można w nim ściemniać. W teście dla dorosłych można używać trudnych słów, zagadać temat, tak, żeby nie przyznać się, że właściwie to samemu się nie rozumie o co chodzi w wojnie w Syrii. Dziecko się na to nie złapie.

 

Od początku istnienia pisma „Kosmos dla Dziewczynek” mierzymy się z tym, pisanie dla dzieci jest bardzo trudne. Trzeba mieć wielką odpowiedzialność za użyte słowa, bo dzieci nie umieją czytać ani myśleć krytycznie. Trzeba bardzo uważać na to co się im podaje. Ale to jest wszystko to, co kocham w dziennikarstwie.

 

Z jakim przyjęciem spotkała się działalność Fundacji?

Z bardzo dobrym i to jest fantastyczne! Żeby zebrać pieniądze na pierwsze dwa numery pisma, zorganizowałyśmy zbiórkę w Internecie na portalu PolakPotrafi.pl. Akcja crowdfundingowa trwała miesiąc i ku naszemu zdziwieniu i dumie zebrałyśmy ponad 130 tys. złotych. To pokazuje że wiele osób, zauważyło tę lukę na rynku i miało myśl, że potrzeba tego typu pisma i inicjatywy w Polsce.

 

Czy nie boicie się elitarności? Że magazyn trafi tylko do dziewczynek, których mamy i tak wychowują je na świadome swej wartości i siły młode kobiety?

Między innymi dlatego powołałyśmy Fundację. Istnieje ona po to żeby trafiać z „Kosmosem dla Dziewczynek” do tych środowisk, gdzie są dziewczynki, które najbardziej potrzebują tego typu wsparcia. Oczywiście wyzwaniem jest dystrybucja, dlatego, że sprzedajmy głównie w Empikach, których nie ma w małych miasteczkach i wsiach, ale staramy się trafiać tam na inny sposoby.  Mamy szereg kampanii, w których przekazujemy bezpłatnie numery naszego pisma do świetlic środowiskowych, domów dziecka czy bibliotek, także szkolnych w całej Polsce – miejsc, o których wiemy, że są tam dziewczynki, których mamy nie wykonają tej uświadamiającej pracy. Można też zamówić „Kosmos” przez Internet – mamy taką formułę, że można kupić egzemplarz dla swojej córki i jeden dla dowolnie wskazanej placówki. Lista tych placówek stale się powiększa. Na nasze pierwsze urodziny zrobiłyśmy kolejną zbiórkę, tym razem na Facebooku, której celem było wysłanie 365 numerów Kosmosu w całą Polskę.

 

Co da dziewczynkom „Kosmos”?

Mam nadzieję, że da im przekonanie, że mogą podążać swoją ścieżką, cokolwiek to dla nich oznacza. Tylko tyle i aż tyle. Że nie będą się cenzurować w swoich zainteresowaniach. Jeżeli ktoś im powie, że matematyka czy piłka nożna nie są dla dziewcząt to one nie uwierzą. Chciałabym, żeby nie uwierzyły w to, że liczy się tylko to jak wyglądają i czy są miłe.

 

Bardzo długo przygotowywałyśmy się do odpalenia „Kosmosu”. Przeczytałyśmy mnóstwo badań socjologicznych, które opisują sytuacje dzieci i na przykład dowiedziałyśmy się, że przeciętna gimnazjalistka spędza godzinę przed lustrem zanim wyjdzie z domu. To jest jakiś koszmar. Znalazłyśmy badania, które mówią, że ponad połowa dziewcząt w wieku gimnazjalnym myśli, że jest gruba, chociaż wcale nie ma nadwagi. Wynika to ze skupienia się tylko na tym, żeby doskoczyć do tych wzorców estetycznych, które są aktualnie lansowane wszędzie. Prowadzimy bardzo nierówną walkę. To co my robimy jako „Kosmos dla Dziewczynek” to jest tylko kropla w morzu potrzeb. Od małego dziewczynki otaczane są komunikatami, że muszą być miłe, ładne, a na półkach z zabawkami znajdują plastikowe różowe odkurzacze czy koszyczki z warzywkami i kuchnie.

 

Ten trend się chyba jednak powoli zmienia. Ostatnio z okazji Dnia Kobiet firma Barbie wypuściła do sprzedaży nową linię lalek „Shero”, wśród których znajdują się podobizny Fridy Kahlo, Amelii Earhart czy Martyny Wojciechowskiej…

Widzę te jaskółki zmiany i to jest świetne. Wiem, że firma Lego wypuściła serię Super Hero Girls, czyli takie superbohaterki dziewczyny. Widzę też, że w bajkach Disneya, które były ostojami patriarchatu, pojawią zupełnie różne wzorce i silne postacie dziewczęce. Niestety są to tylko pojedyncze przypadki.  Pani mówi o tej serii lalek Barbie, ale czy one są dostępne w najbliższym sklepie z zabawkami? Raczej nie. Największa oferta Lega dla dziewczynek to Lego Friends i są to budowle typu zjeżdżalnia, basen, wesołe miasteczko, kawiarnie. Dziewczynki w świecie Lego zajmują się wolnym czasem, a chłopcy…  wchodzimy na strony Lego City czy Lego Technic i widzimy lekarzy, strażaków, policjantów. To mówi samo przez się. Jeszcze długa droga przed nami.

