Koronawirus po romańsku


Dlaczego we Włoszech pandemia przybrała aż takie rozmiary, w jakim stanie znajduje się rumuńska służba zdrowia i dlaczego wybory samorządowe we Francji zdecydowanie nie powinny się odbyć? O nastrojach, walce z kryzysem i prognozach na przyszłość opowiadają studenci z Francji, Włoch i Rumunii.


fot. Michał Mitoraj


Francja


Jak obecnie wygląda sytuacja we Francji?

24 marca w Francji wprowadzono stan wyjątkowej sytuacji sanitarnej i od tego czasu większość obywateli jest zamknięta w domach. Wychodzić można do pracy, na zakupy. Dozwolona jest też niewielka aktywność fizyczna. Wyjść można jedynie w dwie osoby, a w regionach najbardziej zakażonych, opuścić dom może tylko jedna osoba. Potrzebne jest też specjalne pozwolenie, które każdy sobie wypisuje. Za wychodzenie bez tego dokumentu grożą mandaty w wysokości nawet do 135 euro. Na ulicy obowiązuje konieczność zachowanie dystansu jednego metra między ludźmi. Bez uzasadnienia nie można też zmieniać stałego miejsca pobytu. Oczywiście wszystkie miejsca publiczne, takie jak restauracje, ośrodki kultury, są zamknięte. Uniwersytety zawiesiły działalność stacjonarną do września (we Francji rok akademicki zaczyna się we wrześniu), zajęcia odbywają się online. Odwołano też matury więc dyplom zostanie wystawiony na podstawie ocen.


Jak Francuzi reagowali na pierwsze doniesienia o epidemii w Europie?

We Francji pierwszy przypadek pojawił się tydzień po Włoszech, więc tak naprawdę Francuzi nie mieli zbyt wiele czasu na oswojenie się z tymi informacjami. Kiedy potwierdzono pierwszego zakażonego w Europie, wiedzieliśmy, że epidemia przyjdzie i do nas, ale nikt nie spodziewał się, że przybierze takie rozmiary. Chyba dlatego na samym początku wielu ludzi nie traktowało całej sytuacji poważnie i uważało, że nie ma się czym martwić. Nie odwołano wyborów samorządowych, imprez masowych. Oczywiście była też spora część społeczeństwa, która zwracała uwagę, na to, że epidemia będzie groźna, a państwo nie jest do niej przygotowane.


Po wprowadzeniu oficjalnych obostrzeń Francuzi stosowali się do nich?

Na początku Francuzi nie respektowali obostrzeń. Policja informowała, że wystawianych jest   bardzo dużo mandatów. W parkach i na ulicach było pełno spacerowiczów. Ludzie wychodzili kilkanaście razy dziennie z psem albo zaczynali uprawiać jogging, byle tylko wyjść z domu. W mediach pojawiały się zdjęcia Paryża, który wyglądał jak w czasie wakacji. Dopiero kiedy sytuacja stała się naprawdę poważna, kiedy we Francji i w całej Europie liczba przypadków drastycznie rosła, codziennie umierało kilkaset osób, a kraje stopniowo zamykały granice, Francuzi zaczęli traktować sprawę poważnie i przestrzegać obostrzeń. Najpóźniej dostosowali się Paryżanie, co było brzemienne w skutkach. Lawinowo wzrosła liczba zakażeń, a dodatkowo dzień przed oficjalnym zakazem wychodzenia z domu, mieszkańcy Paryża zaczęli masowo wracać do swoich domów rodzinnych i rozprzestrzeniali wirusa po całej Francji.


Wybory samorządowe wpłynęły na rozwój epidemii?

