Każdy z nas nosi w sobie niedopieszczone dziecko


O kulisach realizacji filmu „Diagnosis”, wyświetlanego na festiwalu Her Docs,  opowiada reżyserka Ewa Podgórska.


Moja pierwsza myśl po obejrzeniu pani filmu: jak udało się przekonać bohaterów do tak szczerych i trudnych zwierzeń?


Od początku miałam wrażenie, że moi bohaterowie po prostu bardzo tego chcieli. Nie wierzę w przypadki – spotkaliśmy się w jakimś celu. Oni mi coś dali i ja im dałam coś w zamian. To było pewnego rodzaju prawo wszechświata, że dane nam było spotkać się ze sobą. Ale też z większością tych osób wcześniej udało nam się zbudować pewien rodzaj relacji, opartej na zaufaniu. Wiedzieli, że nie zrobię im krzywdy.


Umiejętności nawiązywania relacji z ludźmi raczej nie wynosi się ze szkoły filmowej…


Tak, chociaż ja już mam doświadczenie psychologiczne, choć nie mam takiego wykształcenia. Rozmawiałam z ludźmi o trudnych przeżyciach, szczególnie z kobietami dotkniętymi przemocą. Starałam się jak najlepiej wykorzystać swoją wiedzę z tego okresu. Inspirowały mnie również spotkania DDA, czyli Dorosłych Dzieci Alkoholików, czy Samopomoc Kobieca. Wszystko to oparte jest na tym samym — osoby bez wykształcenia psychologicznego dzielą się swoimi historiami. Nie ma ekspertów, czy osób, „które wiedzą lepiej”. Jest jedynie dzielenie się swoimi przeżyciami i doświadczeniem. Z tego właśnie starałam się korzystać.


Trudno było sprawić, aby historie bohaterów były ze sobą spójne?


Od początku starałam się być bardzo otwarta na ich wyznania i zakładałam, że mogą mieć bardzo różny stosunek do miasta, czy swojego życia. Szybko okazało się jednak, że istnieje coś takiego jak energia miejsca i wspólne doświadczenia. Jest to coś jeszcze szerszego, rodzaj wewnętrznego życia, charakterystycznego dla współczesnych ludzi. Innymi słowy odkryłam, że wszyscy jesteśmy podobni. Jesteśmy podobni poprzez niedopieszczone dziecko, które każdy z nas nosi głęboko w sobie. Film to jednak proces. Początkowo nie wiedziałam, w jaki sposób te historie będą się ze sobą przeplatać. To wyszło w trakcie realizacji. Ale później, kiedy udało mi się zebrać główne wątki, to starałam się tak dobrać bohaterów, aby ich historie wzajemnie się uzupełniały i tworzyły wspólny los.

Ewa Podgórska – reżyserka filmu „Diagnosis”. Źródło: HER Docs Film Festival

A kiedy zrodził się pomysł na film o psychoanalizie mieszkańców Łodzi?


Ten film miał wyglądać zupełnie inaczej. Zgłosiła się do mnie późniejsza producentka „Diagnosis”, która chciała stworzyć film o mieście. W trakcie szukania informacji natknęła się na tzw. psychoanalityków miast. Jedynych takich na świecie. Początkowo ten film miał być właśnie o nich, ale ja szybko zrozumiałam, że „Diagnosis” powinno być po prostu o ludziach, których perspektywa jest znacznie ciekawsza. Zdecydowałam, że głównym punktem filmu będą kozetki. Ale konkretne rozwiązania przyszły dopiero z czasem.


W 2012 roku nakręciła pani film „Jajko i kura”, o matkach i córkach, które należą do tzw. Kręgu i także dzielą się swoimi przeżyciami. Czy to był rodzaj wstępu do „Diagnosis”?


Chyba rzeczywiście tak się stało, chociaż nie było to zamierzone. „Jajko i kura” może nie jest filmem do końca udanym, ale bardzo szczerym. Chciałam w nim opowiedzieć o tym, co mnie osobiście dotyka i porusza. „Diagnosis” jest już filmem dużo dojrzalszym, ale wciąż bardzo szczerym i szalenie osobistym. I jak najbardziej można ją uznać za swoistą kontynuację.


