Kamil Bałuk: Łamiąc reguły

 

O Holandii, Ryszardzie Kapuścińskim, tematyce inności w mediach i o tym, że świat nie jest czarno-biały – z Kamilem Bałukiem – zwycięzcą V edycji Konkursu Stypendialnego im. Ryszarda Kapuścińskiego rozmawia Karolina Chojnacka.

 

W kwietniu ukaże się debiutancka książka Kamila Bałuka pt. „Wszystkie dzieci Louisa”
(fot. Angelika Szpręgiel)

 

Rok temu zdobyłeś stypendium im. Ryszarda Kapuścińskiego, jednak to nie był pierwszy raz kiedy brałeś udział w konkursie. Jak to się stało, że postanowiłeś zgłosić swój projekt?

Brałem udział w dwóch edycjach. Nawet bliższy mi jest chwilowo poprzedni konkurs, kiedy nie wygrałem, bo właśnie kończę książkę – mój ówczesny projekt. Wszystko zaczęło się, kiedy byłem w Polskiej Szkole Reportażu i zacząłem publikować w „Dużym Formacie”. Coraz bardziej wchodziłem w środowisko reporterów, szczególnie młodych. A tam temat stypendiów pojawia się stosunkowo często. Dziennikarze są w dość ciężkiej sytuacji. Trudno jest się utrzymać z pojedynczych reportaży – jest to prawie niemożliwe. Stypendium im. Ryszarda Kapuścińskiego jest jednym z najbardziej prestiżowych konkursów. Każdy z uczestników składa trzystronicowy projekt. Później jest on przedstawiany szerszej publiczności. Każdy może śledzić, kto trafia do finałowej piątki i kto wybiera finalistów. W pierwszych edycjach konkursu udział brały osoby, które znałem i to wtedy zaczęła kiełkować we mnie myśl, że może to być szansa również dla mnie. Chociaż myśl była bardzo nieśmiała.

 

Od początku chciałem zgłosić książkę, która byłaby zbiorem reportaży z Holandii, bo żaden polski reporter jeszcze takiej nie napisał. Kraj, który jest mi bliski z racji tego, że studiowałem niderlandystykę, jest rzadko opisywany. A jeśli już, to przez pryzmat najbardziej pobieżnych stereotypów. Polacy lubią czytać o innych krajach, szczególnie europejskich – stąd popularność takich książek jak „Gottland” Mariusza Szczygła o Czechach, „Zabójca z miasta moreli” Witolda Szabłowskiego o Turcji czy „Obwód głowy” Włodzimierza Nowaka o Niemczech. Uważałem, że jeśli nie podejmę tego tematu, to w końcu ktoś inny zrobi to za mnie. Czułem, że na tyle dobrze znam język i posiadam wystarczająco dużą wiedzę na temat Holandii, że mogę się podjąć tego zadania. Porozmawiałem z Mariuszem Szczygłem, radząc się go, które z moich holenderskich tematów są ciekawe. A on zatrzymał się na wątku, którego właściwie nie brałem pod uwagę. Poradził, żebym porozmawiał o tym jeszcze z Wojciechem Tochmanem i zastanowił, czy to nie jest pomysł na książkę. To był temat wzięty z artykułu o mężczyźnie z Holandii, który przez 19 lat był dawcą nasienia. Był pół-Surinamczykiem, choć wiele kobiet nie wiedziało o tym, że nie jest on białym Holendrem. Był tam też doktor, który prowadził klinikę i okłamywał kobiety, które prosiły go o pomoc. Bardzo mało wtedy wiedziałem na ten temat, ale pamiętam, że Wojtek Tochman stwierdził, że jest on ciekawy. W rezultacie w kwietniu wydam tę książkę w założonym przez Szczygła i Tochmana wydawnictwie Dowody na Istnienie.

 

Jak przebiegała praca nad tą książką?

