/

Kinematografia 2019, czyli o czym opowiadają nam tegoroczne Oscary

Nastał ten długo wyczekiwany czas. Nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej zaraz będą rozdane. Gdy obstawimy już naszych zwycięzców i obliczymy matematyczne szanse „Bożego Ciała” na wygraną, możemy zastanowić się – czym tegoroczne nagrody różnią się od poprzednich? A od tych dekadę temu? Czy coś w kinie wyraźnie się zmienia? 

Nieskończone możliwości technologii?

Kiedy w serialu „BoJack Horseman” główny bohater musi poddać się skanowi 3D, aby urządzenie zapisało jego rysy na wypadek jakiegoś nieszczęśliwego zdarzenia, stojący obok reżyser oświadcza z głębokim przekonaniem: „Tak będzie wyglądała praca aktora – posiedzi pięć sekund, maszyny zeskanują twarz, a pół roku później promocja u Kimmela”. No i stało się. Kilka miesięcy temu Hollywood oburzyła wiadomość, że w dramacie wojennym „Finding Jack” ma wystąpić… James Dean. Ma to być możliwe dzięki wykorzystaniu archiwalnych materiałów i zastosowaniu najnowszych efektów specjalnych… W „Irlandczyku” Martin Scorsese, poza bohaterami ze scenariusza nikogo nie ożywił.  Jednak, aby przedstawić historię rozgrywającą się na przestrzeni kilkudziesięciu lat główni bohaterowie grani przez Roberta De Niro, Ala Pacino i Joe Pesciego zostali znacznie odmłodzeni. Efekt ten uzyskano za pomocą dodatkowych kamer, nie trzeba było stosować specjalnej charakteryzacji, która utrudniałaby grę. Metoda ta umożliwiła zachowanie oryginalnej mimiki aktorów i dała subtelny efekt (choć pojawiły się również głosy krytyczne). Rodrigo Pieto, autor zdjęć, w wywiadzie dla tygodnika „Polityka” przekonywał, że dziś na ekranie można wykreować wszystko, stworzyć dowolny świat. Przykładem tego może być ostatnia część „Gwiezdnych Wojen” w reż. J.J. Abramsa. Trzy oscarowe nominacje (efekty specjalne, muzyka oryginalna i montaż dźwięku) wywołały zaskoczenie. Choć większość widzów (i krytyków) była rozczarowana historią, doceniono inne aspekty filmu. Imponujący budżet, szacowany na 275 milionów dolarów, został w dużej mierze przeznaczony na wykreowanie światów, które wprost zachwycały wizualnie. Najwięcej pracy, polegającej na stworzeniu szczegółowych symulacji oraz animacji, wymagała końcowa bitwa, z udziałem tysięcy statków kosmicznych. Warto docenić również kreację dźwięków, jakie wydają lasery, droidy i maszyny. Niestety w naszej galaktyce nie można jeszcze nagrać przelatującego myśliwca X-wing na żywo… Nieco inne efekty natomiast zastosowano w przypadku „1917” Sama Mendesa. Film zdecydowano się nakręcić pozornym jednym ujęciem, czego nie udałoby się osiągnąć bez doskonałej współpracy efektów wizualnych oraz tych tworzonych bezpośrednio na planie (np. wybuchów przy kulminacyjnym biegu). Można więc debatować, na ile ożywianie „buntownika bez powodu” jest potrzebne, ale tegoroczne nominacje pokazują nam, że jedno jest pewne. Technologia na naszych oczach robi olbrzymi skok do przodu.

Oscarowy komiks?

W tegorocznej puli najwięcej nominacji – aż 11 zgarnął „Joker” w reżyserii Todda Phillipsa. Część widzów, ze starszego pokolenia mogła być zaskoczona – „ale… na podstawie komiksu?” Faktycznie, przez ostatnią dekadę ten rodzaj kina nie miał specjalnego szczęścia – ani wielu nagród ani nominacji. W ostatnich latach sukces odniósł jedynie „Mroczny rycerz” Christophera Nolana (statuetki za montaż dźwięku i dla najlepszego aktora drugoplanowego – Heatha Ledgera, nieprzypadkowo również za rolę Jokera) oraz zeszłoroczne „Czarna Pantera” (muzyka, scenografia, kostiumy) i „Spider-Man Uniwersum” (pełnometrażowy film animowany). Wciąż nie były to jednak główne kategorie… Jak się stało, że w tym roku „Joker” rozbił bank? Przede wszystkim nie jest to historia o klasycznym czarnym charakterze. Film opowiada nie tylko o chorobie psychicznej, którą bohater ma obrazować (zresztą dość wiernie), ale również o niepokojach społecznych, których Joker jest wyrazem. Pokazane jest jak społeczeństwo samo może wykreować swoich złoczyńców. I właśnie przez skupienie się na tych aspektach, film rozluźnia więzi łączące go z uniwersum Batmana, stając się bardziej kinem psychologicznym. To poszerzyło mu widownię i artystyczne spectrum. Przypadek „Jokera” pokazuje, że historia wywodzącą się z komiksu nie zamyka drzwi do filmowej czołówki, jeśli tylko jest opowiedziana ambitnie. Czy to nowa szansa dla tego rodzaju kina?

