Korespondent – dziennikarski arystokrata

[spider_facebook id=”2″]

Jak opisać pełzający koniec świata? Autor nie daje nam na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi, ale w zamian opisuje, jak czynią to inni. Robi to w sposób barwny, obrazowy, a przede wszystkim niesamowicie ciekawy.

 

korespondent

 

Pytanie, czy dziennikarstwo da się polubić, Krzysztof Mroziewicz stawia sobie już w pierwszym zdaniu. Odpowiedź według niego jest prosta: Można, a nawet trzeba. Gorzej już z samym pisaniem, które jest według niego męczarnią. Mroziewicz, jak widać, lubić pisania nie musi, bo i tak wychodzi mu ono doskonale.

 

Tytuł „Korespondent, czyli jak opisać pełzający koniec świata” może sugerować, że tylko o tej profesji będzie w książce mowa. Mroziewicz jednak nie ogranicza się jedynie do opisu zawodu korespondenta. Idzie dalej – próbuje scharakteryzować całe środowisko dziennikarskie i robi to niezwykle celnie. W każdym rozdziale bierze na warsztat inną kwestię związaną z zawodem. Bazuje na własnych refleksjach, wplatając w nie szereg przykładów, historii z własnego doświadczenia, jak i pracy innych. Pisze o wojnach domowych, o korespondentach wojennych, którzy czasem giną, a także o obecnym stanie dziennikarstwa oraz o tym, jakie może być ono jutro – bo przecież, jak mówi: dziennikarz musi przewidzieć, co będzie. Chyba z żadnej innej książki nie wypisałam tak wielu cytatów. Zarówno z Mroziewicza, jak i autorów, których przytacza. Rozproszone po całym tekście, stają się elementem spajającym go w całość i bardzo wzbogacającym lekturę.

 

Książka Mroziewicza to swego rodzaju zbiorowa biografia najznamienitszych światowych oraz polskich korespondentów, czyli „arystokracji dziennikarskiej” – jak nazywał ich Andrew Marr. Należy przyznać mu rację, bo przecież najwybitniejsze nazwiska w zawodzie to właśnie korespondenci. Kogo tymczasem wymienia autor? Pruszyńskiego, odkrytego niedawno przez Hiszpanów jako najlepszego korespondenta wojny domowej; Churchilla, który jako młody reporter pisał korespondencje, robiące w Londynie furorę, a jako dojrzały polityk uważał za poniżające, by spotykać się z dziennikarzami; Hersha, jadącego na wojnę w Wietnamie bez doświadczenia i grosza w kieszeni, a powracającego z otwartymi drzwiami do późniejszej kariery; Fallaci, którą w Meksyku umieszczono w kostnicy – myślano, że już nie żyje.

 

A ponadto Kischa, Hemingwaya, Marqueza, Kapuścińskiego, Ikonowicza, Wańkowicza i wielu innych. Autor wplata wątki z życia każdego z nich do omawianego akurat tematu. Ubarwia opis anegdotą, dzięki czemu ci, których znamy, są nam jeszcze bliżsi, a dotąd anonimowi – pozwalają się odkryć.

 

Dla studenta marzącego o karierze reportera będzie to lektura nad wyraz zajmująca, znajdzie w niej bowiem leksykon autorytetów – reporterów, na których warto się wzorować (Mroziewicz udowadnia przecież, że ciągle jest na kim!). Dla dziennikarza – pozycja interesująca, bo trafnie charakteryzująca środowisko, w którym się obraca. Ale i dla osób niezwiązanych bezpośrednio z mediami jest również godna polecenia, bo to ten rodzaj lektury, która zostaje w pamięci na dłużej. „Korespondent” to książka, do której jest po co wracać. A nade wszystko chce się powtórzyć za Stefanem Bratkowskim – Jakże to jest pisane!

 

Ewelina Błeszyńska

 

„Korespondent”

Krzysztof Mroziewicz

Wydawnictwo Zysk i S-ka