Centrum Kapuścińskiego

Połączenie animacji z dokumentem w filmie „Jeszcze dzień życia” to odzwierciedlenie stylu Kapuścińskiego. Damian Nenow opowiada o kulisach swojej najnowszej produkcji.

 

Przy filmie „Jeszcze dzień życia” Damian Nenow (na zdjęciu z prawej) współpracował z Raulem de la Fuente (na zdjęciu z lewej). Fot. Archiwum Damiana Nenowa

„Jeszcze dzień życia” nie jest najpopularniejszą książką Kapuścińskiego. Dlaczego właśnie na jej podstawie powstał film?

Wybraliśmy „Jeszcze dzień życia” przede wszystkim ze względu na przemianę samego autora-bohatera, czyli Kapuścińskiego. Wielu ludzi powtarza, że to jego przełomowe dzieło, a następne książki są właściwie jej pokłosiem. Co się stało w Angoli w 1975 r., że pojechał tam reporter, a wrócił pisarz? To szalenie intrygujące pytanie. Ta książka jest absolutnie specjalna, mimo że nie świadczy o tym jej popularność. Dla mnie najważniejsze było to, że to była ulubiona książka samego Kapuścińskiego, że to jego najbardziej osobiste dzieło. A z praktycznego punktu widzenia, „Jeszcze dzień życia” jest szalenie filmowy. Jest trochę napisany jak scenariusz, bo ma trzyaktową strukturę.

 

Dlaczego akurat te wydarzenia tak na niego wpłynęły? Przecież wcześniej przeżył osiem wojen, w tym II wojnę światową?

Gdy wybuchła wojna był młodym chłopcem – miał 7 czy 8 lat. Wspominając ją, wielokrotnie powtarzał, że nigdy nie dane mu było jej zrozumieć. Wydaje mi się, że jest to demon, który siedział w jego głowie, z którym próbował się zmierzyć za każdym razem, gdy nadarzyła się okazja. Kiedy pojawiało się widmo jakiegoś konfliktu, nie było siły, żeby Kapuściński się nie znalazł w samym centrum chaosu. Wojna w Angoli była ostatnią z wojen dekolonizacyjnych. Jakby tego było mało, była wyjątkowo absurdalna, bo Portugalczycy, wyjeżdżając, ustanowili datę, kiedy Angolczycy mogą zacząć walkę o władzę. I znowu Kapuściński mógł zmierzyć się z demonem. Kiedy tam przyjechał, po tym wszystkim, co już w życiu widział, chciał dotrzeć głębiej i dalej i w efekcie po drodze przekroczył mnóstwo cienkich linii. Aż w końcu doszedł do momentu, w którym musiał dokonać dramatycznego wyboru. I nie chodzi tu o żadną filozofię, ale raczej o rzeczywistość reportera wojennego. To są niezwykle dramatyczne sytuacje, bo wojna jest jak fizyka kwantowa, bo obecność obserwatora zmienia bieg wydarzeń. Myślę, że Kapuściński w Angoli dotarł do tak wielkich dylematów, spoczywało na nim tak wielkie brzemię, że ten człowiek musiał się zmienić.

 

Fotos z filmu „Jeszcze dzień życia”.

 

Film powstawał aż dziewięć lat. Dlaczego tak długo?

Składa się na to kilka etapów. Sama realizacja trwała trzy lata. To była najbardziej intensywna część prac. Produkcja trwała długo, bo sporo czasu zajęło finansowanie. To, o ile się nie mylę, największa koprodukcja europejska. Sporo czasu zajęło też tworzenie samej historii: przy pisaniu scenariusza kilka razy wracaliśmy do punktu wyjścia.

 

Dlaczego zdecydowaliście się na połączenie animacji i dokumentu?

Ta hybrydowość jest naturalna. To odzwierciedlenie stylu Kapuścińskiego, który łączył informacje z niemal poetyckimi środkami wyrazu, by nie tylko przedstawić fakty, ale też emocje ludzi, których spotkał. Animacja jest najbardziej poetyckim gatunkiem filmowym, bo jest czystą kreacją. Na początku to była mglista wizja. Pomysł zrodził się w głowie Raula. Podczas kilku spotkań-burz mózgów zdecydowaliśmy się na pełnometrażowy film fabularny. Wtedy wydawało nam się to bardzo szalone, ale nawet przez chwilę nie zastanawialiśmy się, czy to dobry pomysł. Po opublikowaniu zwiastuna, który został znakomicie przyjęty przez widzów, zaczęły się schody. Wiedząc, że będzie to połączenie dwóch skrajnych gatunków filmowych, musieliśmy stworzyć scenariusz.

 

Przeczytaj również recenzję filmu „Jeszcze dzień życia” autorstwa dziennikarza i krytyka filmowego, red. Konrada J. Zarębskiego!

 

Czemu służą te impresjonistyczne animacje?