Kiedy powstał pomysł, myślałem, że te dzieci są małe, że dawca jest w więzieniu, doktor też albo nie żyje. Miałem o tym dość mętne pojęcie. Dość szybko okazało się, że istnieje reportaż telewizyjny, w którym sprawa jest trochę szerzej opisana. Pojawia się w nim jedno z dzieci tego rekordowego dawcy – około 30-letni mężczyzna. Wtedy zrozumiałem, że tu nie chodzi o małe dzieci, że wszystko działo się od lat 80. Porozmawiałem wstępnie z tym chłopakiem, umówiliśmy się na spotkanie. Opowiedział mi, że całkiem sporo tych dzieci odnalazło się nawzajem poprzez bazę DNA. Potem, tak, jak radził Kapuściński, przeczytałem wszystko, co zostało napisane na ten temat.

 

Jak dotarłeś do reszty bohaterów?

Zacząłem od tego jednego bohatera, Henrika, który poszedł do telewizji ze swoim problemem – miał sfałszowany paszport dawcy, czyli kilka kartek z zestawem cech biologicznego ojca. Kolejne osoby było mi łatwiej odnaleźć, ponieważ poznały już Henrika. Najpierw dzięki programom telewizyjnym, takim dość nietypowym, bo polegającym na badaniu swojego DNA i dowiadywaniu się, że jest się czyjąś półsiostrą czy czyimś półbratem. Celowo nie nazywam ich rodzeństwem przyrodnim, ponieważ warto to rozdzielić: rodzeństwo przyrodnie wiąże się z inną sytuacją społeczną – nowym partnerem jednego z rodziców. Te dzieci zaczęły zgłaszać się do bazy DNA i były ze sobą łączone. Powoli przekonywałem kolejne osoby, żeby się ze mną spotkały. Ci, dla których była to przykra sprawa, albo nie chcieli, żeby ich środowisko się o tym dowiedziało, odmawiali. Z kolei inne osoby, które potencjalnie mogłyby się zgodzić, były już zmęczone mediami i szumem wokół nich. Musiałem ich przekonać. Paradoksalnie okazało się to łatwiejsze dlatego, że byłem z zagranicy. Moim atutem było to, że śledzę niderlandzkojęzyczne media i stamtąd dowiedziałem się o sprawie. Potem spędziłem odpowiednio dużą liczbę godzin z danymi osobami, żeby wiedziały, że jest to dla mnie ważne, że specjalnie dla nich przyjeżdżam do danego miasta. Z członkami tej grupy, w której oni sami nazywają siebie „Połówkami”, miałem okazję rozmawiać u nich w domach. Można się wtedy dużo więcej dowiedzieć, zbliżyć do rozmówcy. Sprawę ułatwiało też to, że jesteśmy w podobnym wieku.

 

 

Czy historie wszystkich osób, z którymi się spotkałeś, znajdą się w książce?

Informacje z każdego spotkania na pewno w jakiś sposób mi się przydały, ale najważniejsi są ci, od których to wszystko się zaczęło. Oni mają swoją historię sięgającą czterech lat wstecz, kiedy zaczęli szukać i poznawać się nawzajem. Od momentu, kiedy zacząłem dokumentację, minęły dwa lata, grupa powiększyła się z 13 do 35 osób. Dochodziły kolejne „Połówki”, które, co zabawne, o wielu faktach z życia tej grupy wiedziały z początku mniej niż ja. Książka nie jest z gumy, pewne fakty w życiu dzieci z dawców powtarzają się, więc raczej nie przedstawię pełnych historii tych osób, które dołączyły później. Może oprócz takich najdobitniejszych, gdy np. wśród trojaczków jedna osoba ma innego ojca niż dwójka pozostałych. Dużo tam jest takich spraw pomiędzy eksperymentem społecznym, a tym, jak holenderskie prawo nie nadążało za rzeczywistością i jakie są tego teraz konsekwencje. Bardzo bym chciał, żeby polscy czytelnicy mogli się temu przyjrzeć jako takiej swoistej debacie nad przyszłością.

 

Skąd się wzięło twoje zainteresowanie Holandią?

Ze studiów.

 

A przed studiami już wiedziałeś, że to jest to, co cię interesuje?

