Jerzy Stuhr: Kieślowski nieprzemijalny

[spider_facebook id=”2″]

Jerzym Stuhrem o „Amatorze”, Krzysztofie Kieślowskim, współczesnym polskim kinie, a także o jego najnowszym filmie („Obywatel”) rozmawiała Milena Ryćkowska.

Amator2

Pretekstem do pochylenia się nad twórczością Krzysztofa Kieślowskiego w Sokołowsku jest w tym roku „Amator”. Jaki wpływ na pana karierę miał ten film?

Jerzy Stuhr: To była wielka przygoda. Dostałem rolę przełamującą mój kabaretowo-wodewilowy wizerunek, z którego znała mnie polska publiczność. Tym bardziej, że „Amatora” kręciliśmy po równie ważnym dla mnie „Wodzireju”. „Amator” odwracał ten wizerunek. Pokazywał mnie z zupełnie innej strony. Musiałem używać innych środków do budowania roli i Krzysztof  bardzo mi w tym pomagał.

 

A pan pomagał Krzysztofowi Kieślowskiemu przy pisaniu dialogów.

Improwizowaliśmy w nocy dialogi, a Krzysztof wszystko starannie zapisywał. Następnego dnia odtwarzaliśmy to na planie. Są takie role jak Filip Mosz (tytułowy „Amator”) czy Lutek Danielak (tytułowy „Wodzirej”), że bohater jest cały czas na planie, obecny w każdej scenie. Widz ogląda świat jego oczyma. Wtedy aktor staje się partnerem reżysera, a nie tylko wykonawcą. Filip Mosz musiał mówić moim językiem, dlatego improwizowaliśmy dialogi. Krzysztof uznał te improwizacje za twórczy element scenariusza i uczynił mnie jego współautorem.

 

Doświadczenia z realizacji filmów dokumentalnych były widoczne, gdy Krzysztof Kieślowski kręcił fabuły?

Tak, potrafił odpowiednimi pytaniami, uwagami, analizą wydobywać ludzkie cechy. Chciał żeby aktor pokazał, jak zareagowałby na daną sytuację w życiu, a nie mówił tak, jak zapisano w scenariuszu. Starał się wydobyć z niego prawdę ludzką, a nie tylko warsztatową.

 

Wybierał też tematy i bohaterów, o których mógł opowiedzieć w dokumencie. Podobno postać Filipa Mosza była inspirowana Franciszkiem Dzidą, filmowcem amatorem z Chybia.

Byłem w Chybiu i poznałem pana Franciszka, ale nie powiedziałbym, że to Filip Mosz. Jego działalność dała raczej impuls do stworzenia filmu. Choć mogę się mylić, ponieważ poznałem pana Franciszka, gdy był w okresie metaforyczno-poetyckim swojej twórczości. To już nie były filmy amatorskie, a raczej kreacyjne. Na tematy mi odległe.

 

Czy to, co Kieślowski chciał przekazać za pośrednictwem „Amatora”, przetrwało?

Oczywiście. „Amator” był dla nas wyzwaniem społecznym. Pamiętam bardzo dokładnie scenę rozmowy z dyrektorem, którą dopisał Krzysztof. Dyrektor to był wróg, komuch, a nagle w tej scenie Krzysztof włożył mu w usta racje absolutnie słuszne: Panie Mosz, pan tu pokazuje, że my fabryki żeśmy nie dokończyli, a my za te pieniądze zrobiliśmy przedszkole. Pamiętam, jak tę scenę kręciliśmy i mówiłem: Krzysiek my się przecież narazimy naszym przyjaciołom z opozycji. A on odpowiedział: Ale to jest prawda. I tak mnie uczył, żeby iść pod włos. Pod włos za prawdą. Dzięki temu stał się nieprzemijalny, bo zawsze był za prawdą.

 

Jak dzisiaj odbieramy „Amatora”?

Dzisiaj sprawy społeczne nie mają dla młodzieży wielkiego znaczenia. Ważne staje się to, że Filip zdecydował się być artystą. To film o tym, jak się stajesz artystą. Na dobre i na złe, bo bierzesz na siebie wielką odpowiedzialność.

 

Może „Amator” stawia popularne dziś w mediach pytanie: postawić na rodzinę czy na karierę?

To nie jest tak. Nie szukajmy zbyt oczywistych odpowiedzi. Przecież Filip Mosz nic nie zawinił rodzinie, tylko nagle rodzina przestała go rozumieć. On poszedł w innym kierunku, a żona zaczęła się tego bać. Była w filmie scena erotyczna z panią redaktor, bardzo ładna i odważna, jak na tamte czasy. Krzysiek ją wyciął. Zapytałem, czemu to zrobił, bo to piękna scena była, i śmieszna i liryczna. A on odpowiedział: Za prosto by było, gdyby on żonę zdradził. Nie powinien jej zdradzać. To jest gdzieś głębiej. No, i tak to jest z naszym życiem.

 

 

W Sokołowsku zobaczymy również wyreżyserowany przez pana na podstawie scenariusza Kieślowskiego film „Duże zwierzę”. Jak doszło do jego realizacji?

