Centrum Kapuścińskiego

„Pisanie to jedyny sposób, który pozwala mi rozumieć innych” ­– tłumaczy na swoim blogu. Aby to robić, porzucił pracę w branży marketingowej. O tym, co w życiu ma wartość, o stanie polskiego dziennikarstwa i pracy w Internecie z Konradem Kruczkowskim, blogerem i reporterem, rozmawiała Magdalena Bojanowska.

 

Konrad Kruczkowski jest autorem dwóch książek: „Halo Człowiek. Rozmowy o tym, co ważne” i „Halo Tato. Reportaże o dobrym ojcostwie” (fot. Agnieszka Wanat)

 

Dziennikarz czy bloger – kim się bardziej czujesz?

To nie ma znaczenia. Lubię mówić o sobie: bloger, który realizuje formy dziennikarskie. Jeśli już muszę się określić to przez definicję negatywną – nie chcę być media workerem, czyli osobą, która nie tworzy własnych treści, a żeruje na materiałach innych. Nie chcę do tego przykładać ręki. W odbiorze społecznym dziennikarz to zawód dużo bardziej nobilitujący niż bloger. Ten pierwszy to media, drugi – biznes, a tak naprawdę – trudno powiedzieć.

 

Skąd pomysł na założenie bloga?

Ze zmęczenia pracą, którą wykonywałem dotychczas. A pracowałem w branży reklamowej na różnych stanowiskach kreatywnych. Na pewnym etapie satysfakcja finansowa okazała się jedyna, a w konsekwencji – niewystarczająca. Dużo wcześniej, kiedy miałem 15 lat, publikowałem w lokalnym miesięczniku. To była krótkie materiały typu: „W miejscowości Gruszki wyremontowano Wiejski Dom Kultury. Sołtys pęka z dumy”. Tęsknota za pracą twórczą, za opisywaniem rzeczywistości, okazała się odporna na potrzeby dorosłości, jak bezpieczeństwo finansowe i względnie pełna lodówka. Założyłem bloga, którym od mniej więcej trzech lat zajmuję się zawodowo. Zawodowo w tym sensie, że nie mam żadnego innego źródła utrzymania. I te trzy lata to rewolucja, bo co krok, to człowiek, który chce mi pomóc. Reportaż to konsekwencja tych spotkań.

 

Halo ziemia” – dlaczego wybrałeś taką nazwę dla swojego bloga?

W czasie, kiedy zakładałem bloga, przykładowy wpis na stronach typu WordPress zaczynał się od słów „Hello World”. Uznałem, że ta nazwa – przetłumaczona na polski – jest bardzo pojemna.

Kiedy zostałem uhonorowany Nagrodą Bloga Roku 2013, dziennikarka pewnej stacji telewizyjnej zapytała: „Skąd pomysł na bloga o ekologii?”. W trakcie rozmowy okazało się, że na podstawie samej nazwy założyła, że piszę o kornikach, liściach i ogrodnictwie.

 

Studiowałeś teologię. Dlaczego akurat ten kierunek?

To jest opowieść o tym, co z moją głową zrobił reportaż. Tuż przed studiami świat wydawał mi się bardzo prosty i jednoznaczny. Przede wszystkim – pełny zagrożeń. Groziły nam środowiska LGBT i feminizm, o gender jeszcze nie mówiono. To był konserwatyzm w najgorszym, opresyjnym wydaniu. Wynikał ze strachu przed tym, co nieznane. Studia miały dać mi argumenty do obrony tych przekonań. Kiedy zacząłem czytać reportaże Hanny Krall, Lidii Ostałowskiej (te o aborcji!), Wojciecha Tochmana, Mariusza Szczygła, Wojciecha Jagielskiego, to nieznane przestało mnie straszyć, a z czasem – zaczęło fascynować. Moment przełomowy to poznanie Roberta Rienta. Poznaliśmy się tuż po tym, jak skończył pisać „Świadka”, czyli autobiograficzny reportaż o wolności od religii. Reporterzy mnie uratowali.

