Joanna Szyndler: Chcę pokazać Kubę z innej perspektywy

 

– Najbardziej zależało mi na tym, żeby dopuścić do głosu osoby o różnych światopoglądach – mówi Joanna Szyndler. W rozmowie z Anną Krogulec opowiada o pracy nad swoją debiutancką książką „Kuba-Miami. Ucieczki i powroty”, migracjach Kubańczyków do USA oraz o stereotypach i ich łamaniu.

 

fot. archiwum prywatne

 

Jak wyglądała Twoja pierwsza wyprawa na Kubę?

Pierwszy raz pojechałam tam jako turystka w 2010 r. Była to podróż całkowicie przypadkowa, bo akurat znalazłyśmy z koleżankami dość tanie bilety. Przez trzy tygodnie jeździłyśmy po całej wyspie.

 

Co z niej zapamiętałaś?

Pamiętam, że jak po raz pierwszy wyszłyśmy na ulice Hawany, to najbardziej zafascynowały mnie stare samochody. Myślę, że wróciłam z Kuby z takim podstawowym bagażem doświadczeń. Tańczyłyśmy salsę, piłyśmy mojito, zwiedzałyśmy wyspę… Jednocześnie na miejscu sporo osób żaliło mi się na swój ciężki los.

 

Tam też poznałaś swojego męża.

Przez Couchsurfing [międzynarodowa społeczność, umożliwiająca nocowanie w prywatnych domach – przyp. red.] spotkałam dziewczynę, która pokazała nam nieturystyczną Hawanę i przedstawiła swoim znajomym. Tak poznałam mojego przyszłego męża. Utrzymywałam z nim kontakt po powrocie do Warszawy. Potem jeszcze raz wróciłam na wyspę, aż wreszcie on przyjechał do Polski na trzy miesiące. Tak to się zaczęło.

 

Kiedy pojawił się pomysł, aby napisać książkę?

Od dawna o tym marzyłam. Żeby to zrobić, trzeba stworzyć sieć kontaktów, poznać miejsce, o którym chce się pisać, a ja już miałam to doświadczenie z poprzednich wyjazdów na Kubę. Dzięki temu, że mąż zapoznał mnie ze swoimi znajomymi, miałam dostęp do trochę innego świata, niż ktoś, kto przyjeżdża jako turysta czy reporter. Jednocześnie wydawało mi się, że o Kubie opowiada się tylko na dwa sposoby – jako o prawdziwym raju, albo jako o piekle. W księgarniach pojawiają się głównie kolejne biografie Fidela Castro albo turystyczne przewodniki po wyspie.

 

Kiedy jeden z bohaterów pyta, jak Polacy zareagowaliby na informację o tym, że jest Kubańczykiem, Ty odpowiadasz: „Pewnie uśmiechną się i krzykną: >>Rum, salsa, cygara, Che Guevara!<<. Albo zrobią smutną minę, poklepią po plecach i powiedzą ze zrozumieniem: >>My też przez to przechodziliśmy<<”. Twoja książka przedstawia Kubę w znacznie szerszym świetle. Dlaczego zdecydowałaś się pisać właśnie o migracjach Kubańczyków do USA?

Mimo że cały świat migruje, a do Europy próbują się dostać miliony ludzi, to historie kubańskiej migracji wydawały mi się szczególne. Kubę i Miami oddziela tylko 90 mil, więc teoretycznie jest to bardzo blisko. Jednak dla kogoś, kto ma tratwę bez silnika, zrobioną z desek i styropianu, którą musi napędzać siłą własnych mięśni, jest to niezwykle niebezpieczna przeprawa. Jedną z pierwszych historii migracji, którą poznałam, była opowieść kuzynki mojego męża, która płynęła na tratwie na Florydę. Została ona zawrócona przez statek amerykański i trafiła do bazy wojskowej w Guantanamo, gdzie później powstało więzienie. Potem usłyszałam o dzieciach Piotrusia Pana, czyli o grupie ponad 14000 dzieci, które w latach 60. zostały wysłane do USA, bo ich rodzice bali się indoktrynacji. Z czasem poznawałam coraz więcej takich niezwykłych historii, które zaczęły mi się składać w jeden spójny temat. Nie tylko o ludziach, którzy wyjeżdżają, ale też o tych, którzy wracają i o tych, którzy mówią, że w życiu nie zdecydowaliby się na emigrację.

