Konflikt na chłodno


„Zimna wojna” w reżyserii Pawła Pawlikowskiego to jeden z „tych” filmów. Debiutujący na zeszłorocznym Festiwalu w Cannes. Skazany na sukces od momentu, w którym w mediach pojawiły się o nim pierwsze doniesienia. Sukces, który zresztą faktycznie nastąpił – dzieło to obejrzały w kinach setki tysięcy widzów, a po pół roku na swoim koncie posiada pokaźną liczbę nagród i nominacji. Na tym nie koniec, gdyż pula ta z miesiąca na miesiąc się powiększa. Po części do tego wszystkiego przyczynił się poprzedni film reżysera, wielokrotnie nagradzana, w tym Oscarem, „Ida” z 2013 roku. Na nominacjach i nagrodach podobieństwa między tymi dziełami się nie kończą. Pytanie brzmi: co za tymi podobieństwami stoi?

Wojna w czasie wojny

Tytuł ostatniego filmu Pawła Pawlikowskiego nie jest przypadkowy. Główną osią fabularną opowiadanej przez niego historii w istocie jest wojna. Ale wcale nie chodzi o tę „zimną”, którą wszyscy znają z lekcji historii, a z której reżyser uczynił tło dla rozgrywających się wydarzeń. Konflikt, o który chodzi, prowadzony jest równolegle, ale na mniejszą skalę. Nie znaczy to jednak, że jest przez to mniej ważny, mniej dramatyczny. Chodzi o dramat dwojga zakochanych ludzi, którzy nie mogą żyć bez siebie, ale zarazem i ze sobą. Tymi ludźmi są: tancerka i śpiewaczka Zula (Joanna Kulig), trafiająca do zespołu pieśni i tańca, oraz Wiktor (Tomasz Kot) – dyrygent i kompozytor. Już teraz warto zauważyć, że nie bez powodu bohaterowie noszą imiona rodziców reżysera – fakt ten, w połączeniu z dedykacją, która pojawia się na koniec filmu, każe myśleć o „Zimnej wojnie” jak o bardzo intymnym dziele. Inspirowana życiem prawdziwej Zuli i prawdziwego Wiktora historia ukazana w filmie stanowi hołd wobec rodziców reżysera, podkreślający autorski charakter dzieła Pawła Pawlikowskiego.

Tu pojawia się jednak pierwsza nieścisłość. Bo choć konflikt narastający między dwojgiem zakochanych jest problemem potężnym, ciągnącym za sobą wiele komplikacji, determinującym zachowanie bohaterów, to ten drugi, pozostający w tle, choć zasadniczy – tylko tłem pozostaje. Zarówno Zuli jak i Wiktora nie dotykają bowiem z jego powodu komplikacje większe, niż te spowodowane ich miłosną relacją. Nie jest oczywiście tak, że zaistniała w latach akcji filmu (50. i 60. ubiegłego wieku) sytuacja polityczna w ogóle ich nie dotyczy. To ona implikuje niektóre ich decyzje, sprawia, że trafiają w określone miejsca Europy, determinuje ich osobiste losy. Odnieść jednak można wrażenie, że reżyser potraktował ją zbyt powierzchownie, skupiając się na próbie nałożenia na nią rodzinnej historii, która, co pogłębia zamieszanie, rozgrywała się dekadę później, w innych warunkach politycznych. Dość swobodne żonglowanie okresami historycznymi staje się tu więc poważnym problemem. W czasie, kiedy rozgrywa się akcja filmu, w Polsce i Europie zachodzą bowiem istotne zmiany, spowodowane wydarzeniami, takimi jak śmierć Stalina czy powolna acz konsekwentnie wcielana w życie sowiecka/radziecka polityka oddzielania Wschodu od Zachodu w Berlinie. Pawlikowski nie pokazuje widzom, jak to wszystko odbiło się na życiu zwykłych ludzi. Zula i Wiktor cały czas przemieszczają się po Europie z taką samą łatwością, bez trudu zdobywając informacje o sobie. Niekiedy wywołuje to wręcz niedowierzanie. Do tego wszystkiego można jeszcze dodać niezbyt fortunny epizod jugosłowiański zawarty w filmie – w tamtych czasach w Polsce i Jugosławii panowały bowiem odmienne reżimy komunistyczne, które nie współpracowały, jak to zostało pokazane w „Zimnej wojnie”, lecz zwalczały się. Żaden jugosłowiański milicjant nie dokonałby zatrzymania polskiego uciekiniera na prośbę panującego w Polsce Urzędu Bezpieczeństwa.