Filologia niderlandzka była moim trzecim kierunkiem. Zawsze wiedziałem, że chciałbym nauczyć się innego języka niż angielski. To był w dużej mierze przypadek, bo w gimnazjum byłem zainteresowany Skandynawią. Gdy na drugim roku studiów pojechałem na Erasmusa do Szwecji, to zobaczyłem, że jednak mi się tam w ogóle nie podoba, miałem dość idealistyczną wizję tego kraju, a nie było tam tak bajkowo, jak to sobie wyobrażałem. Nauczyłem się trochę języka, ale to tyle. Chciałem więc zacząć coś nowego. Jestem z Wrocławia, tam studiowałem. Wybierałem między filologią rosyjską a niderlandzką. Wiedziałem, że ta druga była na lepszym poziomie, poza tym budynek, w którym odbywały się zajęcia, był w centrum. Kompletny przypadek. Ale, jak widać, czasami warto w życiu zdać się na los.

 

Kiedy pierwszy raz byłeś w Holandii, co cię tam najbardziej zaskoczyło? Na pewno jechałeś tam, mając w głowie pewne stereotypy…

Pierwszy był wyjazd weekendowy w czasie mojego pobytu w Szwecji. Zaskoczyły mnie takie powierzchowne rzeczy – totalna przewaga rowerów, polityka narkotykowa. Kiedy w Amsterdamie pojawiła się przez moment śmiertelnie niebezpieczna biała heroina sprzedawana jako kokaina, władze nie udawały, że problemu nie ma, tylko w całym mieście wystawiły duże tabliczki ostrzegające przed jej zażywaniem. I to nawet mimo tego, że sama kokaina też jest nielegalna. Zaimponowało mi to, bo było to zetknięcie się, skonfrontowanie z sytuacją, a nie przymykanie oczu, jak to wygląda choćby u nas. Byłem też na Dniu Króla (wcześniej Dzień Królowej). Jest to wielka impreza hucznie wyprawiana we wszystkich miastach, szczególnie w Amsterdamie. Wszyscy są wtedy na pomarańczowo. Podobało mi się, że Wilhelm Aleksander, który wstąpił wtedy na tron, bawił się razem z całym miastem, a rodzina królewska na scenie tańczyła z artystami. Na festynach były tarcze na drzewach z twarzą króla, do których można było rzucać rzutkami. Myślę, że w Polsce by to nie przeszło. Skończyłoby się pozwem o zniesławienie, a tam to było normalne. Nie mówię, że król to aprobował, ale nikt tego nie ścigał, bo wolność wypowiedzi jest dla Holendrów bardzo ważna.

 

– Chętnie piszę z zagranicy, ale po polsku, bo uwielbiam nasz język – mówi Kamil Bałuk
(fot. Paulina Komarowa)

 

Ryszard Kapuściński w swoich książkach często pisał o Innym. Projekt, dzięki któremu wygrałeś w zeszłym roku, to miała być książka o niestereotypowej Holandii, czyli też właściwe o tych innych. Czy tematyka inności jest dalej aktualna?