Zastanawiam się, jakie opowieści snuliby mieszkańcy innych miast, jak wyglądałby ten film, gdyby nakręcić go poza Łodzią? Albo w ogóle na wsi?


Mam wrażenie, że gdzie indziej ich opowieści wcale by się drastycznie nie różniły. Na tym polega magia tego filmu (przynajmniej taką mam nadzieję), że opowiada o kondycji współczesnego człowieka. W wersji zagranicznej nie ma informacji, że akcja rozgrywa się w Łodzi, używamy po prostu terminu „The City”. Widzowie z różnych części świata identyfikują się z tym miastem i znajdują w nim liczne podobieństwa do miejsc, gdzie żyją. Jest to, jak mówiłam, historia o naszym wewnętrznym niedopieczonym dziecku i naszych potrzebach. Może na malutkiej wsi wyznania te lekko by się różniły, ale myślę, że też niewiele.

Łódź – zbiorowy bohater dokumentu „Diagnosis”. Źródło: HER Docs Film Festival

Wróćmy na chwilę do bohaterów filmu. Trudno było znaleźć takie osoby?


Rozmawiałam z naprawdę wieloma osobami. Nigdy nie liczyłam, ale było ich nawet kilkaset. Ostatecznie na filmowej kozetce zasiadło około 50 osób, które wzięły udział w zdjęciach. Zależało mi, aby te osoby były różnorodne: z różnych warstw społecznych, w różnym wieku, z innym wykształceniem i doświadczeniem życiowym. Żeby zbadać, czy istnieje jakaś wspólna energia miasta, która wpływa na człowieka. Czy ich psychika ma jakieś punkty wspólne. Z tych pytań wyłonili się bohaterowie, którzy mimo pozornie wielu różnic paradoksalnie są do siebie szalenie podobni. Gdzieś tam było oczywiście założenie, aby te historie się ze sobą przeplatały. Najważniejszym celem było jednak, żeby bohaterowie szczerze chcieli wziąć udział w filmie i opowiedzieć swoje historie.  Chciałam, aby wyglądało to inaczej niż przy innych dokumentach, gdzie zwykle reżyser namawiał bohaterów do zwierzeń. Przy „Diagnosis” udało się doprowadzić do odwrotnej sytuacji — ci ludzie sami chcieli podzielić się swoimi historiami.


Czy myśli pani, że poczuli ulgę dzięki udziałowi w takim filmie? W końcu to właśnie ulga jest celem udanej psychoanalizy.


Trzeba by ich o to zapytać. Z tego, co wiem –  jak najbardziej tak. Co więcej, nie tylko oni odczuli tę ulgę, ale i cała ekipa filmowa, także ja. Wielu z nas ten film naprawdę wiele dał prywatnie. Ponadto te procesy cały czas trwają. Kiedy oglądamy nasz film wspólnie podczas różnych pokazów, cały czas wracamy do rozmów, które prowadziliśmy na kozetce. Stosunek tych ludzi do przeszłości, przeżyć i związanych z nimi emocji cały czas się zmienia. Stopniowo udaje im się uwalniać od różnych rzeczy. Zdarza się, że oglądając siebie w tym filmie mówią już o tej sobie jak o innej osobie, bo są już inni, a przynajmniej po części swoją przemianę zawdzięczają „Diagnosis”.


W jednym z wywiadów przyznała pani, że wcześniej porównywała pani Łódź do bezdomnego psa. Natomiast po ukończeniu filmu Łódź kojarzy się już pani z psem z budą, będącym pod opieką. Skąd ta zmiana opinii?


Przed produkcją też czułam jakiś rodzaj wewnętrznego porzucenia, to niedopieszczone dziecko w sobie. Dzięki „Diagnosis” udało mi się nim zaopiekować i czuję się dużo bardziej stabilna. Także moja sympatia do samej Łodzi po tym filmie znacznie wzrosła. To moje rodzinne miasto, zawsze je kochałam, ale teraz tej relacji towarzyszy wiele cieplejszych uczuć.


Powiedziała pani kiedyś, że w odpowiedzi na dowolne pytanie zawsze mówimy trochę o sobie. Jak odniosłaby pani tę myśl do „Diagnosis”? Czy nie jest to trochę film o samej sobie?


