Centrum Kapuścińskiego

Romantyczne mogą być utwory Mickiewicza albo widok gwiaździstego nieba, ale czy kibicowanie? To prawdziwie silne uczucie, które jak w lustrze odbija się w ścianach mojego pokoju.

 

Mój pokój świeżo po remoncie, jakieś dziewięć metrów, ściany w kolorze cafe latte. Nie mam pojęcia, czy taki właśnie odcień ma ta kawa, ale farba prezentuje się naprawdę dobrze. Zawiera w sobie nutkę pudrowego różu i dzięki temu od ścian bije ciepło. Kawowy wyparł zielony, który miał kojarzyć się z murawą. Cafe latte to chyba lepszy wybór. Bardzo pasuje do czerwonego, a czerwony, biały i czarny to barwy mojego Manchesteru United. Klubu, któremu 10 lat temu oddałam serce. W moim pokoju czas płynie w dwóch strefach: jeden zegar wskazuje godzinę w Warszawie, drugi w Manchesterze. Nawet pościel jest z herbem klubu, a jeden z pluszaków nosi klubową koszulkę.

 

 

Spośród tego, co wisi na ścianach, wyróżnia się wiszące naprzeciw łóżka za szybą – by wygodnie podziwiać – ogromne zdjęcie Old Trafford z lotu ptaka. Na zdjęciu stadion jest kolorowy, otoczenie szare, co świetnie oddaje przemysłowy charakter miasta. Podpis pod zdjęciem, że to Teatr Marzeń, nawiązuje do słów klubowej legendy, Sir Bobby’ego Charltona. Niedawno przekonałam się, że ów przydomek jest prawdziwy, a od tego czasu każde spojrzenie na zdjęcie przywołuje emocje, gdy byłam częścią 76-tysięcznego tłumu, który przywdział klubowe barwy i zagrzewał drużynę do walki. Nagradzał obiecujące akcje, dając wyraz szacunku i podziwu. Każdy siedział na swoim czerwonym krzesełku jak zaczarowany i nie widział świata poza tym, co działo się na boisku. Zahipnotyzowany na 90 minut. Żeby zahipnotyzować mnie, wystarczy jedno spojrzenie na to zdjęcie. Od razu przenoszę się prawie dwa tysiące kilometrów od Warszawy.

 

Dziwni ludzie ci kibice, w tym ja. Do czego są im potrzebne te wszystkie klubowe gadżety? Nie każdym warto się pochwalić, część kupuje się tylko dla przyjemności posiadania. Ja też, będąc częścią tej wielkiej rodziny, nie umiem tego wyjaśnić, jak zresztą wielu innych rzeczy związanych z kibicowaniem. Kupowanie gadżetów to nie tylko sprawianie sobie przyjemności, a noszenie klubowego stroju to nie tylko reprezentowanie klubu. Chodzi o coś więcej, o coś, co nie daje się pojąć rozumem. Nikt o tym nie mówi, to dla kibiców oczywiste. Dla pozostałych – niezrozumiałe. Zupełnie jak religia.

 

Kibicowania nie da się wytłumaczyć, można je tylko poczuć. To dlatego ludzie nie będący kibicami nie rozumieją tego, co robią prawdziwi kibice. I nie mam bynajmniej na myśli zachowań nagannych, prawdziwy kibic to nie to samo, co stadionowy chuligan. Czy każdemu zdarza się siedzieć po nocy przed telewizorem, drżąc o wynik i denerwować się, że na zegarze jest już 80. minuta, a nadal jest 0:0? Krzyczeć po ważnej bramce a rano z trudem mówić? Albo dawać w trakcie meczu wskazówki piłkarzom, choć i tak ich nie słyszą? Kompletnie nieracjonalne. A ileż takich nieracjonalnych komentarzy słyszały moje ściany w kolorze cafe latte?! Słów pochwały, okrzyków zachwytu, braw i śmiechów, a czasem też pomruków zdenerwowania, gdy po policzkach lały się łzy. Gdyby te przeżyte w ciągu 10 lat emocje można było zapisać na ścianach, powstałaby najpiękniejsza dekoracja świata. Najciekawsze byłyby słowa, którymi zwracam się do moich piłkarzy, w większości po imieniu lub po przezwisku. Ten stopień spoufalenia się jest niezrozumiały, zapewne nigdy ich nie spotkam i nie zamienię kilku słów, ale to zupełnie bez znaczenia. I tak Antonio, choć pochodzi z Ekwadoru, staje się Antkiem, Rashforda skracam do Rasha, Smallinga nazywam Smołą, Mkitariana Mikim, a Fellainiego po prostu Gamoniem.

 

 

Wewnętrzny głos mówi mi, że tak powinnam robić: nazywać piłkarzy, oglądać każdy mecz z zaciśniętymi kciukami i bać się o wynik. Bo kibic nie podejmuje racjonalnych decyzji, tylko goni za głosem serca. Jakby ktoś rzucił na niego urok, co każe mu bezwarunkowo podążać za drużyną. Na mnie też ktoś rzucił. Być może życie byłoby łatwiejsze bez tej absorbującej miłości, ale w moim pokoju byłoby smutno, bo ściany w kolorze kawy i białe meble nie umiałyby się do mnie uśmiechnąć. A tak, co miesiąc uśmiecha się do mnie inny piłkarz United, wprost z kalendarza.