Kunszt i jego niedobór

Tym, co w „Zimnej wojnie” zasługuje na pochwały, którymi zresztą jest obdarzana, to praca kamery i montaż. W filmie znajduje się wiele ujęć, które zapadają w pamięć dzięki genialnemu kadrowaniu – zarówno bohaterów w sytuacjach publicznych, jak i intymnych. Świetnie współgra to ze statycznymi ruchami kamery, a także z tym, że film jest czarno-biały. Taka kolorystyka, charakterystyczna dla kina przełomu lat 50. i 60., ma też drugie znaczenie – wraz z muzyką (od ludowej po jazzową, wykorzystującą motywy folklorystyczne) pomaga wczuć się odbiorcy w klimat epoki. Wszystko to jednak można już było podziwiać w poprzednim dziele Pawlikowskiego, przywołanej wcześniej „Idzie”. Ta ciągłość stylistyczna jest, oczywiście, godna podziwu, tym bardziej, że oba filmy są do siebie zbliżone tematycznie – poruszają wątek jednostki skonfrontowanej z Wielką Historią, zagłębiając się przy tym w strasznych problemach XX wieku. Nie można odmówić więc reżyserowi konsekwencji. Z drugiej jednak strony należałoby zastanowić się nad reakcją młodego odbiorcy, przyzwyczajonego do innego kina: czy ta nostalgia za kinem lat 60., czarno-biała poetyka i perfekcja w budowaniu każdego kadru „Zimnej wojny” nie prowadzi do przedwczesnego znużenia, a w rezultacie nie stanowi bariery w odbiorze dzieła?

W tę wspaniałą oprawę zostaje wrzucona dwójka aktorów. Bo choć Joanna Kulig i Tomasz Kot nie są jedynymi bohaterami „Zimnej wojny”, to na nich skupia się akcja filmu i to ich relacja przyćmiewa pozostałe wątki i postacie. Nawet pomimo tego, że na ekranie towarzyszą im tacy aktorzy jak Agata Kulesza czy Borys Szyc, którzy z klasą odnajdują się w powierzonych im rolach. Niestety, także w duecie Kulig-Kot można zaobserwować sytuację, w której jedno dominuje nad drugim. Zdolności mimetyczne Joanny Kulig są doprawdy ogromne. Aktorka potrafi znakomicie wcielić się w każdą postać: zarówno w pewną siebie uczennicę o ciętym języku, wrażliwą i niepewną kochankę, jak i ośmieloną alkoholem tancerkę. Nic dziwnego, że aktorka dzięki tej roli została zauważona też za granicą – „Zimna wojna” to jej film, a także drzwi do wielkiej międzynarodowej kariery. Patrząc za to na Tomasza Kota można dostrzec pewne problemy z mimiką twarzy. Rzadko da się na niej zaobserwować jakieś emocje. I można, rzecz jasna, mówić, że zapewne właśnie tak miał zagrać, wszak do pewnego stopnia oboje odgrywają pierwowzory, którymi mają być rodzice Pawła Pawlikowskiego. Ale czy dobrym pomysłem w dramacie opowiadającym o miłości dwojga ludzi jest wybór na głównego bohatera kogoś, kto zwyczajnie nie okazuje zbyt wielu emocji? Kiedy najwyrazistszym znakiem zmian samopoczucia granego przez Kota Wiktora pozostaje jego zarost i włosy, relacja bohaterów wiele traci. Gdy bohater jest szczęśliwy, wygląda schludnie. Gdy jest mu źle, pozostaje po prostu nieogolony i nieuczesany. To za mało. Z pomocą przychodzi tu jednak raz jeszcze genialna praca kamery – wraz z odpowiednim tonem nadawanym poszczególnym scenom przez rozwój akcji, pozwala do pewnego stopnia odczuć emocje bohatera Tomasza Kota.