To nie był scenariusz, a pięć stron nowelki. Dziś powiedzielibyśmy – treatment. Tekst przyniósł mi Pan Morgenstern, który był producentem filmu, i poprosił, żebym napisał scenariusz. Zgodziłem się. Wtedy Pan Morgenstern powiedział, żebym napisał go incognito, bo musi być nazwisko Kieślowskiego. To było wyzwanie. Rekonstrukcja po tropach Kieślowskiego. Na przykład w tej nowelce było napisane: Wielbłąd budził mieszane uczucia w pani Sawickiej. Nie bardzo go polubiła. Koniec. A tu trzeba było dla Anny Dymnej napisać rolę, dialogi. W ogóle cała historia inaczej się kończyła. Kieślowski uśmiercił wielbłąda: Pan Sawicki znalazł trupa wielbłąda na podwórku. Też chciałem tak zrobić, więc zapytałem dyrektora cyrku, pana Zalewskiego, czy tego wielbłąda można przewrócić na bok. Okazało się, że wielbłąda nie da się położyć na bok i musiałem wykombinować coś innego, więc wielbłąd znikł. I tak rekonstruowałem. Miałem wielu przeciwników. Byłem bardzo samotny, ale brnąłem. Dziś wiem, że słusznie.

 

Współpraca z Krzysztofem Kieślowskim miała wpływ zarówno na pana twórczość aktorską, jak i reżyserską.

Przede wszystkim dzięki niemu robię współczesne kino autorskie, a przynajmniej się staram. Nie interesują mnie filmy kostiumowe. Na przykład nie zagrałem cześnika w „Zemście” Andrzeja Wajdy. Odmówiłem, bo nie umiem grać w kostiumie. Przez Krzysztofa jestem tak skażony. Jakbym miał wąsy i szabelkę, to nie umiałbym na poważnie wejść w rolę. Poza tym podpatrzyłem u niego sposób pracy z aktorem. Choć wiadomo, że u mnie jest on zmodyfikowany, bo sam jestem aktorem i inaczej porozumiewam się z moimi kolegami. Mogę im coś pokazać, zagrać.

 

Kiedy zdecydował się pan na realizację własnego filmu? Kiedy zaczął pan sam pisać scenariusze?

Właśnie! Krzysiek pokazał mi też, jak pracować nad scenariuszem i do dziś przekazuję to moim studentom. Gdy ktoś napisał: Wzburzony otworzył drzwi, to on pytał: dlaczego wzburzony? Po prostu otworzył drzwi, a niech aktor wymyśli, że bohater jest wzburzony na podstawie opisu wydarzeń. Czemu mu od razu narzucać formę, emocje? Wszystkie przymiotniki wyrzucał. Łagodnie ujęła go za rękę. Dlaczego łagodnie? Ujęła go, a to niech już ona sobie wymyśli, czy łagodnie.

Dojrzewałem do napisania własnego scenariusza i w 1994 roku zdecydowałem się na „Spis cudzołożnic” na podstawie książki Jurka Pilcha. Przeczytałem ją i pomyślałem: przecież to są moje problemy. Może te cudzołożnice też gdzieś w moim notesiku są. Może nawet te same, bo na jednym uniwersytecie studiowaliśmy. To był impuls. Ułożyłem opowiadanko na ten temat, oczywiście filmowym językiem. Tak się zaczęło. W ogóle myślę, że pomyliłem się z wyborem zawodu. Chciałem zostać pisarzem. Może te scenariusze to taki substytut niezrealizowanego marzenia mojego życia.

 

Za chwilę w kinach zobaczymy już pana siódmy film – „Obywatel”.  Skąd pomysł na kino historyczne?

Wszystkie siedem filmów, które zrobiłem, to osobiste tematy. Na tyle, na ile chcę się z nich zwierzyć, bo pilnuję swojej sfery intymnej. I to też wpływ Krzyśka. Wydawało mi się, że wyczerpałem już tematy osobiste, aż nagle wpadłem na pomysł, którego się przestraszyłem. Bo moje pokolenie miało bardzo ciekawe życie. Od wierszyka pod pomnikiem Stalina po wolny kraj. Po drodze były bunty, rewolty, wybór papieża, stan wojenny, więzienia, internowania, wolne wybory i 25 lat po nich. Jak to wymyśliłem, przestraszyłem się, czy umiem taki film zrobić.

 

 

Dlaczego?

To jest potężny film, a nie malutka opowieść jak „Historie miłosne” czy „Duże zwierzę”. Zagrało u mnie 106 aktorów.

 

Jest pan zadowolony z efektu?

Na to pytanie będę mógł odpowiedzieć po premierze. Ale jestem zadowolony, że się nie ugiąłem. Zdobyłem się na odwagę – nie tylko reżyserską, ale jak w tytule: obywatelską. Tym filmem obnażam się jako obywatel. Pokazuję, jak myślę o tym kraju, o wydarzeniach, których byłem świadkiem. Kilka osób, które widziało „Obywatela”, po projekcji gratulowało mi odwagi. I teraz sobie myślę, co to będzie po premierze, jak na mnie naskoczą.