Wydaje mi się, że szczególnie w ostatnich latach i z perspektywy naszego kraju powinno być jak najwięcej debaty o inności. Jak najwięcej książek, reportaży i rzetelnego przedstawiania wszystkich stron. Z jednej strony większość Polaków chętnie wyjeżdża z kraju, sporo emigruje, ale z drugiej – część z nich nie wyciąga nauki z przebywania za granicą. Widać to w różnych badaniach. Polacy na emigracji wciąż często są ksenofobiczni. Dlatego tak ważne jest, aby o inności rozmawiać. Takim nieoczywistym przykładem jest „Gottland” Mariusza Szczygła. Popularność tej książki wynika w dużej mierze z tego, że Czesi wydają się nam bardzo bliscy geograficznie. Jednocześnie wiemy, że są inni, jednak nie na tyle nam obcy, żebyśmy nie chcieli o nich czytać. Chyba ten patent działa także z innymi krajami Unii Europejskiej, które w ostatnich kilkunastu latach Polacy poznali choć trochę. Czasami tylko przez pryzmat stereotypów. Tak jak Holandię – jedzie się tam, gdzie są tulipany, marihuana, prostytucja i wiatraki. Te cztery stereotypy, z których znamy Holandią, są tak naprawdę tylko częścią składową konkretnego spojrzenia Holendrów na rzeczywistość. Między prostytucją i marihuaną a inżynierią wodną jest więcej podobieństw, niż się wydaje. Mnie to, co poza Polską, zawsze interesowało. Chętnie piszę z zagranicy, ale po polsku, bo uwielbiam nasz język. Wracając do Kapuścińskiego, to jego książki powstawały przez wiele lat, dłużej niż dzisiaj. Ale to widać – jest w nich głębszą warstwa metaforyczna, paraboliczna, eseistyczna – teraz trochę brakuje nam takiej refleksji. Na co dzień za bardzo jesteśmy uwikłani w emocje związane z bieżącą polityką, media są nią zalane. Sam się na tym łapie, że mnie to emocjonuje – zupełnie niepotrzebnie. Przydałoby się, żebyśmy byli bardziej zainteresowani innymi, spokojnie o nich poczytali i porozmawiali. W Instytucie Reportażu, z którym współpracuję, kładziemy na to nacisk. Mieliśmy przez dwa lata projekt, który się nazywał „Tu mieszkamy”, zapraszaliśmy pochodzących spoza UE mieszkańców Warszawy. Niektórzy byli uchodźcami, niektórzy po prostu się tu przenieśli. Te spotkania były bardzo ciekawe i pokazywały, jak sytuacja np. Australijczyków przyjeżdżających do Polski jest w dużej mierze podobna do sytuacji Gruzinów i Kirgizów – tak samo trudno jest im się odnaleźć, znaleźć z Polakami wspólny język. To wcale nie jest tak, że są kraje lepsze i gorsze, tylko innemu w Polsce jest po prostu z definicji trudniej. Niestety.

 

Wspomniałeś o książkach Kapuścińskiego. Czy masz jakąś swoją ulubioną?

Nawet dwie, „Cesarz” i „Szachinszach”. To były dwie książki, które przeczytałem, mając 16 lat i obok „Jakbyś kamień jadła” Tochmana, to one zadecydowały, że zainteresowałem się reportażem. To były dla mnie poruszające lektury, niezwykle obrazowo napisane, z przemyślaną narracją. Myślę, że są to książki o takich walorach literackich, że dzięki nim pamięć o Kapuścińskim przetrwa dziesiątki lat. On sam chyba byłby dumny z tego, co się dzieje w ostatnich latach: polski reportaż kwitnie, a wielu młodych polskich reporterów wzoruje się na Kapuścińskim albo na jego uczniach.

 

Chciałabym cię spytać o „Podróże z Herodotem”. Prezentując swój zwycięski projekt, napisałeś, że w podróż po Niderlandach weźmiesz ze sobą XVIII-wieczną książkę „ABC Ojczyzny” Johana Henrika Swildensa. Czy to była inspiracja Kapuścińskim?

To ciekawe pytanie. Szczerze mówiąc, nie myślałem o tym w ten sposób, dopiero w tym momencie widzę tę linię łączącą mój pomysł i książkę Kapuścińskiego. Ale chyba nie. Oczywiście czytałem „Podróże z Herodotem”, ale to nie była moja inspiracja. Myślę, że rzeczy, które reporter zabiera ze sobą, obojętnie czy książki, czy korek od butelki, są ważne, bo budują jakąś historię. Stąd pomysł na zabranie książki Swildensa. Ale nie chodzi o fizyczną książkę, przecież mam ją tylko na komputerze. Chodzi o pewną historię o społeczeństwie sprzed setek lat, zestawioną z tym samym społeczeństwem dzisiaj.

 

Czy są reporterzy, którzy cię inspirują? Są dla ciebie wzorem?

Jeśli chodzi o styl, inspirują mnie Mariusz Szczygieł i Wojciech Tochman, którzy z kolei często powołują się na Ryszarda Kapuścińskiego, Hannę Krall i Małgorzatę Szejnert – oczywiście oni także są dla mnie wzorami. Jeśli chodzi o pracę w archiwach i dokumentację, imponują mi Filip Springer i Magdalena Grzebałkowska, są od tego prawdziwymi specjalistami. Fantastyczne wywiady przeprowadza Grzegorz Sroczyński. Z kolei opisy dziennikarskich poszukiwań, które nazwałbym „reporter na tropie”, a które też są mi bardzo bliskie, najciekawiej mi się czyta u Katarzyny Surmiak-Domańskiej i Marcina Kąckiego. Nie mam jednego idola.