Dzisiaj moje poglądy są inne, ale nie mam szczególnej potrzeby ich manifestować. Reporter nie może oceniać – nawet jeśli ma tezę, nie może być jej niewolnikiem. Zdarza się, że manifestuję jako obywatel, ale nawet wtedy pielęgnuje w sobie każdy rodzaj wątpliwości.

 

Czy w takim razie te konkretne studia w jakiś sposób wpływają na to jak i o czym piszesz?

Studia miały większe znaczenie w moim osobistym rozwoju, a to oczywiście wpływa na moją pracę reporterską. Studia teologiczne dają przyzwoitą wiedzę humanistyczną, wbrew pozorom – wcale nie jednostronną. Pierwsze dwa lata to przede wszystkim kurs filozofii. Dzięki studiom mam pewną łatwość w nawiązywaniu relacji z osobami wierzącymi, bo znam ich świat i potrafię znaleźć z nimi wspólny język. A że wykonałem światopoglądową woltę, to stoję w rozkroku między dwoma stronami. Dla reportera to jest pozycja niewygodna, ale korzystna.

 

Na swoim blogu bardzo często publikujesz reportaże i rozmowy dotyczące wartości. Dlaczego to właśnie one są tematem Twoich tekstów?

Bardziej doświadczone koleżanki i doświadczeni koledzy powtarzają: reportaż musi być o czymś i o czymś jeszcze. A więc: opowiadać historię, a jednocześnie – jakąś prawdę o człowieku. Czasami bardzo prostą, ale podaną pod tekstem. Temu z kolei służy forma literacka. Jeśli więc wartości, to nie wprost, bo reportaż czy wywiad to przecież nie kazanie. Dobrze dostarczony naddatek „robi” tekst.

Kilka dni temu trafiłem na kobietę, która w wieku 48 lat postanowiła zostać gwiazdą filmów porno. W Polsce i z powodzeniem. Branża pornograficzna to kopalnia zdań ze złota, tu cytat: „Perfekcyjna Małgorzata zalicza podstępnie”. Tańczyłem ze szczęścia – co za temat! I niemal od razu opowiedziałem o tym reporterce „Dużego Formatu” Ani Śmigulec, która skomentowała: „Memento naddatkum. Nie tylko smaczki”. A więc nie tylko błyskotliwe zdania.

Oczywiście wartość dodana tekstu często ujawnia się dopiero w trakcie pracy. Najpierw jest ciekawość.

 

Czyli tkwi w Tobie taka ciekawość drugiego człowieka.

Tak, a praca z reportażem tylko to pogłębia. Od pewnego czasu zbieram materiały do tekstu o mężczyznach, którzy zostawili swoje rodziny, kiedy pojawiło się niepełnosprawne dziecko. Bohaterowie czują, że ich nie oceniam i dzięki temu możemy w ogóle rozmawiać. Sam najbardziej lubię te reportaże, po których jednoznaczna ocena jest niemożliwa. One są najbliżej rzeczywistości. Przykład? Teksty Pawła Piotra Reszki. Paweł nawet jeśli opowiada historię kobiety, która zabiła swoje dzieci, to zostawia czytelnika z pytaniem: czy bohaterka jest jeszcze katem, czy już ofiarą okoliczności? A może jedno i drugie? Zresztą, na nasze decyzje wpływa tak wiele elementów, że brak prostych ocen to nie najgłupszy sposób na życie.

 

Blog „Halo Ziemia” zdobył kilka wyróżnień, m.in.: tytuł Bloga Roku 2013 oraz Nagrodę „Newsweeka” im. Teresy Torańskiej (fot. Agata Maziarz)

 

Podczas gdy do sieci trafia masa bezsensownej treści, Ty tworzysz taki wartościowy zakątek Internetu…

