/

Kasa, misiu, kasa

Nowy Folder - #BananowaNiedziela

 

Złodzieje – jedno z ulubionych określeń używanych przez prawicowych wyborców wobec rządów PO-PSL. Tytułowa kasa jest doskonałym sprawdzianem poziomu uwielbienia swoich sejmowych przedstawicieli. Wyznacza także granice chwilowej ślepoty wyborców, gdyż ważne jest kto „kradnie”.

 

 

Prawdę mówiąc nie sprawdzałem wcześniej  wysokości premii przyznawanych rządowi Tuska. Skłoniła mnie do tego dopiero afera wywołana ujawnieniem kwot przyznanych przez Beatę Szydło swoim ministrom. Porównanie, dokonane między innymi przez Izabelę Kacprzak na łamach „Rzeczypospolitej”, wygląda następująco: rząd PiS-u dostał 5 mln zł premii, ministrowie Donalda Tuska – 110 tys. Stosując kryteria prawicowego elektoratu powinienem więc uznać, że obecnie rządzący są 50 razy większymi złodziejami. Ale właściwie dlaczego? Quod lege non prohibitum, licitum est.

 

Nie ma żadnego przepisu zabraniającego Prezesowi Rady Ministrów przyznawania premii swojemu rządowi. Logiczne jest także, że pochodzą one z państwowej kasy, bo niby skąd miałyby się wziąć? Z prywatnego konta premiera? Dlaczego więc pomimo premii we wszystkich kolejnych rządach w dalszym ciągu ludzie są oburzeni? A może problemem nie są same pieniądze, ale to, kto je dostaje? Kilka lat temu narzekali przeciwnicy PO, dziś narzekają przeciwnicy PiS-u. Mi pozostaje siedzieć z boku i pukać się w głowę.

 

Zanim przejdę dalej, opiszę, Drogi Czytelniku, swoją idealną,  choć obecnie niemożliwą wersję rządu. Otóż marzy mi się Rada Ministrów złożona z ekspertów w swoich dziedzinach, którzy zostawią na chwilę złote interesy w celu posprzątania naszego krajowego burdelu i zrobienia z niego prężnie działającej eleganckiej trzygwiazdkowej restauracji. Jednak jak zachęcić ludzi, którzy umieją świetnie radzić sobie w życiu bez pójścia w wyjątkowo brudną w naszym kraju politykę? Dlaczego mają zostawiać swoje prezesowskie posady, jeżeli nie dostaną odpowiednich pieniędzy w rządzie? Przypominam więc drodzy wyborcy – sami wybieracie ludzi, którzy sadzają Joannę Muchę na stołku ministry sportu lub Beatę Kempę na stanowisku minister ds. uchodźców i pomocy humanitarnej (tego poziomu poczucia humoru nigdy nie sięgnę).

 

Na Elżbietę Bieńkowską posypały się gromy za stwierdzenie, że trzeba być idiotą albo złodziejem, by pracować za 6 tys. zł. Wiem, że to niepopularne, ale zgadzam się z nią w 100 procentach. Bo dlaczego osoba, która ma zarządzać miliardami złotych, ma zarabiać tylko 6 tys.? Zaledwie na tyle jest wyceniane zaangażowanie i ogromna odpowiedzialność za nasze, bądź co bądź, pieniądze?  I jak to nieszczęsne 6 tys. ma przyciągnąć ludzi z wykształceniem i doświadczeniem w sektorze prywatnym, gdzie nierzadko zarabiają 10 razy więcej? Wiem, że czytając te rozważania ma się przed oczami takie asy inteligencji, pobierające obecnie ministerialne wynagrodzenia, jak Suski, pomyślmy jednak przyszłościowo: jak chcemy mieć ekspertów, to trzeba im zapłacić.

 

A co do obecnej sytuacji, obywatelu, odpowiedz szczerze: nie wziąłbyś 60 tys. premii?