 

Naskoczą dlatego, że to film autoironiczny, w którym śmiejemy się sami z siebie?

Nie z siebie, a z naszych przywar, wad, niedostatków, kompleksów. Chciałbym, żeby się śmiali, ale wiem, że to nie będzie taki hurra śmiech, jak na filmach Julka Machulskiego, a raczej bolesny chichot. 16 września o godzinie 17.00 z duszą na ramieniu zasiądę wśród 1200 osób w teatrze muzycznym w Gdyni i po raz pierwszy obejrzę go z taką widownią. W ogóle nie będę patrzył na ekran, tylko będę słuchał reakcji ludzi.

 

Zakończył pan też zdjęcia do „Rewizora” według Mikołaja Gogola. W tej sztuce również pojawiają się wątki polityczne.

Jest tam taki tekst, gdy urzędnicy naradzają się, czy rzekomemu rewizorowi dać łapówkę czy coś podarować. Jeden z nich wtedy mówi: panowie, to się nie tak robi w praworządnym kraju. W praworządnym kraju to się robi w cztery oczy. Jak słucham takiego tekstu, to sobie myślę: no tak w cztery oczy, np. w restauracji Sowa i Przyjaciele. Tak się ubija interesy i podsłuchuje, tak jak u Gogola. Czego więcej trzeba? Strach przed utratą władzy, strach przed kontrolą CBA, czy mają na mnie haka? O tym jest „Rewizor”.

 

Dlatego postanowił pan  zrealizować właśnie tę sztukę?

Prawdę powiedziawszy to nie ja byłem inspiratorem. Telewizja Polska zaproponowała, żebym wyreżyserował ten spektakl. Grałem Horodniczego w „Rewizorze” w ważnej inscenizacji Jerzego Jarockiego w 1980 roku. Chyba uznano, że jestem odpowiednią osobą, aby dziś wskrzesić tych bohaterów. Powstało widowisko takie, jak chciałem – w plenerze. Właściwie film.

Ale w 1980 roku „Rewizora” czytano raczej jako strach przed władzą, a nie przed jej utratą.

Tak, to było résumé epoki gierkowskiej, która odchodziła, a tu jest strach, żeby tej władzy nie utracić. I jest jeszcze jedno! Chlestakowa w moim spektaklu gra bardzo młody aktor, debiutant. Zresztą tak jest u Gogola. Chcę w ten sposób pokazać to, co mnie czasami boli u dzisiejszej młodzieży. Oczywiście nie całej, nie chcę generalizować. Ale młodzi ludzie są często cyniczni, a my starsi nie jesteśmy im potrzebni. I Chlestakow jest właśnie cyniczny. Jak się tylko zorientował, że oni są opanowani strachem, wykorzystał to w sposób bezwzględny.

 

Jerzy Stuhr

Jak dzisiaj radzą sobie w kinie młodzi filmowcy?

Powiem o moich studentach, choć nie ze wszystkimi mam kontakt. A powiem o nich, ponieważ uważam, że kontynuują myśl Kieślowskiego – są autorami kina. Przez wszystkie lata, kiedy uczyłem w Katowicach, ani razu mi się nie zdarzył ktoś, kto chciał wyreżyserować kryminał czy science fiction. Oni zawsze chcieli robić kino autorskie, dlatego dużo czasu poświęcałem pracy nad scenariuszem. Żeby to była ich wypowiedź – rzetelna i profesjonalna.

 

Udaje się im?

Jestem ekspertem PISF-u i czytam dużo scenariuszy. Ucieszyłem się, że scenariusz mojego byłego studenta – Grzegorza Zaricznego – będzie realizowany jako film fabularny. Bardzo mu kibicuję. Myślę, że na najbliższej sesji przepchniemy też scenariusz Tomka Jurkiewicza. Ale jest coś jeszcze, co obecnie mi się podoba w polskim kinie. W końcu zaczęliśmy opowiadać o ciemnych stronach najnowszej historii Polski. „Obława”, „Pokłosie”, „Róża”, „Ida”. Czytałem też wstrząsający scenariusz Wojtka Smarzowskiego o Wołyniu – „Nienawiść”. Odważni są. Nie oglądają się na mody, bo te filmy za granicą – choć „Ida” temu przeczy – są słabo rozumiane. Dlatego „Obywatel” nie dostał się na festiwal w Wenecji.

 

Za dużo polskiej historii?

Dostałem piękny list od dyrektora, w którym wyraził swoje obawy, że problemy poruszane w tym filmie nie obejdą widza z Europy. Zgadzam się. Ale to znaczy – nie robić? Robić! Bo musisz. To mi się podoba w kinie polskim. Bardziej niż aktualny teatr, bo teatr też niby chce penetrować, ale kpi. A w filmie autorzy dokładnie i głęboko penetrują temat. To jest cenne. Myślę, że Krzyśkowi też by się podobało. Coraz mniej w naszym kinie udawania, schlebiania dystrybutorom, pseudoamerykańskich historii przeniesionych na polski grunt. Wreszcie to polskie oblicze zaczyna się kształtować. Żebym tylko ja, stary weteran, wpisał się w to trochę.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.