Kochany Ryszardzie…

Tymbark, 20.01.2020r.


Kochany Ryszardzie,


Wybacz mi użycie tego dość śmiałego zwrotu na wstępie. Wiem jednak, że Ty nigdy nie potrzebowałeś pokłonów, może nawet to co napisałam przewyższa wartością sformułowanie „szanowny”?


Nie zdążyłam tego zrobić kiedy żyłeś, robię to więc teraz – piszę do Ciebie, pomimo iż Ty tego nie przeczytasz. Kolejne dusze pokochają Cię, przeczytawszy to, co zdołam tu zawrzeć i tym samym wyniosą na wyżyny słowa Horacego, po raz kolejny udowadniając, że dzieło jest trwalsze niż spiż, dokładnie tak, jak Twoje.


Mogłabym powiedzieć, że nauczyłeś mnie wielu rzeczy, ale jednocześnie nigdy nie uczestniczyłam w ani jednej Twojej lekcji. Jedyne co miałam, to Twoje książki, ale one też nie są podręcznikami. Są raczej zgrabnymi reportażami, niekiedy srogimi opowiadaniami, czy zręcznie spisami wywiadami. Nie spotkałam tam słów: odrób zadanie domowe i przemyśl punkt nr 1 oraz 2. Nie wiem zatem jak nazwać Twoje dzieła, ale chcę Ci za nie podziękować, z tym że nie tworzyłeś ich dla swoich „fanów” ani dla poklasku publiki, w jakiś dziwny sposób zapełniałeś kartki nie zważając na popularność odbioru, a raczej na prawdę tam zawieraną. I może tu tkwi Twój sekret, choć nie do końca jest on przecież tajemnicą. Zrobiłeś to, czego ludzie w Twoich czasach się obawiali: stania na straży prawdy i więcej – chęci jej poznania, bo nie ma czego bronić, jeśli się niczego nie ma, dlatego tak wiele razy naraziłeś życie, by o złych wreszcie można było otwarcie powiedzieć: „Oni są źli”.


Mówiłeś o ciężkich chwilach ludzi żyjących w krajach mroźnie rządzonych. Czemu mówię, że mroźnie? Brutalność sprawia, że ludzie szybko umierają w obliczu bezlitosnego ataku, radykalność, że ludzie się buntują i kiedy ten bunt zaczyna podnosić się na nogach, władza robi się brutalna i tak koło się zamyka. Kiedy w polityce jest mróz, ludzie popadają w marazm z powodu chłodu i umierają, ale nie byle jak, umierają bardzo powoli, męcząc się niemało. Z drugiej strony chcąc się ogrzać, przybierają maskę władzy brutalnej i podnoszą bunt niesłychany, obfity w okrucieństwo i często przejmują tę władzę, a rządzą tak źle, jak poprzednia władza i zasadniczo ten kulawy wóz, o dziwo, sprawnie się toczy. Ty sam, Ryszardzie, pokazywałeś, że gdzie jest człowiek, tam i dzieją się rzeczy przekraczające granice wyobraźni. Postanowiłeś zatem nie tylko przekroczyć granice, ale i pomóc nam sobie wszystko dokładnie wyobrazić, bo bezpośrednio wsiadłeś na każdy ten kulawy wóz, o którym potem nam opowiedziałeś. A ile razy się potłukłeś?! O mały włos i Egipcjanin Ahmed zrzucił by Cię z meczetu, ale na całe szczęście miałeś w kieszeni parę groszy (potem pozdrawiałeś go na ulicy, to ci dopiero…). W Kenii malutkie zwierzątko doprowadziło Cię do malarii mózgowej, do dziś niemal nieuleczalnej. Jakie rzeczy Ty w gorączce widziałeś! Chciałeś się wydostać z Zanzibaru drogą morską i przyszło Ci zmierzyć się z monsunem. Nie chcę Ci wytykać, że przegrałeś, ale chyba wiemy jak to musiało się skończyć. Oj miałeś wiele przygód, ale Ty sam mówiłeś, że było warto.