Na pewno. Co prawda w czasie wyborów były zachowywane zasady higieny, pilnowano odległości, ale mimo wszystko spowodowały, że dużo osób zebrało się w jednym miejscu. Oczywiście sytuacja z wyborami była w mediach najbardziej nagłośniona, ale trzeba pamiętać, że wówczas nie odwołano nie tylko wyborów, ale też innych imprez masowych, na których zgromadziła się masa ludzi. We Francji krytykowano więc nie tyle brak odwołania wyborów w kwestii rozprzestrzeniania się wirusa, ale bardziej w kwestii politycznej. Przede wszystkim, wielu Francuzów nie poszło zagłosować wyłącznie z obawy o swoje zdrowie. W tegorocznych wyborach wzięło udział 53,5 % – dokładnie 10% mniej niż w roku 2014. Poza tym, po pierwszej turze, w większości miast nie doszło do rozstrzygnięcia i potrzebna była druga zaplanowana na 22 marca. Jednak biorąc pod uwagę rosnącą liczbę zakażonych i fakt, że w coraz większej liczbie europejskich państw wprowadzano restrykcje i zamykano granice, oczywistym było, że żadnej drugiej tury nie będzie. Ostatecznie wyniki pierwszej zostały unieważnione.


Które z działań rządu spotkały się z krytyką obywateli?

Zdecydowanie zbyt późne wprowadzenie restrykcji. Kiedy 17 marca zaczęto zamykać miejsca publiczne i wprowadzono zakaz wychodzenia z domu, mieliśmy już ponad 7 tysięcy przypadków. Oczywiście krytykowano też brak decyzji o odwołaniu wyborów. W miastach, w których jest więcej niż dwie listy wyborcze, praktycznie niemożliwe jest, by któryś z kandydatów uzyskał 50% poparcia, więc potrzebna jest druga tura. Francuzi zadawali więc sobie pytanie, po co w ogóle przeprowadzono pierwszą i narażano zdrowie obywateli, skoro niemal pewne, było, że wyniki zostaną unieważnione, gdyż druga tura, potrzebna do rozstrzygnięcia wyników, się nie odbędzie? Krytyce poddany został również stan szpitali.
Po kryzysie ekonomicznym w 2008 roku rząd nie przeznaczał wystarczającej ilości pieniędzy na służbę zdrowia. Od wielu lat personel medyczny mówił głośno, że państwo nie powinno oszczędzać na publicznej opiece zdrowotnej, ponieważ przyjdzie moment, w którym cały kraj poniesie tego konsekwencje. Teraz, w czasie pandemii, ich przewidywania okazały się prawdziwe, ponieważ w szpitalach brakuje respiratorów, łóżek, maseczek i sprzętu.


Jaką pomoc swoim obywatelom zagwarantował francuski rząd?

Na szczęście wszyscy pracownicy wciąż otrzymują pensje. Osoby, które nie mogą wykonywać swojej pracy z domu, a na co dzień są zatrudnione w firmach, otrzymują 84% swojej normalnej pensji, a osoby świadczące usługi takie jak opieka nad dziećmi czy sprzątanie, dostają 80% wynagrodzenia. Dodatkowo firma może jednorazowo wypłacić swoim pracownikom kwotę 1000 euro, która nie podlega opodatkowaniu, a jeżeli ktoś prowadzi własną działalność gospodarczą i jej obroty spadły o 70 %, może ubiegać się o dofinansowanie 1500 euro. Osoby, które nie mają z kim zostawić dzieci, mogą wykonywać pracę z domu. Jeżeli są zatrudnione w sektorze publicznym, dostają 100% pensji, a jeżeli w prywatnym, 90%. Ci, którzy pomimo braku opieki nad dziećmi muszą iść do pracy, otrzymują dodatek do wynagrodzenia, szczególnie jeżeli dziecko jest poniżej 3 roku życia. Rząd wsparł też biedniejsze rodziny, wręczając im bony żywnościowe.


Pojawiły się już pierwsze prognozy dotyczące gospodarki?