Trochę tak. O czymkolwiek mówimy, zawsze mówimy o sobie. Absolutnie zrobiłam film o samej sobie. Jestem tego świadoma, film jest zawsze odzwierciedleniem jego autora. A „Diagnosis” jest filmem bardzo autorskim. Jest to film o mnie i nie ma tam chociażby jednego słowa czy zdania, z którym bym się w pełni nie identyfikowała.

Bohaterowie „Diagnosis” przechodzą przez proces psychoanalizy, opowiadając na kozetce o swoich bolesnych przeżyciach. Źródło: HER Docs Film Festival

A skąd pomysł na dodanie do filmu tajemniczego francuskiego głosu, głosu terapeuty?


Wynika to z genezy powstawania filmu. Na początku miał on właśnie dotyczyć francuskiego psychoanalityka miast, ale potem poszło to zupełnie w inną stronę. Ale, żeby podkreślić, że to właśnie ten Francuz stworzył pojęcie psychoanalizy miast, zdecydowaliśmy się zostawić francuski głos. Zwłaszcza że to on jest autorem między innymi powtarzającego się w filmie pytania: „Jeśli miasto byłoby zwierzęciem, to jakim?”.


Jak wyglądała praca z bohaterami na planie filmowym?


Obojętnie, o co bym ich nie zapytała, bardzo szybko sami zaczynali kontaktować się ze swoimi trudnymi emocjami. Nawet jeśli zarzekali się, że mają także mnóstwo wspaniałych wspomnień i kochają swoje miasto, to na kozetce okazywało się, że wolą mówić o tych trudniejszych przeżyciach. Na planie mieli rzadką, jeśli nie jedyną, okazję do opowiedzenia o swoim problemach, o których na co dzień nie chcą słuchać ich bliscy lub zwyczajnie boją się mówić o nich na głos. To było dla mnie bardzo trudne, obciążenie emocjonalne było ogromne. Ale właściwie nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki nie ukończyliśmy montażu. Dopiero wtedy poczułam wielką ulgę i zrozumiałam, jak bardzo te dni na planie były dla mnie obciążające. Często po takich sesjach z bohaterem przez kilka dni nie potrafiłam odróżnić, które emocje są moje. To był ciężki proces, który trwał bardzo długo.


Rozumiem, że z każdym trzeba było porozmawiać kilka razy, by się w pełni otworzył?


Na kozetce rozmawialiśmy raz lub dwa razy, w jednym przypadku konieczne były trzy podejścia. Samych sesji nie było wiele, ale wcześniej (lub później) bardzo dużo rozmawiałam z bohaterami, aby ich jak najlepiej poznać. Z niektórymi nawet kilkadziesiąt razy. Był to więc bardzo długi proces, ale same zdjęcia na kozetce poszły już szybko.


Myśli pani o kontynuacji „Diagnosis”?


Ta historia już się dla mnie zakończyła. Jeśli miałabym zrobić film oparty na podobnej formule, to chciałabym, aby był on inny. Ja też jestem już zresztą innym człowiekiem, ale sama jeszcze nie wiem, w jaką stronę chciałabym pójść. Ale miejsce nie miałoby chyba znaczenia. Chociaż równie dobrze mogłabym drugą część nakręcić w Łodzi, ale z innymi ludźmi.


Ewa Podgórska — absolwentka PWSFTviT w Łodzi, kulturoznawstwa na Uniwersytecie Łódzkim oraz Programu Dokumentalnego DOK PRO w Szkole Andrzeja Wajdy. Reżyserka oraz autorka scenariuszy do takich filmów jak “Jajko i kura” (2012), “Przechyły i wychyły” (2017) oraz “Diagnosis” (2018), wyróżnionego nominacją do Orła – Polskiej Nagrody Filmowej w kategorii: Najlepszy film dokumentalny, 2020.

Wpisy

Student drugiego roku dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna pełnoprawny warszawiak. Fan piłki nożnej i kibic pewnej stołecznej drużyny kojarzonej z literą L w kółeczku. Miłośnik Star Wars oraz prozy Stephena Kinga.