Kartoniada z napisem „wielokulturowość”

[spider_facebook id=”2″]

 

„Białystok. Biała siła, czarna pamięć” Marcina Kąckiego to książka, która wywołuje skrajne emocje. Można było się o tym przekonać 4 listopada na spotkaniu z autorem w Faktycznym Domu Kultury.

 

 Reportaż musi pokazywać kawałek rzeczywistości i być prawdziwy, ale nie musi być obiektywny – mówił Marcin Kącki (fot. Bartosz Wróblewski).

 

18:50 – Wchodzę do Faktycznego Domu Kultury, na sali niemal komplet. Siadam w ostatnim rzędzie. Ktoś z obsługi technicznej ustawia dodatkowe krzesła, które prawie natychmiast są zajmowane.

18:57 – Odwracam głowę i widzę 12-15 osób stojących przy wejściu (w tym Mariusza Szczygła). W powietrzu czuć podekscytowanie.

19:02 – Wszystkie miejsca zajęte. Pytam mężczyznę siedzącego obok, czy widział kiedyś takie tłumy w FDM. Odpowiada, że nie. Autora książki ciągle brak.

19:05 – Mniej więcej 80 osób siedzi, drugie tyle stoi. Z tyłu słychać burzliwą dyskusję o „Białymstoku”. Na salę wchodzą wyczekiwany Marcin Kącki oraz Paweł Smoleński, gospodarz spotkania.

 

Pierwotnie książkę miał napisać właśnie Smoleński. Zasugerował jednak Wydawnictwu Czarne, żeby zaangażowało Marcina Kąckiego. Dlaczego? – Autorem musiał być ktoś, kto ma dużą siłę przebicia, jest sprawiedliwy w sądach i się nie boi – mówił. To jest książka o układzie, książka, która mrozi krew w żyłach – dodał. – To teraz państwo i ja dowiedzieliśmy się, jaki układ stoi za tą książką i kto jest mocodawcą – spuentował Kącki.

 

Kiedy Kącki szukał materiałów w Białymstoku, zauważył kult wizerunku, który „przykrywa zdolność działania”: – Wizerunek jako kartoniada z napisem „wielokulturowość”, scenografia teatralna. Jeśli podciąć jej sznurki, okazuje się, że ludzie są zakładnikami tej wizerunkowości. Za przykład podał tabliczkę przy jednym ze szlaków wielokulturowości, która stoi przy domu w Białymstoku, gdzie przebywał Piłsudski. Zamiast zabytku są zgliszcza i płot z podpisem „Jagiellonia Białystok”. – To tylko scenografia, alibi. Tego nie ma w głowach i sercach ludzi. To się dzieje w wielu miastach Polski – odnotował dziennikarz „Gazety Wyborczej”.

 

– To jest książka o układzie, książka, która mrozi krew w żyłach – mówił prowadzący spotkanie Paweł Smoleński (fot. Martyna Fabisiak, Instytut Reportażu)

 

Prowadzący spotkanie nie krył, że Kącki, pisząc książkę, zaimponował mu odwagą. Reporter odpowiedział, że wykonał tylko swoją dziennikarską robotę. Przytoczył też anegdotę: Mirosław Tryczyk, który napisał „Miasta śmierci. Sąsiedzkie pogromy Żydów”, usłyszał kiedyś w Białymstoku: „Zdejmij tę pedalską frotkę”. Miał wtedy długie włosy i problemy ze zbieraniem materiałów do książki. Wrócił do Wrocławia, ogolił się na łyso i przyjechał z powrotem. – Zaczął się do niego uśmiechać facet w IPN-ie, ludzie na ulicy traktowali go jak swojego. Chodzić w seledynowej frotce na Podlasiu to dopiero odwaga – zakończył historię.

 

W dyskusji o Białymstoku nie mogło zabraknąć wątków neofaszystowskich. Adam S., ps. Staszyn, ma na plecach dwie swastyki. Prowadzi pub Kotłownia, pomieszczenie dzierżawi od Uniwersytetu w Białystoku; nad lokalem znajduje się gabinet prof. Andrzeja Sadowskiego, kierownika Katedry Socjologii Wielokulturowości UwB. Staszyn spotyka się z Kąckim, bo po pierwsze nigdy nie rozmawiał z dziennikarzem, a po drugie reporter pracuje dla „Czarnego”, a nie dla „Wyborczej”, która dla  Staszyna jest nie do zaakceptowania. Podczas spotkania reporter zapytał  Staszyna, co czuje mieszkając w Białymstoku. Ten odpowiedział Kąckiemu, że nic nie czuje. Reporter opowiedział więc Staszynowi żydowską historię miasta. Ten skwitował opowieść Kąckiego słowami:„O kurwa, jakby tylu Żydów było, tobym chyba nic nie czuł”.

 

 

Marcin Kącki na spotkaniu mówił też o hejcie za książkę, m.in. o „nienawiści liturgicznej”, czyli „połączeniu katolickiego miłosierdzia z nadzieją na cudze nieszczęście”. Przykład: „W Bogu nadzieja, że już nic nie napiszesz”. Dziennikarz dostaje też „zwykłe” hejty, jak choćby: „Ty moralny robaku”. Jak na to reaguje? – Jak rano wstaję i nie ma hejtu, to sprawdzam puls, bo nie wiem, czy żyję.

 

Z drugiej strony cieszy się, bo „książka się dopisuje”. Aneta Prymaka-Oniszk, która pisze książkę o bieżeństwie z 1915 r., czytając  „Białystok” natknęła się na informacje o swoim dziadku. Został zamordowany podczas pacyfikacji jednej z wsi przez żołnierzy wyklętych. Książka ją poraziła, po jej przeczytaniu nie mogła się pozbierać. Napisała do Kąckiego  list, po którym – jak to ujął reporter –„zmokły mu oczy”. Prymaka-Oniszk była obecna na spotkaniu i łamiącym się głosem dziękowała Kąckiemu za to, że opisał tę historię.. Reporter był poruszony i podkreślał rolę Internetu, który daje możliwość współprzeżywania książki przez autora i czytelników. Tego samego dnia, gdy Kącki dostał list od pani Anety, ktoś na Facebooku napisał wiadomość: „Odpierdol się od Burego. Chwała i cześć bohaterom!”.

 

Ktoś mnie zapytał, dlaczego takie, a nie inne historie. Bo są po prostu ciekawe. Reportaż musi pokazywać kawałek rzeczywistości i być prawdziwy, ale nie musi być obiektywny. Każdy ma filtry, doświadczenia, sympatie, antypatie. Ważniejsze jest to, żeby to było uczciwe i szczere – mówił Kącki.

 

Prezydent Białegostoku, Tadeusz Truskolaski, zapytany przez reportera „Dużego Formatu” o tożsamość miasta odpowiedział, że „największą marką jest stadion miejski i klub Jagiellonia Białystok”. – Nie wielokulturowość, nie tożsamość, nie Zamenhof, nie Żydzi, nie historia – skomentował reporter. Dla Kąckiego to dowód na to, że miasto wpadło w kult wizerunku.

 

Mateusz Rutkowski