Prognozy nie są najlepsze. Po pierwsze, Francja jest krajem chętnie odwiedzanym przez turystów. W ostatnich latach państwo i tak straciło sporo dochodów z turystyki, w związku z zamachami terrorystycznymi, które skutecznie zniechęcały potencjalnych zwiedzających, zwłaszcza z Azji, do przyjazdu do Francji.  Są takie plany, żeby w tym roku uczniowie wrócili do szkół dwa tygodnie później. Twórcy tego pomysłu mają nadzieję, że w tym czasie Francuzi będą podróżować po kraju i w ten sposób rozruszają gospodarkę. Poza tym, ludzie kupują tylko najpotrzebniejsze rzeczy, takie jak jedzenie czy leki więc swoje dochody tracą sklepy z ubraniami czy sprzętem elektrycznym.  Dochód krajowy brutto w pierwszym trymestrze 2020 roku jest najniższy od 1945 roku.


Rząd Francji podjął już jakieś decyzje w sprawie stopniowego „otwierania” kraju?

W najbliższych dniach odbędzie się głosowanie nad przedłużeniem stanu wyjątkowej sytuacji sanitarnej do 24 lipca. Na razie wiadomo, że od 11 maja będzie można wychodzić z domu; obowiązkowe będą maseczki. W tym dniu otwarte zostaną także szkoły i małe sklepy. W zakładach pracy, o ile to możliwe, w dalszym ciągu będzie kontynuowana praca z domu. Do końca sierpnia będzie też obowiązywał zakaz imprez i zgromadzeń publicznych powyżej 100 osób.


Claire Defrancois – Mieszkanka Brestu. Studiuje prawo na Université de Bretagne Occidentale.


fot. Michał Mitoraj


Włochy


Jak wygląda obecna sytuacja we Włoszech?

Od około tygodnia mamy więcej osób wyzdrowiałych. Spadła też liczba zgonów i aktywnych przypadków. Do 4 maja mieliśmy stan nadzwyczajny. Od tego dnia Włosi mogą stopniowo wracać do pracy, ponieważ obecnie gospodarka kraju jest praktycznie martwa. Do tego czasu prawie wszystkie zakłady pracy pozostawały zamknięte, pracowali tylko ci, którzy musieli, czyli zatrudnieni w służbie zdrowia, służbie porządkowej, sprzedawcy i zawody związane z produkcją żywności. Zamknięte są też wszystkie miejsca publiczne, szkoły. Uczniowie i studenci nie wrócą już w tym roku szkolnym i akademickim do normalnego trybu nauczania. Obecnie możemy już wychodzić z domu, oczywiście w maseczkach.


Wiele mówiło się o tym, że na początku Włosi bardzo lekceważąco potraktowali zalecenia, by pozostać w domu.

Kiedy na samym początku pandemii, na północy kraju zaczęto zamykać wiele miejsc, w tym szkoły, wielu Włochów rzeczywiście potraktowało to jako wakacje. Wyjeżdżali na narty w góry, ale też spotykali się w parkach i restauracjach. Mniej więcej trzy tygodnie później zaczęto wprowadzać obostrzenia w pozostałej części kraju i wtedy większość ludzi zaczęła stosować się do restrykcji. Mieszkańcy północnej części kraju wracali do swoich rodzinnych domów na południu. Nie jest prawdą, że restrykcje najbardziej ignorowali ludzie młodzi. Mam wrażenie, że szczególnie ludziom starszym trudno było zmienić przyzwyczajenia. W social mediach pojawił się hasztag zostań w domu, influencerzy przekonywali jak jest to ważne. Do starszego pokolenia trudniej było dotrzeć z takim komunikatem. Poza tym, życie młodych ludzi uległo ogromnej zmianie. Praca, szkolne zajęcia – wszystko odbywa się z domu; trzeba przeorganizować swój dzień. Dla większości emerytów życie toczy się tak, jak przedtem, więc skoro przed epidemią każdego dnia wychodzili do sklepu po pieczywo, to dlaczego mieliby zrezygnować ze swoich przyzwyczajeń.


19 lutego na stadionie San Siro w Mediolanie przy pełnych trybunach rozegrano mecz Ligi Mistrzów Atalanta Bergamo – Valencia CF. Co po czasie sądzą włoscy lekarze na temat wpływu meczu na rozprzestrzenienie się koronawirusa we Włoszech, ale też w Europie?