 

Czy jest Pani feministką?

Tak jestem.

 

Jakby Pani zdefiniowała to określenie, bo w dzisiejszych czasach, niestety, ma ono wiele negatywnych konotacji.

Po prostu wierzę, że mężczyźni i kobiety powinni mieć równe prawa na starcie.  Myślę, że każdy kto chce tych równych praw, jest feministą. To, że kobiety są cały czas słabiej wynagradzane za tą samą wykonaną pracę co mężczyźni, że jest tak wielka dysproporcja w reprezentacji kobiet i mężczyzn na najwyższych wpływowych szczeblach tego świata we wszystkich dziedzinach, to znak, że tego równouprawnienia jeszcze nie ma, że cały czas musimy o nie zabiegać.

 

Dlatego jako Fundacja zwracamy się do dziewczynek. Chcemy im dać na starcie taki duży, pakiet mocy i wiary we własne siły, który mam nadzieje, że się utrzyma. Przecież mając przed sobą 7-latki i 7-latków nie możemy dokonać podziału, że te pierwsze, się do niczego nie nadają, ale ci drudzy będą rządzić światem, pisać najlepsze książki, malować najdroższe obrazy i że będą prezydentami, prezesami, zarabiającymi więcej kasy. Nie widzę różnicy w ich predyspozycjach, bo jej po prostu nie ma. Dlatego chcemy zadziałać tak wcześnie, chcemy na tym wczesnym etapie rozwoju, powiedzieć dziewczynkom: „Słuchajcie jeżeli coś was interesuje to możecie to robić! Naprawdę, nie odpuszczajcie!”.

 

W dyskusji o feminizmie ważna jest też kwestia włączenia ojców w wychowywanie dzieci. Potrzebna jest zmiana sposobu myślenia korporacji czy przedsiębiorstw, o tym kim jest kobieta-pracownik. To nie tykająca bomba, która w każdej chwili może zajść w ciąże i wtedy wydarza się katastrofa. Ona jest pełnoprawnym pracownikiem, który może wrócić do pracy po macierzyństwie, jako lepiej zorganizowana już doświadczona kobieta i dalej pełnić bardzo odpowiedzialne funkcje.

 

W tym roku mija 100 lat od uzyskania przez Polki praw wyborczych, co zrównało je z mężczyznami. Jak długo jeszcze kobiety będą musiały udowadniać, że nie są gorsze od mężczyzn?

Tego niestety nie wiem. Po każdej kolejnej fali feminizmu, przychodził backlash, pewne cofnięcie się. Ostatnio usłyszałam diagnozę Agnieszki Holland na ten temat, która jest moim zdaniem bardzo prawdziwa. A mianowicie że to co teraz obserwujemy na świecie – triumf prawicy w wielu krajach, takiej której wizerunkiem może być Donald Trump, patriarchalnej i mizoginicznej, to jest właśnie jeden z przejawów tego backlashu. To jest reakcja mężczyzn, którzy się po prostu boją, tego że kolejna fala feminizmu podmywa ich pozycje. Wolą zwrócić się ku temu modelowi, w którym kobieta ma swoje miejsce w domu, w kuchni i ma rodzić dzieci. Duża część polityki prorodzinnej prowadzonej przez nasz obecny rząd, jest nakierowana właśnie na to, żeby pokazać kobiecie, że jej miejsce w domu przy dzieciach. 500+, działania wokół zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej czy obniżenia wieku emerytalnego kobiet, to części tej samej reakcyjnej układanki, Ale nie poddajemy się i będziemy walczyć dalej.

 

Please Enter Your Facebook App ID. Required for FB Comments. Click here for FB Comments Settings page

Zobacz też:
Paweł Cywiński: Biedak ubrany w ideały

Paweł Cywiński: Biedak ubrany w ideały

„Duży Format zmonopolizował reportaż” – rozmowa z Pawłem Cywińskim
Nobel ma w sobie coś z kobiety

Nobel ma w sobie coś z kobiety

O Swietłanie Aleksijewicz, Nagrodzie Nobla i Białorusi pisze Alesia Ptushka...
Koczownicy z dachu świata

Koczownicy z dachu świata

Fotoreportaż z Czangtangu

Name required

Website