Julio, wracaj do Rodzinki.pl! Jeszcze nie jest za późno…

Dwie godziny da się zmarnować na wiele sposobów. Można w tym czasie doskonalić sztukę wiązania butów czy wchodzenia po schodach. Można policzyć liście w okolicznym parku lub spróbować wymyślić nowy kolor. Można nawet odkryć, dokąd nocą tupta jeż albo zwyczajnie przez ten czas patrzeć w chmury. Można wreszcie obejrzeć „W lesie dziś nie zaśnie nikt”. Z tych wszystkich bezużytecznych czynności najmniej wartościową zdaje się, niestety, być ta ostatnia.

Pewnie wszyscy już słyszeliście o najnowszym *atak kaszlu* horrorze polskiej produkcji. Lub może o slasherze, jak niektórzy wolą gatunkowo szufladkować film Bartosza Kowalskiego. Szumnie zapowiadany, jako przeniesienie amerykańskiego gatunku na polską ziemię. Jako otworzenie oczu polskiego widza na zupełnie nieznane rejony filmowej popkultury. Mieliśmy wreszcie zrozumieć o co chodzi w tych wszystkich koszmarach z ulicy Wiązów i teksańskich masakrach piłą mechaniczną. Aż dziw, że dział marketingu, myśląc nad hasłem reklamowym tego filmu, nie zdecydował się na parafrazę naszego hymnu i zakończenie zwiastuna hasłem „Z ziemi amerykańskiej do polskiej”. Zapewniono wszystkie czynniki gwarantujące sukces.  W obsadzie znane i kochane aktorki-influenserki, na mieście plakaty, będące niepokojąco bliźniaczą kopią tych promujących „Stranger Things”, i wreszcie odpowiednio mroczna i złowieszcza data premiery, czyli piątek, 13 marca. Jednak na nasze (nie)szczęście, tuż przed tym długo oczekiwanym dniem do Polski dotarła epidemia koronawirusa i wszystkie kina musiały zostać zamknięte. Jednak nie ma tego złego, co by na gorsze nie wyszło i zaledwie tydzień później groźna czcionka tytułowa „W lesie dziś nie zaśnie nikt” świeciła na pierwszej stronie Netflixa. Nie wiem jak twórcy wyjdą na tej decyzji finansowo (obawiam się, że źle, co może doprowadzić do oskarżania złośliwego wirusa o nieosiągnięcie oczekiwanych przychodów), ale na pewno sporo osób, nudząc się podczas domowej kwarantanny, z ciekawości sięgnie po głośny polski *atak kaszlu* horror. Tak też było ze mną.

Zanim przejdziemy do znęcania się nad wyrodnym dzieckiem polskiej kinematografii, kilka słów o jego *zgrzytanie zębami* fabule. Całkiem pokaźna początkowo grupa nastolatków wyjeżdża do lasu na kolonię. Na samym wejściu młodzież jest ograbiana z wszelkich telefonów czy tabletów, aby wreszcie oderwała swój wzrok od ekranów i dostrzegła, jakie piękne potrafi być życie offline i otaczająca ich natura (czyżby podprogowa sugestia, abyśmy już w tym momencie wyłączyli urządzenie, na którym oglądamy film i poszli się zająć czymś innym?). Wybrakowana technologicznie młodzież zostaje podzielona na zespoły i od tej chwili akcja skupia się już tylko na przygodach jednego z nich (mam szczerą nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł zrobienia kolejnych części o perypetiach pozostałych drużyn). Nasza szczęśliwa gromadka wyrusza więc w podróż w głąb lasu. No i się zaczyna…


Zupełnie nic nie sugerujące zdjęcie kilkunastu innych filmów, które można obejrzeć podczas domowej kwarantanny. Źródło: komorkomania.pl

Jezus Maria, czego w tym filmie nie ma! Jest tytułowy las, czyli sceneria, jakiej nigdy do tej pory w horrorach nie widzieliśmy. Jest grupka nastolatków, czyli bohaterowie, jakich jeszcze w żadnym horrorze nie spotkaliście. Są straszni i brutalni antagoniści, których wygląd wymyślono chyba czekając, aż Julia Wieniawa poprawi makijaż do kolejnej sceny. Jest krew, wnętrzności, wielki nóż, scena pseudonamiętnego seksu, bohater ciamajda, niezbyt rozgarnięty policjant i opuszczony domek (a nawet kilka). Jest nawet próba pokazania dystansu i zburzenia czwartej ściany, w postaci monologu jednego z bohaterów, o tym, jakie warunki powinien spełniać każdy dobry horror (szkoda, że ekipa filmowa nie posłuchała samej siebie). Słowem, wszystko to, co znacie i niekoniecznie lubicie.