W dniu rozgrywania meczu nikt nie był świadomy tego, jakie rozmiary przybierze epidemia. We Włoszech pierwszy przypadek zanotowano zaledwie kilka dni wcześniej. Jednak po czasie pojawiło się wiele głosów lekarzy, którzy twierdzili, że ten mecz mógł być pierwszym krokiem do rozprzestrzenienia się epidemii. Jednocześnie włoscy epidemiolodzy nie oceniają tego jako kluczowego momentu w przeniesieniu wirusa z Włoch poza granice kraju, głównie do Hiszpanii. W tamtych dniach wielu Włochów podróżowało i tak naprawdę każdy mógł przenieść wirusa do innych państw Europy.


Dlaczego to właśnie we Włoszech wirus przybrał aż takie rozmiary?

Do dziś nie wiadomo kto był pacjentem zero, ale prawdopodobnie była to osoba, która miała kontakt z kimś przebywającym wcześniej w Chinach. Ta osoba zgłosiła się do szpitala, ale lekarze nie wiedzieli, że chodzi o koronawirusa. Pacjentowi nie wykonano też testów. Kiedy lekarze się zorientowali, było już za późno, bo w tym czasie chory zdążył już zrazić cały szpital. Najwięcej zakażonych jest w północnej części Włoch, regionie bardzo zaludnionym. Jest to również najbardziej przemysłowa część kraju. Wielu ludzi przemieszcza się w związku z pracą, więc wirus łatwo się rozprzestrzeniał. Kiedy na początku epidemii zamknięto tylko północną część kraju, Włosi, którzy jedynie pracowali czy studiowali w tym regionie, zaczęli masowo wracać do swoich domów rodzinnych w pozostałej części kraju i w ten sposób roznieśli wirusa. Poza tym, średnia długość życia na północy Włoch wynosi około 80 lat, wielu obywateli znajdowało się w grupie ryzyka i między innymi stąd tak wysoka śmiertelność.
Wpływ miało też na pewno to, że nie przeprowadzano wystarczającej liczby testów. Testowane były tylko osoby z grupy ryzyka.


Jak wyglądało przygotowanie włoskiej służby zdrowia do walki z pandemią?

Włochy miały szczęście, że najwięcej zrażonych było w Lombardii, ponieważ ten region słynie z dobrej opieki medycznej. Oczywiście szpitale nie były przygotowane na tak ogromną liczbę pacjentów, ale reakcja była szybka. Ośrodki opieki zdrowotnej były odpowiednio wyposażone w łóżka czy respiratory. Oczywiście w okresie szczytowym epidemii, szpitale były przepełnione. W Mediolanie od zera wybudowano nowy oddział intensywnej terapii, który wyposażono w specjalny sprzęt, ale brakowało personelu. I to był chyba największy problem. Pracownicy służby medycznej byli przemęczeni, pracowali po 10 godzin dziennie. Bardzo wielu lekarzy zostało też zarażonych. Szpitale starały się balansować liczbę lekarzy w taki sposób, by wciąż miał kto pracować, ale też żeby ci, którzy zostali zakażeni, mogli wrócić do zdrowia. Kolejnym problemem była ogromna liczba zmarłych. W szczytowym czasie epidemii zmarli z Bergamo byli transportowani przez służbę wojskową do innych miasto. Ciała palono a prochy zwracano rodzinom. Grzebanie ciał zmarłych wciąż jest zabronione.  


W kraju można zaobserwować strach i panikę?

Tak, szczególnie w tym szczytowym okresie epidemii. Włosi masowo robili także zakupy spożywcze i zapasy jedzenia. Myślę też, że ludzie bali się, nie tyle samej epidemii co jej skutków – tego jak kraj przetrwa kryzys, co się stanie z gospodarką. Poza tym, na samym początku epidemii, kiedy z dnia na dzień zakazano wychodzenia z domu, panował niepokój, bo nikt nie wiedział czego się spodziewać i jak rozwinie się sytuacja. Dla Włochów przyzwyczajonych do wychodzenia, spotykania się na mieście, samo zamknięcie w domach było ciężkie do zniesienia.