Nie omieszkam powiedzieć Ci jednego ogromnego DZIĘKUJĘ (!) za „Heban”. Nie robię tego dlatego, że naiwnie spodobała mi się treść ani dlatego, że choć jedna książka jest łatwa do zrozumienia, bo też nie była, nie przez to że akcja wartko się toczyła czy wyjątkowo ciekawie opisałeś ludzi. Tutaj chodzi o coś innego, coś co stało się wielkim Twoim udziałem w świecie – otworzyłeś nam szeroko oczy. My sami umiemy doskonale patrzeć: Ta ma brzydką sukienkę, ta ma krzywe zęby, ta jest jakaś dziwna –  to umiemy my sami, tym się nie martw. My nie widzieliśmy cierpienia ludzi, bo nikt nam nie pomógł tego odgadnąć. Wiadomości podają nam fakty, a Ty pokazałeś nam co przeżywają ludzie, bo za każdą tragedią stoją ludzie i Ty ich miałeś nieustannie przed sobą. W taki sposób przedstawiłeś Afrykę, o której sam papież Franciszek powiedział: „Afryka jest męczennikiem. Ci, którzy mówią, że z Afryki biorą się wszystkie nieszczęścia i wojny, nie rozumieją dobrze szkód, jakie wyrządzają ludzkości niektóre formy rozwoju. Dlatego kocham Afrykę, bo padła ona ofiarą innych mocarstw.” Przez to osobiście wzięłam się za ten temat. Udałam się do źródła – bezpośrednich opisów ludzi wywodzących się z konkretnych krajów Afryki, ale przede wszystkim też osób, które stamtąd uciekły i stały się wielkimi naukowcami. Opisywali oni rzezie, ludobójstwa na które serce nie znajduje ukojenia, biedę i głód, przez opis którego do dziś nie umiem wypowiedzieć słów „jestem głodna”, bo tak naprawdę  nigdy nie byłam i nie wiem do czego prawdziwy głód może przywieźć. Uznałam, że tylko ktoś kto jest z Afryki naprawdę ją rozumie i może ją opisać, stanąć po którejś stronie. A Ty Ryszardzie może nawet nie przeczytałeś o Afryce tyle co ja, może nie sięgnąłeś nigdy po opisy, które mnie zmieniły na zawsze. Czytałam „Heban” czując się od Ciebie lepsza, bo moim zdaniem choć nigdy tam nie trafiłam, to miałam relacje z pierwszej ręki. Tutaj moja pycha się kończy, bo poradziłeś sobie lepiej niż mogłam się tego spodziewać. Relacje Europejczyków, którzy znaleźli się na czarnym kontynencie zawsze przepełnione są strachem, choć najczęściej znajdowali się poza strefą zagrożenia. U Ciebie tego nie spotkałam, a sposób w jaki opisałeś tych ludzi wydawał mi się być opisem samego Afrykańczyka. Ja byłam z Ciebie dumna. Skąd miałeś taką wiedzę? Jak udało Ci się ich tak dobrze zrozumieć? Żeby móc zrozumieć Afrykańczyka widząc go zabijającego, trzeba dobrze znać historię i mieć światły umysł. Stanąłeś na wysokości zadania. Wzrusza mnie, że moja ojczyzna zrodziła takiego człowieka.


Dalej opisywałeś jak dotarłeś do Republiki Południowej Afryki. Ciebie też gorszył widok podziału na rasy. Opisywałeś realistycznie, pokazywałeś mi ludzi, zdaje się, że aż widziałam ich twarze. Ty byłeś tam utożsamieniem złego, przecież Twój kolor skóry kojarzył się z samym złem, a jednak choć tak przywodziłeś złe skojarzenia, ci ludzie podali Ci dłoń. Zmieniłeś coś małego w nich, do zmiany wielkiego apartheidu trzeba było znacznie więcej. Uznałeś system tam panujący za wielką niesprawiedliwość. Niemal za samym papieżem powtarzałeś jak niewolnictwo panujące tam przez ponad trzysta lat zniszczyło kontynent. Cała ta historia mnie doprowadziła do napisania książki o Afryce, nie takiej która pisze o wydarzeniach, ale o ludziach, tylko nie o tych złych, ale o tych którzy białych ludzi jeszcze nie spotkali.