 

Yasser, jeden z Twoich bohaterów, wraca z USA na Kubę tłumacząc, że „(…) nie chciał wciąż być Kubańczykiem. Marzył, by na powrót stać się Yasserem”. Czy uważasz, że Kubańczycy są gotowi na migrację? Czy ich ucieczki to tylko pogoń za American dream, który często ich rozczarowuje?

Nie chcę uogólniać, ale ciężko się przygotować na to, aby zostawić dom, swoją rzeczywistość i odnaleźć się w zupełnie innym miejscu; w kraju, który niby znamy, bo jest blisko, bo widzieliśmy go na filmach, bo tam pojechała ciocia, wujek i kuzyni. Wiele osób czuje też presję ze strony bliskich  – „skoro im udało się wyjechać, to teraz będą nam pomagać”. Właśnie dlatego tak wielu kubańskich emigrantów bardzo ciężko pracuje, aby pomóc tym, którzy zostali na wyspie. Wiele osób wyobraża sobie, że zostawiając Kubę, wszystkie ich problemy znikną. Tymczasem w Stanach spotykają się nie tylko z inną kulturą, ale i z odmiennym systemem.

 

Stare samochody na ulicach Hawany (fot. Joanna Szyndler)

 

Jak Kubańczycy odnajdują się w tej rzeczywistości?

Mimo wszystko radzili sobie nawet lepiej niż inni Latynosi, a to dzięki przywilejom. Na miejscu dostawali pieniądze na start i pewną pomoc socjalną. Ale mimo tego życie w Stanach okazywało się dla nich trudne. Na Kubie raczej wszyscy żyją we wspólnocie, znają swoich sąsiadów, są bardzo rodzinni. Z kolei w USA prawie każdy żyje w swoim mieszkaniu za zamkniętymi drzwiami i to jest bardzo duży szok dla Kubańczyków. Dlatego wielu z nich czuje się samotnie w Miami.

 

Kubańczycy są społeczeństwem relacji. Jak w takim razie powstała u nich kultura powszechnego upokorzenia migrantów, czyli tzw. aktów potępienia? Czy Kubańczycy faktycznie widzą w migrantach zdrajców ojczyzny?

Oficjalna wersja brzmi: kto migruje, nie kocha swojego kraju, jest zdrajcą ojczyzny, rodziny, ideałów. Kubańczycy, którzy wyjeżdżali, byli często nazywani robactwem czy pasożytami. Przede wszystkim w latach 70. i 80., organizowane było tzw. potępienie. Jeśli było wiadomo, że ktoś stara się o wyjazd, to ludzie w „spontanicznym” akcie szli pod jego dom lub organizowali manifestację, po to, aby wyrazić swój gniew i niezrozumienie. Mówię w czasie przeszłym, bo teraz jest już inaczej. Właściwie każdy ma kogoś, kto wyjechał. Wiele osób widzi, że poza wyspą świat nie jest taki straszny, i że tam też można żyć, wrócić i być normalnym człowiekiem.

 

Mówisz, że jest inaczej, niż jeszcze pod koniec XX wieku. Tymczasem w ostatnich latach zaszły znaczące zmiany. W 2016 r. zmarł Fidel Castro, rok później Donald Trump został prezydentem USA. Jak te przemiany polityczne wpłynęły na sytuację na Kubie? 

Tak naprawdę po śmierci Fidela Castro nie nastąpiła jakaś wielka zmiana, ponieważ wszyscy byli na tę śmierć przygotowani. Mimo że Kubańczycy mogą już zakładać swoje niewielkie biznesy, to cały czas są to tylko małe rodzinne przedsiębiorstwa. W kraju lokowane jest coraz więcej zagranicznego kapitału, powstają kolejne luksusowe hotele i kurorty, ale u kubańskiej rodziny, żyjącej gdzieś na obrzeżach miasta, zmieniło się bardzo niewiele. Młodzi ludzie wciąż nie wiedzą, co ze sobą zrobić po studiach, nie mają szans na rozwój. Praca w turystyce jest najbardziej dochodowa, więc wiele osób zostawia swój wypracowany zawód naukowca czy artysty, po to, żeby zostać taksówkarzem. Wielu ma zwyczajnie dość tej codzienności.

