Natalia Koryncka-Gruz: Kieślowskiego pytania bez odpowiedzi

[spider_facebook id=”2″]

Z Natalią Koryncką-Gruz o Krzysztofie Kieślowskim i współczesnym kinie rozmawiał Bartosz Wróblewski.

Koryncka_Nataliafot. prywatne archiwum Natalii Korynckiej-Gruz

 

Zaczniemy od dwóch pytań, które Krzysztof Kieślowski stawiał swoim rozmówcom w filmie dokumentalnym „Gadające głowy”. Kim jesteś?

Natalia Koryncka-Gruz: Ooo (śmiech) – człowiekiem… chciałabym być!

 

Czego pragniesz?

Dzisiaj chciałabym żyć w świecie, który jest spokojny. Mam na myśli zarówno politykę, jak i codzienny pęd. Chciałabym żyć w większym spokoju.

 

Czego można się nauczyć od Krzysztofa Kieślowskiego?

Dzisiaj uczyć można się jedynie z jego filmów i tego, co po nim pozostało. Ale od niego można było nauczyć się wielu rzeczy – zarówno zawodowych, jak i od niego jako człowieka. Był bardzo przenikliwy. Od razu czuło się, że ma wgląd wewnętrzny, umiejętność obserwacji ludzi. I niczego nie udawał. Całą energię wkładał w to, co robił. A do tego był bardzo uważny i otwarty na ludzi. Ta empatia poruszała innych i właśnie dlatego miał tak wielu uczniów i ludzi, którzy za nim szli.

 

Jakim był nauczycielem?

Nie wiem, bo nie byłam jego studentką. Spotkałam go dość późno, gdy robiłam o nim reportaż, na planie „Białego” w Warszawie. Patrząc na to, jak pracuje, zrozumiałam w jaki sposób sama chciałabym uprawiać zawód reżysera. Był w filmie  całym swoim ciałem i duchem. Pełne zaangażowanie. Jak pan pojedzie na plany zdjęciowe do różnych reżyserów – młodszych, starszych – to zobaczy pan ludzi, którzy mają duże ego albo jakiś teatr budują, coś udają. A tam od pierwszej chwili widać było, że ten człowiek jest cały tym, co robi, że jest prawdziwy. To była wskazówka na drogę zawodową, ale też życiową.

 

Inspiracją filmu „Amator” był Franciszek Dzida i Amatorski Klub Filmowy KLAPS. A czy można powiedzieć, że Kieślowski inspirował się też własnymi doświadczeniami?

Po jego śmierci zrobiłam dla Studia Filmowego TOR film w hołdzie dla niego na rozpoczęcie festiwalu w Gdyni. Nazywał się „Krótki film o Krzysztofie Kieślowskim”. Z wszystkich jego filmów wyjęłam pytania, które stawiają bohaterowie i zmontowałam je w kolejności chronologicznej. To było niesamowite doświadczenie. Jak obejrzy pan te filmy jeden po drugim, dopiero wtedy zobaczy pan z całą siłą prawdę, jaka stoi w jego biografii, duchowej można powiedzieć. On od początku do końca stawiał te same pytania egzystencjalne z niezwykłą konsekwencją i bardzo osobiście. I w dokumentach, i potem w filmach fabularnych to są te same pytania: kim jesteś? Czego byś chciał? Oczywiście twórcy często obracają się wokół tych samych tematów. Ale żeby była w tym poszukiwaniu tożsamości, prawdy i sensu życia tak niezwykła konsekwencja i taka siła, to – wie pan – było porażające.

 

Znajduje pani odpowiedzi na te pytania w jego filmach? Myśli pani, że on je znalazł?

Myślę, że to raczej było stawianie pytań, niż dawanie odpowiedzi. A to było poruszające, bo w gruncie rzeczy wszyscy wiemy, że kiedy dotykamy tajemnicy egzystencji, to żadnej odpowiedzi nie uzyskamy. Rzecz w tym, że on te pytania stawiał bardzo dobrze – to były trafnie postawione pytania, które rzeczywiście poruszały. I od razu dotykały sedna.

 

W jakim filmie te pytania poruszyły panią najbardziej?

Jeszcze w szkole filmowej bardzo ceniłam jego dokumenty. Ale wszystkie jego filmy są dla mnie ważne… „Siedem kobiet w różnym wieku”, „Życiorys”, „Przypadek” był dla mnie objawieniem! Jak zobaczyłam, że można w ten sposób konstruować narrację filmową… To było zupełnie inne od wszystkiego, co opowiadano do tej pory. I dotykało wnętrza człowieka. Ważne było dla mnie też niedoceniane „Podwójne życie Weroniki” – piękny film, o którym świetnie napisał ksiądz Michał Klinger. Filmy Kieślowskiego dotykały wielu ludzi. To są filmy, które wchodzą do środka człowieka.

https://www.youtube.com/watch?v=xE6X0S5vT4Y

Gdzie jeszcze poza planem „Białego” spotykała pani Krzysztofa Kieślowskiego?

Na planie „Białego” zorientowałam się, że trzeba rejestrować to, co się dzieje i jego myśli. W 1994 roku robiłam materiał na jego temat w Cannes, a wcześniej jeszcze jeden w Berlinie podczas jego spotkania z Wimem Wendersem. Chciałam jeszcze zrobić o nim film dokumentalny, ale  spóźniłam się. Na szczęście taki film powstał – zrobił go Krzysztof Wierzbicki , wieloletni współpracownik Kieślowskiego.