Więcej kobiet (ale nie w nominacjach)

W tym roku pojawiły się dwie mocne pozycje o tematyce feministycznej – filmy o kobietach i z perspektywy kobiet. Chodzi o „Gorący temat” w reż. Jaya Roacha oraz „Małe kobietki” Grety Gerwig. Pierwszy film opowiada o skandalu jaki rozegrał się w stacji Fox News w 2016 roku. Nie jest to film, który wykorzystuje swój potencjał, ale w obliczu takich wydarzeń z ostatnich lat, jak akcja „#MeToo”, czy głośna sprawa producenta Harveya Weinsteina, na można odmówić mu dobrego momentu. Drugi film jest adaptacją powieści Louisy May Alcott o tym samym tytule „Małe kobietki”. W formie subiektywnej biografii rodziny – czterech sióstr mieszkających z matką, porusza temat pracy, rozwoju i wartości kobiet. Pokazuje jak mierzą się z otaczającym światem, jakie mają w nim możliwości i ograniczenia. „Kobieta musi na końcu powieści wyjść za mąż” – mówi wydawca, gdy główna bohaterka chce opublikować swoją książkę. I choć to na szczęście już się zmieniło, wiele z poruszanych w filmie zagadnień, dotyczących życia kobiet jest uniwersalnych, wręcz aktualnych do dziś. „Małe kobietki” nominowane są w trzech kategoriach. Sama Greta Gerwig niestety nie doczekała się nominacji ani za scenariusz ani reżyserię. Ta ostania kategoria, jest w tym roku zajęta w całości przez mężczyzn, za co zresztą komisja oscarowa spotkała się z krytyką. „Jak to jest, że nigdy się nie denerwujesz?” – główna bohaterka Jo pyta w filmie swoją matkę. Ta odpowiada, że denerwuje się cały czas i z natury wcale nie jest cierpliwa. Jednak cechę tę sobie ciężko wypracowała. Niestety… Greta Gerwig też będzie musiała poćwiczyć cierpliwość.

Efekt czy urok Netflixa?

Efektem Netflixa nazywa się z reguły nagłe i raptowne wypromowanie aktora, grającego w serialu, który zdobył popularność na platformie. A jednak o efekcie Netflixa możemy mówić też w kontekście tegorocznych nominacji – objawia się szansą na 24 statuetki. Żadne tradycyjne studio nie było w stanie zbliżyć się do tego rekordu. Nominowane są m.in. filmy „Irlandczyk”, „Historia małżeńska”, „Dwóch papieży” i animowany „Klaus”. Będąc w kinie, czy oglądając plakaty reklamowe, coraz częściej można zobaczyć napis: „oglądaj na Netflix”. To nie tylko informacja o tym, że platforma się rozwija. To znak, że „Netflix” stał się poważnym graczem, mającym blisko 140 milionów widzów. Jakie mogą być skutki takiej siły rażenia dla branży filmowej? W środowisku są już silne obawy przed dominacją serwisów streamingowych. Czy platformy te zagrażają dystrybucji kinowej? Relacja kina z Netflixem z pewnością nie jest usłana różami. Steven Spielberg przy okazji „Romy” Alfonso Cuaróna, wytoczył platformie wojnę uważając, że film nie powinien brać udziału w zeszłorocznych nagrodach Akademii Filmowej, lecz prędzej startować do nagród Emmy, przyznawanych za produkcje telewizyjne. Zarzuty dotyczyły między innymi środków wydanych na promocję filmu (niewspółmiernie wysokich do konkurencji), oraz do czasu jaki film był w kinach (jedynie trzy tygodnie). Mimo dramatycznych dyskusji, nie trudno znaleźć też zalety plafrom streamingowych. Dzięki swojej strukturze Netflix oferuje duży stopień wolności twórczej – nie byłoby możliwe, aby „Irlandczyk” trwał 210 minut, gdyby nie dystrybucja online. Dodatkowo, przy tak szerokiej widowni, szansę na rozgłos mają filmy bardziej niszowe, którym trudniej byłoby przebić się do studia czy telewizji. Konflikt w branży jednak istnieje i możliwe, że trzeba będzie go jakoś rozwiązać. Czy zostaną wprowadzone nowe ograniczenia np. co do ilości dni, przez które film musi być pokazywany w kinach? A może zrezygnujemy kiedyś z sali kinowej?

Czy kino jest zagrożone, czy rozwija się, dając niemal nieograniczone możliwości? Czy za pomocą efektów specjalnych świat filmowy będzie realny jak nigdy, czy nienaturalny i odczłowieczony? Czy sukces „Jokera” można powtórzyć? Czy szala oscarowych zwycięstw będzie się przechylać na stronę kobiet? Na te pytania oczywiście nie ma jasnej odpowiedzi… A jednak kino się zmienia. Nawet jeśli ma po drodze potknąć się kilka razy, warto aby szło do przodu. 

92. ceremonia wręczenia Oscarów odbędzie się w nocy z niedzieli na poniedziałek, 10 lutego o godzinie 2:00.

/Obrazek wyróżniający: „Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” mat. dystrybucja

Wpisy

Studentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Lubię dobrze opowiedziane historie. W kinie czasem się to udaje, a wtedy warto o tym napisać. Jeśli nie, tym bardziej?
(https://www.filmweb.pl/user/Agata_Ikanowicz)

Twój adres email nie zostanie opublikowany.