W Internecie, w mediach w ogóle, trwa dzika wojna o uwagę. Stare media uznały, że Internet to przestrzeń, którą można zdobyć tylko za pomocą obrazków i nagłówków typu „Aktor zabił”. Gdybyśmy od początku myśleli o tym, do czego przyzwyczajamy publiczność w Internecie, może teraz byłoby inaczej. Dobre treści giną. Wielu czytelników twierdzi, że moje reportaże są fenomenalne i to jest bardzo miłe, ale jednak nieadekwatne. Pokazuję im ludzi, którzy piszą lepiej, i często okazuje się, że to nazwiska niewidoczne, nieznane w sieci. Kłopotem nie jest brak dobrych treści, ale to, że ich nie widać. Internet to narzędzie bardzo demokratyczne, a w związku z tym wymaga od czytelnika dużo większej dojrzałości. Do niedawna to redaktor naczelny i wydawca dbali o selekcję materiałów, a czytelnik mógł im ufać, że otrzymuje to, co naprawdę dobre. A teraz trafia do hipermarketu treści i sam decyduje, do której alejki trafi. Ale wbrew powszechnemu defetyzmowi – wierzę w czytelnika. Będzie lepiej.

 

Czy w takim razie czujesz coś w stylu „misji”, żeby pokazać ludziom treści, które mają jakąś wartość?

Już nie. Dawniej uwierał mi kompleks: jako autor publikujący w sieci, chciałem za wszelką cenę dowieść, że Internet nie jest gorszy. Moje środowisko miało tu pewną korzyść – za każdym razem, kiedy blogosfera była krytykowana, często słusznie, to byłem królikiem wyciąganym z kapelusza: „A to nieprawda, bo tutaj mamy takiego pana, który robi takie i takie rzeczy”. Dzisiaj protestuję. I już nie wierzę w podział na stare i nowe media. To są po prostu treści. W Internecie jest im trudniej, bo konkurencja jest większa. W tej wojnie o uwagę korzystam z dostępnej wiedzy, w tym tej wyniesionej z reklamy, i tak długo, jak jest w tym uczciwość, mam się z tym dobrze. Oczywiście są granice. Mam nadzieję, że nigdy nie zbliżę się do poziomu, poniżej którego będę gotów zrobić wszystko, żeby zyskać czytelnika. Niech mi uschną ręce, jeśli kiedyś ucieknę się do tabloidowych tytułów. Czytelnik jest ważny, ale nie można o niego zabiegać za wszelką cenę. Jeśli trafi do mnie czytelnik „Faktu” i uzna, że chce tu wracać – świetnie. Ale ja nie zrobię nic, żeby zbliżyć się do „Faktu”.

Więc jeśli pytasz o misję – nie posiadam. Chcę się uczyć: pracować nad tym, żeby każdy kolejny tekst był warsztatowo lepszy. Do Nagrody „Newsweeka” im. Teresy Torańskiej [w kategorii „Treści publikowane w sieci” za interaktywny reportaż „Jesteśmy głusi” w 2016 roku – przyp. red] nie mogłem pozbyć się przekonania, że wszystko nad czym pracuję jest kiepskie, nawet zawstydzające. I może lepiej zostać przy blogu w starej, czyli niereporterskiej formule. Tego już nie ma i czuję ulgę, bo mogę się uczyć nowych rzeczy.

Nie staję w niczyjej obronie, „nie daję głosu tym, którzy go nie mają”. Jeśli to się dzieje, to jako pożądany efekt uboczny. I obserwuję prawidłowość, że im mniej się o niego staram i mniej się puszę, tym częściej ten efekt występuje.

 

Co według Ciebie jest najważniejsze w życiu?

Myślę, że w życiu dobrze jest nie wiedzieć. Kiedy studiowałem, wydawało mi się, że o świecie wiem wszystko. To przekonanie, które zawsze prowadziło na ścieżkę kolizyjną, bo albo odrzucałem innych, albo wchodziłem z nimi w konflikt. Kiedy jestem ciekawy drugiego człowieka, to nagle okazuje się, że istnieje przestrzeń do rozmowy. Na festiwalu [Non-Fiction. Festiwal Reportażu w Krakowie,  25–27 sierpnia 2017 – przyp. red.] mamy dwóch panów, którzy przychodzą na każde spotkanie, skrupulatnie notują i zadają pytania. Obserwuję reakcje uczestników, kiedy ci panowie zabierają głos i publiczność jest krytyczna. Ktoś westchnie, ktoś pokręci głową. A przecież to jest niesamowite. Trzy dni, a oni na każdym spotkaniu! Robią notatki, zabierają głos, ale w tonie nieatakującym. Dowiedziałem się, że panowie przychodzą na każdy festiwal literackim w Krakowie. Może to są bohaterowie na reportaż?