 

Skąd bierzesz pomysły na swoje teksty, bo przyznam, że są one dość nietypowe jak np. o piosence Biały Miś czy o saunach…

Interesują mnie tematy, które na pierwszy rzut oka wydają się nudne, niepoważne. Książka, którą kończę, podejmuje tematykę dość poważną. Nie pracowało mi się nad nią łatwo: ludzie lubią czytać o smutnych rzeczach, ale mi trudniej jest o nich pisać. Nie umiałbym opisywać ludobójstwa albo pedofilii, bo to są sprawy, z których się nie żartuje. A ja w każdej historii staram się znaleźć momenty, do których można podejść z reporterską ironią – jakieś zabawne anegdotki, zbitki słów. Mnie interesują rzeczy, które początkowo wydają się banalne, trochę newsowo-tabloidowe, ale mają drugie dno, którego nikt nie dostrzegł. Pewien potencjał, który wydobędzie tylko reportaż. Interesuje mnie niezwykłość zwykłego człowieka, to, że przekracza swoje granice. Np. tak było z tekstem o saunach – zbiorze różnych historii o przekraczaniu tabu, jakim jest nagość i jednocześnie podporządkowaniu się regułom saunowym. Podobają mi się też takie tematy, w których ktoś łamie reguły, albo takie, w których reporter ma szansę przeżyć przygodę.

 

Zgadzasz się z tezą, że tematy na teksty leżą na ulicy?

Oczywiście, że tak. Leżą na ulicy, są w newsach, w telewizji, we wszystkich tych mediach, gdzie ktoś zbyt krótko, za mało o czymś napisał, zrobił zbyt migotliwy materiał.

 

Kamil Bałuk jest absolwentem Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Polskiej Szkoły Reportażu (fot. Angelika Szpręgiel)

 

Większość twoich tekstów jest o innych ludziach. Skąd więc wziął się pomysł na „Zeszyt zgonów”, który jest o twoich przeżyciach?

Poszedłem do szpitala na zabieg i tak mi się spodobały rozmowy z salową, pielęgniarkami, innymi pacjentami oraz to, że tam naprawdę niczego nie dało się dowiedzieć, że postanowiłem to opisać. Chciałem też, co jest dla mnie bardzo ważne, zrobić z tego taką uniwersalną historię, nie chciałem piętnować konkretnego szpitala. Pierwszoosobowa narracja jest pewnym sposobem, żeby to uzyskać – robię z tego pamiętniczek, więc nie mam pretensji do analizy całego systemu.

 

Czy masz może jakieś rady dla studentów, którzy też by chcieli zostać reporterami, a są dopiero na początku swojej ścieżki zawodowej?

Odrzucić wszelkie motywacje finansowe. Każdy musi się z czegoś utrzymywać, ale jeśli ktoś ma jakąkolwiek nadzieję, że zaangażowanie w reportaż mu się opłaci, to niech od razu się z nią pożegna. Po drugie, trzeba być na maksa przekonanym, że dziennikarstwo jest właściwym wyborem i wiedzieć, co chce się konkretnie robić – pracować w telewizji, radiu, zajmować się modą, wywiadami czy pisać reportaże. Reportaż kosztuje więcej czasu i pieniędzy niż np. zrobienie wywiadu przez telefon. Po trzecie, kiedy coś się wybrało, trzeba się temu całkowicie poświęcić i uczyć na błędach. Nie wolno zniechęcać się niepowodzeniami, bo znam przypadki, że ktoś dostał parę negatywnych uwag na temat tekstu i przestał pisać. Nie tędy droga! Tych komentarzy będzie milion i nawet doświadczeni, wydający książki reporterzy dostają wciąż mnóstwo negatywnych uwag. Trzeba znaleźć w środku siebie motywację, dlaczego chce się to robić i robić to z przekonania, czuć taką potrzebę. A jeśli nie ma tego stuprocentowego przekonania? Też dobrze. Reporter przecież głównie podważa, zastanawia się i wątpi, więc nigdy nie jest niczego do końca pewien.