Kolejno w „Jezusie z karabinem na ramieniu” zająłeś się tematem Ameryki Południowej. Ryszardzie gdybyś teraz żył, miałbyś o czym pisać. To co zobaczyłeś i tak realistycznie nam opowiedziałeś nie jest historią, to jest dziś trwające od dziesiątek lat, problem jest taki, że teraz niejeden reporter bałby się tam udać, do tego trzeba mieć Twojego ducha.  Jednak nigdy nie zapomnę jak opisałeś ciszę w krajach latynoskich zamarłych pod reżimem. Cisza jest tam grobowa, wprost proporcjonalna do ilość grobów, których liczba się niestety zwiększała. Cisza jest lochami, przepełnionymi ludźmi, którzy sami nie wiedzą co tam robią, kiedy wyjdą (tak myśleli zapewne wielcy optymiści) i czy w ogóle wyjdą. Cisza jest w końcu pobojowiskiem. Kiedy już się wszystko zniszczy, pozostaje tylko zbierać bałagan, porządkować, to jest właśnie cisza na pobojowisku – ciężka praca. W Gwatemali, Chile, Boliwii walczyło się z hałasem, którym byli ludzie chcący się podnieść i żyć godnie. Zakładano piszącym kajdany, by pisali zgodnie z cenzurą, a innym zaklejano usta – tak znikał hałas. Zaś potem to ludzie walczyli z ciszą i przegrywali własne życie.  Tę samą ciszę wytknąłeś Mengystu Hajle Marjam, etiopskiemu przywódcy. On to rządząc swym krajem nie przyjął od Europy pomocy, by udawać że kraj jest w jak najlepszej kondycji, kiedy to ludzie jedli tylko stęchłe powietrze przepełnione prochem wojennym. A Ty zapytałeś o to samo, co chciałam powiedzieć ja: co wzięłaby Afryce Europa za tę pomoc?


Ryszardzie, nie poznałeś mnie nigdy, ale Ciebie łatwo poznać. Twoje dzieła to jesteś Ty, tu nie ma tajemnic. Jesteś tam przejrzysty, dziwnie naturalny i całkiem prosty. Ja od Ciebie chłonę wszelkie idee, które rozwijając przejmują całą moją skromną osobę. Napisałeś o Latynosach, też wspomniałeś o ich charakterze i tym samym uczyniłeś mnie wielką kibicką tych ludzi. Można powiedzieć kolokwialnie, że „ich studiuję” – nie tylko ich język, ale ich kulturę, religię, historię. Nie mogę sobie przypomnieć gdzie to napisałeś, ale powiedziałeś, że nie da się zrozumieć bez poznania. Nie jesteś pierwszym, który te słowa wypowiedział, bo myślę, że filozofowie Cię wyprzedzili. Chodzi mi o to, że jesteś pierwszym żywym przykładem uczynienia z teorii praktyki. Co powiedziałeś, zrobiłeś. Ja to od Ciebie przejęłam. Kochałam Afrykę, ale że jej nie rozumiałam, czytałam. Pokochałam Latynosów i przez studia ich zrozumiałam. Wszystko ma dwa końce: przyczynę i skutek, dlatego nasze działania powinny wyglądać tak samo: poznanie i zrozumienie.


Tak naprawdę spełniając siebie, nauczyłam się pokory. Świat jest maleńki, to ludzie czynią go ogromnym i niemalże nie do przebycia. Nie ma ludzi, który nie byliby w stanie go przemierzyć, pytanie dokąd dotrą, bo kłamstwo i reżim (to są synonimy, musimy się zgodzić) lubią szlaki gubić i wtedy pozostaje nam tylko cisza. Ryszardzie, my w naszej wspólnej ojczyźnie chcielibyśmy pewnie przejść twój szlak i przerwać ciszę wszędzie gdzie nogę postawimy. Zaczynamy od Polski, tak jak Ty.


Przesyłam Ci moje najszczersze uczucia Przyjacielu,
Asia Czernek, lat 20


PS: 23 stycznia będziemy obchodzić kolejną rocznicę Twojej śmierci. Mnie się jednak wydaje, że Ty jesteś żywy pośród nas i dlatego nie będę płakać, więcej! Pamiętasz jak kochałeś Afrykę? Idąc za ich filozofią przeszedłeś z czasu sasa do zamani, które się nie kończy, bo jest trwalsze od spiżu.