 

Opublikowałeś zbiór wywiadów. Czy któraś z rozmów jest Ci szczególnie bliska?

Dwie – z Tomaszem Raczkiem i Marcinem Mellerem. To kamienie milowe, bo moi rozmówcy byli jednocześnie recenzentami mojego warsztatu. Obawiałem się tego. Finalnie okazali mi dużo wsparcia.

Ważna była rozmowa z Kasią Bondą. Po pierwsze to wywiad o pieniądzach, a po drugie eksperyment z formą. Materiał wideo, który uzupełnia tekst, nie jest dokumentalny, a teledyskowy. To krótka impresja artystyczna. Bałem się tego eksperymentu. Ktoś, kto zaraz wyda książkę reporterską, nagle robi taki materiał… Na szczęście, mimo obaw, zostało to odebrane dobrze. Poza tym myślę sobie, że Mariusz Szczygieł prowadził talk-show w Polsacie, a Grzegorz Miecugow – „Big Brothera” i im to nie zaszkodziło. Więc może to też jest wartość, że potrafię zrobić skok w bok od poważnego świata.

 

 

Czy coś inspiruje Cię do pisania?

Proza. Uwielbiam Wojciecha Kuczoka, Kurta Vonneguta, Jerzego Pilcha, Tomasza Jastruna. Ten ostatni, przecież poeta, pisze świetną prozę. A teraz odkryłem Zośkę Papużankę i przepadłem. O Boże, jak ona pisze! Czytam więcej prozy niż literatury faktu. Tam szukam pomysłów na formę i uczę się warsztatu. Jest mi bliskie to, co mówi Mariusz Szczygieł: reporter może zrobić dokładnie to, co autor fikcji, nie może tylko zmyślać. Oczywiście podglądam też reporterów: od Kapuścińskiego, przez Krall, Szejnert, po Szczygła, Tochmana, Nowaka, aż do nowej fali: Pawła Piotra Reszki, Filipa Springera. Rówieśników czyta mi się trudno, bo zazdroszczę. Ale czytam.

 

W dzisiejszych czasach każdy może publikować w Internecie. Czy Twoim zdaniem dziennikarz i media worker znaczy to samo?

Nie. Przede wszystkim: wielu ludzi, którzy publikują w prasie albo w portalach, to nie są dziennikarze, tylko pracownicy mediów. I to rozróżnienie jest ważne. Za słowem „dziennikarz” kryje się pewien warsztat, a nie każdy, kto publikuje go posiada. Dotyczy on zarówno etyki pracy, jak i umiejętności pozyskiwania, weryfikacji i prezentacji informacji. Nie wierzę też, że warsztatu można nauczyć się na studiach, ale na pewno można się go nauczyć w relacjach z bardziej doświadczonymi autorami. Szkoda, że teraz tak mało jest w mediach na tę naukę czasu.

 

Czy w dobie Internetu i wszechobecnej postprawy istnieje jeszcze coś takiego jak odpowiedzialność za słowo?

Na pewno istnieje na poziomie prawnym – jak ktoś skłamie, można go pozwać. Stoimy przed wyzwaniem technologicznym, mniej etycznym: jak walczyć z tymi kłamstwami, które pojawiają się w Internecie anonimowo i na bardzo dużą skalę? Konsekwencją rewolucji technologicznej jest to, że każdy może być nadawcą. Już nie wóz transmisyjny, ale telefon. Weźmy przykład czarnego protestu. Na transparentach mamy dziewięćdziesiąt kreatywnych i pozytywnych haseł, które nikogo nie obrażają. Ale jest też pięć wulgarnych transparentów. Ktoś robi zdjęcie, wrzuca do sieci tylko te negatywne, i stwarza narrację, że czarny protest wyglądał właśnie tak. I jak to dementować? Taka informacja zaczyna żyć własnym życiem, bo dużo łatwiej udostępnić informację, która potwierdza „moją” wizję świata. Dlatego życzę wszystkim, żeby żadnej wizji świata nie mieli.

 

Czy uważasz, że da się z tym w ogóle walczyć?