Na wymienianie wszystkich głupotek i naiwnych scen szkoda Waszych oczu, a mojej klawiatury, ale kilka zasłużyło na specjalne wyróżnienie. Mamy więc wzruszający monolog Wiktorii Gąsiewskiej (przepraszam, ale skutecznie wyparłem już z głowy filmowe imiona bohaterów) o poszukiwaniu prawdziwej miłości, chwilę po przespaniu się z dopiero co poznanym chłopakiem. Mamy scenę z telefonem, który nagle stracił możliwość zadzwonienia na numer alarmowy bez odblokowywania, co pozwoliło na dramatyczną scenę z ręką jego martwego właściciela. Jest i pełne groteski ujęcie, kiedy płaczliwy chłopak dostaje całusa w policzek i nagle jest gotowy zwalczyć całe zło tego świata. Znalazło się także miejsce dla walecznej Julii Wieniawy, która po tym występie może się wygodnie położyć i spokojnie oczekiwać na oferty zagrania głównej roli w nowej części „Terminatora” czy „Rambo”. Nie brakuje także niezwykle sugestywnych i ani trochę nie nachalnych najazdów kamery na damskie pośladki czy kilkukrotnych wyjaśnień każdego wątku, bo przecież jeszcze jakiś biedny widz nie zrozumie aluzji i przez to nie spodoba mu się film. Jest wreszcie ostrzeżenie od jednej z postaci, że od najbliżej wsi dzielą ich dwa dni drogi. Tak, dobrze czytacie. Dwa dni. Do najbliższej wsi. Po szybkim rachunku wychodzi kilkadziesiąt kilometrów w linii prostej bez żadnych zabudowań. Macie jakieś pomysły, co Polska może zrobić z takimi zasobami niezagospodarowanej ziemi? Może jakaś wielka szkoła filmowa, z obowiązkowymi zajęciami z matematyki i geografii? Nawet mam pomysł, jaki film adepci mogliby oglądać, w ramach kary za nieobecności…


Aż łezka się kręci w oku. Pytanie, czy ze wzruszenia, czy jednak ze smutku. Źródło: Fanpage Julii Wieniawy na Facebooku

Żeby przynajmniej „W lesie dziś nie zaśnie nikt” potrafiło dobrze się pożegnać, podomykać wątki i z gracją zejść ze sceny. Ale i tutaj film Bartosza Kowalskiego wywraca się prosto na cyfrowy odpowiednik twarzy. Historię pochodzenia antagonistów wyjaśniono w taki sposób, że… ech, już lepiej gdyby twórcy pozostawili nas w fabularnej niewiedzy. Pojawiający się nagle, niby żartobliwy wątek z organizowaniem urodzin Hitlera w lesie (patrzcie, jaki nasz film jest prawdziwy i aktualny!) też nawet szkoda komentować. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to napiszę, ale już nawet Patryk Vega w swojej „Polityce” lepiej podszedł do tematu pamiętnego reportażu TVN-u. Co najgorsze, końcowa scena niebezpiecznie zwiastuje możliwość powstania kontynuacji. Mam szczerą nadzieję, że przynajmniej nie nastąpi ona szybciej, niż kolejna światowa epidemia wirusa.

Na koniec pora na niewielką dawkę wyjaśnień. Zdaję sobie sprawę, że ten film nie jest AŻ TAK zły, jak można by sądzić, po przeczytaniu powyższego tekstu. Rozumiem, że narzekać na durną fabułę w slasherze, to trochę jak oczekiwać dobrych dialogów w niemym kinie. Niektóre gatunki rządzą się swoimi prawami i trzeba to zaakceptować. Jestem nawet w stanie zaakceptować, że nie każdy film jest tworzony z oscarowymi ambicjami – niektóre mają po prostu dostarczać niewyszukanej rozrywki i nic ponad to. Wreszcie muszę przyznać, że pewnie ta recenzja (choć właściwszym określeniem w tym przypadku jest emocjonalny wylew) wyglądałaby zgoła odmiennie gdybym pisał ją po zebraniu myśli, a nie od razu po skończonym seansie. Ale wszyscy dajemy się czasem ponieść emocjom, prawda?


„W lesie dziś nie zaśnie nikt”
reż. Bartosz M. Kowalski
Polska, 2020

Wpisy

Student drugiego roku dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna pełnoprawny warszawiak. Fan piłki nożnej i kibic pewnej stołecznej drużyny kojarzonej z literą L w kółeczku. Miłośnik Star Wars oraz prozy Stephena Kinga.