Za szybko, za krótko

„Zimna wojna” trwa zaledwie 84 minuty. Jeśli przyjrzeć się filmografii Pawlikowskiego, można zauważyć, że nie kręci on dłuższych filmów, ceni sobie zwięzłość. Czy jednak w przypadku ostatniego filmu ta zwięzłość bardziej mu zaszkodziła niż pomogła? Oczywiście, film jest spójny i kompletny. Nie brak w nim nawet miejsca na takie subtelne sceny, jak dobieranie – czy raczej niedobranie – krawata przez Wiktora. Z drugiej jednak strony, wydaje się, że zabrakło odpowiedniego umotywowania działań bohaterów. Nie do końca wiadomo, dlaczego na początku zaczynają pałać do siebie nawzajem uczuciem. Widzowi musi wystarczyć proste „coś w sobie ma” Wiktora. Na tym nie koniec. Bo w miarę rozwoju akcji, zakochani zmuszeni są do podejmowania coraz to nowych decyzji. Niektórych niezwykle trudnych i znaczących. Doskwiera więc coraz bardziej brak czasu lub pewna skrótowość w przedstawianiu, co doprowadziło ich do takich a nie innych wyborów. Koniec końców to one bowiem sprawią, że losy bohaterów potoczą się w tak tragiczny sposób. To oni sami są za to odpowiedzialni – nawet nie trudna sytuacja polityczna, w jakiej przyszło im żyć. Pokaźna liczba skrótów myślowych w połączeniu z niejedną sceną metaforyczną lub przynajmniej zawierającą elementy metaforyczne, przyczynia się do pogłębienia zamieszania faktograficznego, o którym była mowa wcześniej. Sprawia to, że trudno w „Zimnej wojnie” oddzielić warstwę historyczną od symbolicznej.

Tu z kolei z pomocą przychodzi muzyka. To w niej zawarte jest wiele wskazówek, które pomagają podążać za tokiem rozumowania zakochanych. Nie dotyczy to jednak wszystkich budzących wątpliwości widza scen, a jedynie niektórych. Można to wyjaśnić stwierdzeniem, że film utrzymany w takiej konwencji jak „Zimna wojna” może, a nawet powinien wymagać od widzów pewnej wrażliwości. A nawet ogromnych jej pokładów. A jednak nadmiar skrótów myślowych sprawia, że zaufanie odbiorców zostaje wystawione na próbę.

Zaklinanie rzeczywistości?

Ostatni film Pawła Pawlikowskiego jest zrealizowany ze szczególną starannością. Czuć zaangażowanie twórcy, jego osobisty stosunek do opowiadanej historii, co podkreśla dedykacja umieszczona na sam koniec. Problem w tym, że nie dla każdego widza jest to film aż tak dobry, na jaki kreują go media. Można odnieść wrażenie, że sukces „Zimnej wojny” został ogłoszony w chwili startu filmu w Cannes, a część krytyków po prostu trzyma się tej retoryki, świadomie nie dostrzegając jego wad. Owszem, to piękna i poruszająca historia, we wspaniałej oprawie, która gwarantuje niejedną zapadającą w pamięć scenę – jak ta zamykająca film. Ale czy mamy do czynienia z ideałem?


„Zimna wojna”
Reżyseria: Paweł Pawlikowski
Produkcja: Francja, Polska, Wielka Brytania 2018