Nie wiem. Skala zjawiska jest duża. Mamy wybory w Niemczech i Facebook ogłosił, że usunął kilkadziesiąt tysięcy fałszywych kont z prawdopodobnie rosyjskim rodowodem. Nawet jeśli już wiemy, że informacja jest nieprawdziwa, to ona wciąż żyje. Mechanizm, który będzie w stanie szybko usunąć wszystkie udostępnienia i kopie to żadne rozwiązanie. Jeśli będziemy w stanie masowo usuwać z Internetu informacje nieprawdziwe to prawdziwe tym bardziej.

 

Na blogu publikujesz zarówno teksty jak i materiały wizualne. Czy reportaż multimedialny zastąpi ten tradycyjny?

Nie zastąpi, to niemożliwe. Reportaż literacki jest najlepszą rzeczą, jaka przytrafiła się ludzkości. Jest reportaż literacki, długo, długo nic, a potem przeszczep serca. Dlaczego tak uważam? Bo reportaż ma wartość uniwersalną. Jeżeli moja córka za 15 lat sięgnie po reportaże Reszki, one wciąż będą uwrażliwiać. Dzięki nim ma szansę stać się człowiekiem o większej uważności na to, co dzieje się u sąsiada. I nieważne, czy chodzi o sąsiada za ścianą, czy w znaczeniu państwa. Multimedia tego nie zastąpią. Reportaż literacki sprawia, że dany obraz powstaje w naszej głowie, że nakładają się na niego nasze własne doświadczenia. Tam gdzie mamy dźwięk, wideo, narrację i wszystko podane na tacy, tej przestrzeni nakładania naszych osobistych przeżyć jest bardzo mało. Natomiast taka forma może wspaniale uzupełniać tą tradycyjną. Może być do niego drogą, punktem zapalnym. Myślę, że to będzie nowy gatunek reportażu, podobnie jak radiowy i telewizyjny. One przecież nie sprawiły, że literacki przestał istnieć.

 

 

Ryszard Kapuściński mówił, że dziennikarstwo jest rodzajem służby publicznej. Teraz często słyszymy, że polskie dziennikarstwo zmierza w złym kierunku. Jakie ono powinno być według Ciebie?

Zdecydowanie rzetelne. Pojęcie dziennikarstwa jest bardzo szerokie. Wrzucamy w nie zarówno publicystykę, jak i reportaż literacki, a to są dwie kompletnie inne rzeczy. Pełnią różne funkcje: reportaż literacki ma opisać świat i skonfrontować czytelnika z rzeczywistością, a felieton często przekonać do jakiś poglądów. Szczygieł mówi, że publicysta wie, a reporter nie wie. W newsie nie ma miejsca na szerszy kontekst. Więc gałęzie dziennikarstwa różnią się pełnioną funkcją, ale każda z nich musi być rzetelna. I to jest zadanie dla nas, aby starać się wykonywać tę pracę zgodnie ze sztuką. Wciąż jest się od kogo uczyć. Na szczęście.

 

 

Konrad Kruczkowski – bloger i reporter. Autor bloga „Halo Ziemia”. Współpracuje m.in. z portalem Onet. Jest autorem dwóch książek: „Halo Człowiek. Rozmowy o tym, co ważne” i „Halo Tato. Reportaże o dobrym ojcostwie”. Jego blog zdobył kilka wyróżnień, m.in.: tytuł Bloga Roku 2013 oraz Nagrodę „Newsweeka” im. Teresy Torańskiej (za interaktywny reportaż „Jesteśmy głusi”). Jest ambasadorem Stowarzyszenia WIOSNA.

 

 

Please Enter Your Facebook App ID. Required for FB Comments. Click here for FB Comments Settings page

Zobacz też:
Chemik schodzi na złą drogę

Chemik schodzi na złą drogę

O Kacprze Choromańskim, który zawodowo analizuje krwawe ślady, pisze Anna...
Koczownicy z dachu świata

Koczownicy z dachu świata

Fotoreportaż z Czangtangu
Potrząsanie akwarium

Potrząsanie akwarium

"Zawsze wiedział, że interesuje go tylko dokument" - sylwetka Marcela...

Name required

Website