 

Czerwony, który dominuje w moim pokoju, to kolor miłości. A miłość do klubu to miłość prawdziwie romantyczna. Nie ma nic wspólnego z romansem, jest platoniczna, jednostronna. Zupełnie jak uczucie z XIX wieku. Najbardziej wartościowe wtedy, gdy nieodwzajemnione, więc czasem bolesne. Ale to nikomu nie przeszkadza, mi także nie. Od bólu silniejsze jest uczucie, którego nie można ogarnąć rozumem. Dlatego przywiązuję się do piłkarzy, myślę o nich i się o nich martwię. Oni nie muszą wiedzieć o moim istnieniu, dla mnie ta jednostronna miłość jest wystarczającą przyjemnością. Nie ma też znaczenia, czy owa miłość przynosi radość – gdy klub odnosi sukcesy, czy zawód – gdy nie spełnia oczekiwań. Samo jej przeżywanie to coś niezwykłego. Dla kogoś, kto nigdy tego nie czuł, brzmi idiotycznie. A ja jestem pewna, że romantyczne kibicowanie istnieje. Jest oddane, wierne i lubi idealizować: idealny jest klub i jego piłkarze też. Dlatego ich zdjęcia wiszą na ścianach, w końcu są wybitni. Siedzi się naprzeciw tych zdjęć i wspomina najpiękniejsze chwile. Jak pokonało się rywali w derbach Manchesteru czy wygrało Ligę Mistrzów po serii rzutów karnych w deszczowej Moskwie. Mówi się „o, a wtedy wygraliśmy ligę!”. Co istotne – my, a nie oni czy klub. Kibic romantyczny jest integralną częścią drużyny, to on wygrał ligę razem ze swoimi piłkarzami. O swojej drużynie opowiada w pierwszej osobie, w końcu on również ją tworzy. I słusznie. Szkoda tylko, że nie każdy identyfikuje się z porażkami tak łatwo jak ze zwycięstwami i formułkę znów przegraliśmy słyszy się niezwykle rzadko.

 

Czerwony to też kolor krwi. Sporo przelali jej piłkarze United w czasie mojej przygody z klubem. Złamane, a więc i krwawiące nosy, rozcięte policzki i uda, zwichnięte stawy, zerwane więzadła w kolanach i złamane nogi. To tylko niewielka część tego, co wycierpieli w imię piękna futbolu czy płynności gry, a nie wysokich tygodniówek, za które kupują po kilka samochodów i ogromne posiadłości. Tak myśli kibic romantyczny. Dla niego ta krew to walka, oddanie i coś głębszego. Nie chce słyszeć o innych opcjach. Ja też nie chcę. Oglądam mecz w moim pokoju, gdzie dominuje czerwony, kolor krwi moich piłkarzy.

 

 

Kibic romantyczny ma w swej kolekcji również książki. W moim pokoju na białym regale stoi ich mnóstwo. Dotykają niemal każdego tematu, ale wśród nich wiele pozycji, które nie wydają się przesadnie ambitne – autobiografie czy wspomnienia piłkarzy i trenerów. (Jest też najnowszy nabytek – książka, w której jestem wymieniona z imienia i nazwiska wśród 4000 polskich kibiców United). Nie są to arcydzieła, ale dla kibica romantycznego mają ogromną wartość. Skąd bowiem czerpać wiedzę o życiu i karierze tych wyidealizowanych postaci? Nie ma lepszych źródeł niż informacje z pierwszej ręki i stąd zapewne popularność tych wydawnictw. A kibic romantyczny tylko szuka okazji, by zdobyć nowe informacje. Nie dlatego, by się nimi chwalić w towarzystwie. Raczej po to, by mieć poczucie spełnionego obowiązku wobec drużyny, w myśl zasady – jestem kibicem, wiem o niej wszystko, wciąż o niej myślę. Jak zakochany o swojej miłości.

 

Kiedy myślę o romantycznym kibicowaniu, przypomina mi się jedno zdanie o United. There is a mystique and a romance about it, which no other club can match. Tak powiedział Jose Mourinho, gdy został menedżerem Manchesteru. Cytat od razu wylądował na tablicy, która wisi na biurkiem. Strzał w dziesiątkę, w samo sedno. Pod pleksi na blacie biurka mam zdjęcie Mourinho, które kupiłam podczas mojej wizyty na Old Trafford… Nad biurkiem wisi coś jeszcze – karykatura, którą dostałam od rodziców na 18. urodziny. To ja w stroju meczowym United z futbolówką przy nodze…

 

Katarzyna Sak

 

Please Enter Your Facebook App ID. Required for FB Comments. Click here for FB Comments Settings page

Zobacz też:
Który to świat?

Który to świat?

Druga część opowieści o Malezji. Pisze i fotografuje Weronika Rzeżutka...
Paweł Cywiński: Biedak ubrany w ideały

Paweł Cywiński: Biedak ubrany w ideały

„Duży Format zmonopolizował reportaż” – rozmowa z Pawłem Cywińskim
Hanna Polak: Razem z bohaterami walczy o lepsze czasy

Hanna Polak: Razem z bohaterami walczy o lepsze czasy

Z reżyserką, producentką i autorką zdjęć Hanną Polak rozmawia Bartosz...

Name required

Website