 

Jestem ciekawa, czy życiu bohaterów książki zaszły jakieś znaczące zmiany. Czy nadal masz z nimi kontakt?

Z niektórymi osobami utrzymanie kontaktu na odległość jest trudne, ponieważ nie mogę do nich tak po prostu zadzwonić. Mają tylko telefon stacjonarny, niełatwo o kontakt mailowy czy facebookowy. Teraz na Kubie Internet jest bardziej dostępny, ale wciąż trzeba jechać do parku, gdzie można kupić kartę, która kosztuje w przeliczeniu 1-2 dolary, co stanowi dość dużą kwotę przy zarobkach 30 dolarów.

 

Wobec tego w jaki sposób kontaktowałaś się ze swoimi bohaterami podczas pracy nad książką?

Moim marzeniem było, żeby przed wyjazdem na Kubę mieć opracowany cały plan. Jednak szybko okazało się to niemożliwe. Zdarzało się, że przez trzy dni dzwoniłam na telefon stacjonarny, a jak ktoś go wreszcie odebrał i udało nam się umówić, to potem nie przychodził na spotkanie. Takie kubańskie rozluźnienie było dla mnie bardzo trudne. Czasami pisałam do mojego znajomego, czy może zanieść wydrukowanego maila pod podany adres. Ponadto nie miałam akredytacji dziennikarskiej, więc nie mogłam tak po prostu stanąć np. pod ambasadą amerykańską, powiedzieć co robię, i spytać, czy ktoś może mi udzielić informacji.

 

W Miami było łatwiej?

O wiele łatwiej. Ludzie mają tam swoje związki, fundacje, stowarzyszenia, muzea. Są portale internetowe, kontakty. Ale z drugiej strony, kiedy próbowałam się z kimś umówić na konkretny termin, to też nie było to możliwe. „No kochana, no co ty, zadzwoń do mnie, jak już będziesz w Miami…”. Musiałam więc uzbroić się w cierpliwość.

 

Na Kubie można przmieszczać się za pomocą różnych środków transportu
(fot. Joanna Szyndler)

 

Zatem szukałaś kontaktów jeszcze przed wyjazdem. Jak udało Ci się dotrzeć do odpowiednich osób?

Postanowiłam oprzeć książkę na odwróconej chronologii historii kubańskiej migracji, która miała dużo momentów bardzo symbolicznych, takich jak wyjazd wspomnianych dzieci Piotrusia Pana czy rok 1994, kiedy to dziesiątki tysięcy osób wypłynęły na tratwach na morze. Szukałam więc osób, które mają doświadczenia właśnie z tych momentów. W organizacji spotkań bardzo pomógł mi Senen Tabares, autor zdjęć do książki. W trakcie pracy nad książką byłam na Kubie dwa razy – raz spędziłam tam trzy tygodnie, a drugi – dwa miesiące. W Miami miałam dużo mniej czasu, ale i tak spotkałam się z wieloma osobami.

 

Jak udało Ci się zdobyć zaufanie Kubańczyków? Przecież dzielili się z Tobą intymnymi historiami swojego życia, często pełnymi bólu i rozczarowań. 

Chociaż czasami musieli wracać do trudnych doświadczeń, to dużo osób opowiadało mi swoje historie, bo uważali, że są one ważne. Inni po prostu chcieli zostać wysłuchani. To też było dla nich niezwykłe, że jakaś dziewczyna z Polski, dla nich kraju Wałęsy i Popiełuszki, przyjeżdża na drugi koniec świata i się nimi interesuje. Kubańczycy z reguły są otwarci i bardzo dobrze mnie przyjmowali. Ale były też osoby, które nie zgadzały się na rozmowę, bo nie chciały występować w książce, inni tylko pod zmienionym imieniem i nazwiskiem.