 

Co zostało do dzisiaj po Kieślowskim?

Zostało wiele, tylko trochę rzadko mamy okazję oglądać jego filmy. Ale naprawdę, jak będzie pan miał okazję, niech pan sobie zrobi takie ćwiczenie – niech pan obejrzy te filmy po kolei. To wymaga czasu, ale warto. Zresztą czy ja wiem, czy to jest aż tak dużo czasu? W końcu tracimy go mnóstwo na jakieś bzdury, więc może warto wykroić troszeczkę.

 

Czy dostrzega pani jakąś ciągłość, kontynuatorów jego twórczości?

Nie dostrzegam, ale może gdzieś są tylko o nich nie wiemy. Może istnieje pewnego rodzaju wierność jego postawie czy temu, co proponował. Ale nie dostrzegam nikogo, kto zbliżył się do jego poziomu. On robił filmy całym swoim życiem. To bardzo trudne. Trzeba po prostu być takim człowiekiem, mieć taki charakter.

 

Może nie chodzi o zbliżanie się do jego poziomu, ale o inspirację jego twórczością i postawą.

Tak, jego filmy inspirują masę ludzi. Nie tylko filmowców. Po „Dekalogu” do Polski przyjeżdżali ludzie z Korei i uczyli się polskiego. Jestem ciekawa, jak teraz „Dekalog” jest odbierany, w pana pokoleniu. Chciałabym zrobić badanie.

 

A co widzi pani we współczesnym kinie?

Byłam niedawno na najnowszym filmie Woody’ego Allena. I jak zobaczyłam trailery innych filmów, to ogarnęło mnie przerażenie. Wszystkie prezentują komiksową wizję świata – pełną przemocy, agresji, atakującą widza. Bardzo brakuje innego spojrzenia. Na człowieka, jako na człowieka. Taka właśnie była różnica między filmami Kieślowskiego a filmami, które są teraz. Kieślowski mówił po ludzku do człowieka.

 

Chodzi zarówno o formę, jak i o treść?

Forma to forma, chodzi przede wszystkim o treść. Bo treści, które teraz wydostają się w kinach spod formy, są zatrważające. To ciągłe przekraczanie. Przekracza się wszelkie granice: intymności, fizyczne, psychiczne – i to niby jest ciekawe…

 

To dotyczy nie tylko kina, lecz także mediów.

To prawda, a Kieślowski był właśnie osobą, która nie chciała niczego przekraczać, nie chciała wchodzić do środka z butami. I myślę, że takiej postawy brakuje dzisiaj bardzo.

TWARZ_01

Może brakuje zainteresowania taką postawą?

Też. To ciekawe, dlaczego ludzie nie chcą tego oglądać. Ale z drugiej strony tylu ludzi wędrowało za Kieślowskim – więc może jednak chcą? Jakby nie patrzeć, wszyscy mają te same egzystencjalne problemy. Dzisiaj staramy się nie dopuszczać tych pytań do głosu, ale myślę, że one nie znikają.

 

Kiedyś powiedziała pani, że szkoła filmowa jest ważna nie ze względu na wiedzę, którą pozwala zdobyć czy osoby, które pozwala spotkać, ale ze względu na doświadczenie, które pozwala zdobyć. Czy pani zdaniem amator, jak choćby Filip Mosz, może bez szkoły zostać profesjonalnym filmowcem?

Oczywiście, a dlaczego nie? Szczególnie w dzisiejszych czasach. W czasach, kiedy studiowałam, problemem była technologia. Żeby zrobić film, musiał pan mieć kamerę filmową, taśmę i laboratorium. Teraz nie ma tego problemu. Każdy może zrobić film, jeżeli ma pomysł. Uważam, że szkoły filmowe w dużym stopniu się przeżywają. Jeżeli ma pan pasję i wystarczająco dużo do przekazania, to do czego panu potrzeba szkoły filmowej?

 

Może żeby się nauczyć, czego nie należy robić?

(Śmiech) Szkoda czasu. Staje pan na planie takiego reżysera jak Krzysztof Kieślowski i jeśli pan wystarczająco cierpliwie mu się przygląda, to to jest lepsze od szkoły. Bo co panu dadzą cztery lata wysłuchiwania jakichś teoretycznych wykładów? Tylko ćwiczenia były w szkole dobre, a nawet bardzo dobre. Ale teraz może pan robić je w domu i montować materiały na swoim komputerze.

 

Może szkoła pozwala wejść w środowisko i narzuca pewien rygor pracy?

Środowisko jest potrzebne. Ale wszystkiego można się nauczyć samemu. Moim zdaniem najważniejsza jest osobowość i kontakt z kimś, kto przekazuje innego typu wiedzę. Najlepszą metodą jest znalezienie sobie mistrza.

 

Dla pani był nim Kieślowski?

Trochę za krótko miałam z nim kontakt. Ale jeżeli miałabym powiedzieć, że miałam jakiegoś mistrza, to na pewno był nim Kieślowski. Nie mogę jednak powiedzieć, że go znałam. Raczej go obserwowałam, niż miałam z nim kontakt. Podziwiam jednak jego kino, a przede wszystkim jego postawę. Bo właśnie ta postawa decydowała o tym, jakie były jego filmy.