Muszę przyznać, że są one moim oczkiem w głowie. Esencją pisania Kapuścińskiego jest, że patrząc „przez lupę” na pojedynczego człowieka, potrafi pokazać, jak wygląda kondycja całego kontynentu. To jest magia Kapuścińskiego. Znam masę anegdot, gdzie ktoś zabiera go np. na ważną konferencję, a on się tam nie pojawia, tylko gada ze sprzątaczką albo z kimś na ulicy. W podobny sposób chcieliśmy pokazać tę historię. Nie przez pryzmat reżyserów, Polaków, reporterów, czy samej profesji, tylko przez pryzmat Kapuścińskiego.

 

Fot. Archiwum Damiana Nenowa

 

Trudno było dotrzeć do świadków wydarzeń, którzy pojawili się w dokumentalnej części filmu?

Paradoksalnie – nie. Trudne realizacyjnie i logistycznie, bo jest to jednak daleki kraj i potwornie drogi. Jednak samo dotarcie do ludzi było proste. Absolutnie wszyscy mówili o nim Ricardo i mówili, że Kapuściński był ich przyjacielem. Dlatego każdy chciał opowiedzieć o swoich emocjach, choćby Farrusco, który nadal jest czynnym generałem. On nawet specjalnie dla nas ustawiał ćwiczenia żołnierzy, abyśmy mogli być w odpowiednim miejscu pojawić się z kamerą.

 

Spotkałem się z tezą, że wywiady ze świadkami wydarzeń z książki zostały dodane po książki Artura Domosławskiego. To prawda?

Też gdzieś widziałem taką wersję, ale to są bzdury. Domosławski zawsze gdzieś „istniał” w trakcie pracy nad filmem jako kontekst, od którego musimy się odciąć. Czas pracy nad filmem rzeczywiście pokrywa się z jego publikacją. Mieliśmy nawet obawy, że będziemy rozliczani w kontekście Domosławskiego, a nie Kapuścińskiego. A nas to kompletnie nie interesowało, bo nie o tym robiliśmy film. Ale te wywiady nie mają na celu uwiarygodniania czegokolwiek. Oczywiście na poziomie emocji tak, ale to nie jest animacja uwiarygadniana co jakiś czas dokumentem, tylko zwarta historia. Nawet gdybyśmy zrobili tak, jak sugeruje ta plotka, to działalibyśmy na swoją niekorzyść, bo film pokazuje Kapuścińskiego w takim świetle, w jakim nie chciałby go pokazywać Domosławski.

 

A co sądzisz o samej książce „Kapuściński non-fiction”?

Uważam, że jest absurdalna. To klasyczna odpowiedź podaży na popyt. W Polsce ten popyt na obalanie pomników był i mam nadzieję, że minął. Ja o Kapuścińskim usłyszałem w szkole i uczono mnie, że jego forma pisarska opiera się na pewnej kreacji i założeniach, które ułatwiają pisanie przez pryzmat emocji. To właśnie daje ten pełny, uniwersalny obraz wydarzeń.

Rozmawiał Paweł Sadowski

 

Damian Nenow (1983) – reżyser i montażysta. Jest absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. W 2005 roku, kiedy był na pierwszym roku studiów, za swój film „The Aim” otrzymał nagrodę specjalną na Festiwalu „ReAnimacja” w Łodzi oraz pierwszą nagrodę na festiwalu „Dozwolone od lat 21” w Tarnowie. Na drugim roku zrealizował film „Wielka ucieczka”, który pokazywany był na wielu międzynarodowych festiwalach filmowych. Jego praca wiąże się najczęściej w grafiką komputerową, w której jest prawdziwym ekspertem. Aktualnie pracuje w studiu Platige Image. Zajmuje się tam nie tylko reżyserią i montażem, ale również animacją i grafiką 3D.

Zobacz też:
Chińskie duchy jedzą ananasy

Chińskie duchy jedzą ananasy

"Chińska herbata i tradycyjne pao na śniadanie, po południu zwiedzanie...
Nobel ma w sobie coś z kobiety

Nobel ma w sobie coś z kobiety

O Swietłanie Aleksijewicz, Nagrodzie Nobla i Białorusi pisze Alesia Ptushka...
Chemik schodzi na złą drogę

Chemik schodzi na złą drogę

O Kacprze Choromańskim, który zawodowo analizuje krwawe ślady, pisze Anna...

1 comment

  1. Katemeika says:

    Mar 28, 2017

    Odpowiedz

    Najbardziej przerażające jest to że nikt nigdy nie poniósł kary. Była śmierć, było mataczenie, było łamanie życia wielu osobom w celu wplątania ich w to morderstwo. Szczęśliwie ocalały akta sprawy. I co? I nic. III RP sobie z tą zbrodnią nie poradziła. Nie była w stanie czy nie chciała? Na to pytanie książka nie daje odpowiedzi.
    Ojciec Grzegorza – Leopold Przemyk wnosi skargę do Europejskiego Trybunału Spraw Człowieka a Trybunał orzeka, że Polska jest winna i zasądza odszkodowanie dla ojca. Może to jest odpowiedź?

Name required

Website