 

Jednak książka nie jest jeszcze przełożona na hiszpański, więc Twoi bohaterowie nie mogą o sobie przeczytać. Czy myślałaś o zrobieniu dla nich tłumaczenia?

Kiedy ktoś mnie prosi o przetłumaczenie fragmentu, bardzo chętnie to robię. Wcześniej tłumaczyłam już różne teksty, a nawet dramat Juana Mayorgi z hiszpańskiego na polski. Jednak w drugą stronę jest to dla mnie bardzo trudne. Niestety nie znam hiszpańskiego na tyle dobrze, aby czuć językowe niuanse, więc myślę, że byłaby to bardzo źle przetłumaczona książka. Jeśli kiedyś zostanie profesjonalnie przełożona, to naprawdę będę szczęśliwa, że bohaterowie przeczytają fragment o sobie.

 

Od wielu lat pracujesz w magazynie „Podróże”, od 2012 r. jako redaktor naczelna. Czym różniła się praca nad książką od Twojej codziennej pracy nad tekstami do miesięcznika?

Jeżeli tworzę tekst, to napiszę go, zamknę ten rozdział i potem mogę odpocząć, zmienić temat. Praca nad książką była dla mnie zarazem trudna i fascynująca. Zwłaszcza to, że ja w ten temat rzeczywiście „weszłam”, że nie chciałam się tylko z nim zapoznać, zaraz go zostawić i zacząć pisać o innym kawałku świata, ale zaczynałam coś rozumieć, stawałam się ekspertką w tym temacie.

 

Czy w takim razie planujesz napisać kolejną książkę?

Z jednej strony chciałabym, ponieważ było to dla mnie naprawdę ekscytujące na każdym etapie pracy. W czasie researchu bardzo podobało mi się grzebanie w Internecie, pobyt w bibliotece, czytanie książek, korzystanie z tekstów hiszpańskojęzycznych. Najbardziej wartościowe były podróże i spotkania z ludźmi. To, co razem przeżyliśmy było najlepszym doświadczeniem. Ale i z samego pisania się cieszyłam, bo miałam poczucie, że to jest TEN temat, że jest trafiony, że ja rzeczywiście chcę o nim opowiedzieć i chcę, żeby ludzie w Polsce o nim usłyszeli. Ciekawie byłoby napisać jeszcze jakąś książkę. Mam swoje tematy w głowie i chciałabym jeszcze raz przeżyć tę przygodę, ale chyba nie takim kosztem, żeby przez dwa lata nie móc się wyspać. (śmiech)

 

 

No właśnie, pisanie książki zajęło Ci dwa lata. Jak przez ten czas udało Ci się to pogodzić z codzienną pracą i opieką nad małym dzieckiem?

Było to bardzo trudne. Pracowałam osiem godzin dziennie, w domu miałam swoje obowiązki, więc po prostu nie dawałam rady fizycznie. Czasami sama siebie podziwiam; na dwa lata zupełnie zrezygnowałam z odpoczynku, robienia czegokolwiek dla siebie, czytania książek, oglądania filmów… Zobaczymy, może kiedyś będę potrafiła to wszystko lepiej zorganizować albo jakiś temat tak mnie skusi, że mimo wszystko będę chciała się nim zająć.

 

Minął już ponad miesiąc od wydania Twojej książki. Z jakim odzewem się spotkałaś, czy czujesz, że udało Ci się złamać ten stereotyp Kuby jako ojczyzny cygar, salsy i Fidela Castro?

Parę osób mówiło mi, że nie wiedziało wiele o Kubie, że właśnie miało w głowie tylko takie stereotypowe obrazy, a dzięki historiom, które opisałam udało im się lepiej zrozumieć świat. Ktoś mi powiedział, że bardzo mu się podobało to, że w książce przedstawiam różne punkty widzenia, że przejmuję jakąś perspektywę, ale zaraz ona jest zupełnie inna. Na tym zależało mi najbardziej – żeby dopuścić do głosu osoby o różnych światopoglądach. Tak, żeby oni mieli swoją przestrzeń i żeby w tej książce znalazły się różnorodne historie. Żałuję tylko, że Kubańczycy nie mogą jej przeczytać.