Jak włoski rząd pomaga obywatelom w czasie kryzysu ekonomicznego?

Rząd przeznaczył 155 miliardów euro na pomoc finansową dla Włochów. Przez okres marca i kwietnia każdy zatrudniony dostaje część swojej pensji. W zależności od umowy, pracownicy mogą dostać 50, 70 czy 80% swojego regularnego wynagrodzenia. Jeżeli zakładu nie stać na wypłacenie pensji pracownikom, może liczyć na pomoc od państwa. Od 26 kwietnia wprowadzono zakaz zwalniania pracowników przez następnych dziewięć tygodni. Ci, którzy stracili pracę w wyniku kryzysu, otrzymują każdego miesiąca 500 euro. Państwo zapewnia opiekę nad dziećmi dla osób, które nie mogą przestać pracować. Od 15 kwietnia osoby, które prowadzą własną działalność gospodarczą, pracownicy sezonowi, rolnicy, i zatrudnieni w turystyce, mogą się ubiegać o dofinansowanie wynoszące 600 euro. Również firmy zatrudniające poniżej dziewięciu pracowników, mogą starać się o jednorazową zapomogę w wysokości 5000 euro.


Włochy są państwem, w którym dochody z turystyki odgrywają ogromną rolę dla gospodarki. Czy są jakieś pomysły na uratowanie tego sezonu?

Włosi bardzo boją się nadchodzącego lata. Wiedzą, że będzie dramatyczne pod względem dochodów. Wciąż jednak mają nadzieję, że być może w drugiej połowie sezonu będzie można podróżować. Pojawiają się też plotki, o ewentualnym zezwoleniu na przemieszczanie się w obrębie regionu, więc przynajmniej lokalni turyści rozruszają rynek.


Jak będą wyglądać najbliższe tygodnie we Włoszech?

4 maja rozpoczęło się stopniowe odmrażanie gospodarki. Tego dnia nastąpiło też otwarcie sklepów z wyłączeniem galerii handlowych. Na czerwiec zaplanowane jest otwarcie m.in. lokali gastronomicznych, zakładów fryzjerskich, barberów. Eksperci przewidują koniec epidemii we Włoszech na czerwiec albo lipiec.


Czy to nie za wcześnie, by pozwolić ludziom wychodzić z domów? Liczby zakażonych spadają, ale aktywnych przypadków wciąż jest dużo.

Obecnie włoska gospodarka naprawdę stoi w miejscu i wielu Włochów uważa, że trzeba zacząć wracać do normalności, by kraj mógł jakoś wyjść z kryzysu. Z drugiej strony są Ci, którzy uważają, że trzeba poczekać jeszcze tydzień lub dwa, bo w przeciwnym razie nowych przypadków znów zacznie przybywać. Częściowo zgadzam się z tym argumentem, ale z drugiej strony nie sądzę, aby te dwa tygodnie były wystarczające. Jeżeli już czekać, to do momentu, gdy liczba aktywnych przypadków prawie całkiem spadnie.


Jak Włosi oceniają działania rządu w czasie epidemii?

Na pewno większość Włochów uważa, że restrykcje powinny być wprowadzone wcześniej, a zamknięcie południowej części kraju aż trzy tygodnie później było złą decyzją i jedynie pogorszyło sytuację. Z drugiej strony, nie oskarżają działań państwa bardzo surowo, ponieważ wszyscy zdają sobie sprawę, że mieliśmy do czynienia z całkiem nową sytuacją i nikt tak naprawdę nie wiedział co należy robić. Jest wiele głosów mówiących o tym, że należało robić więcej testów, a szpitale powinny być lepiej wyposażone, ale z drugiej strony Włosi wiedzieli, że państwo robi wszystko co możliwe, przy wykorzystaniu środków, które posiada. Osobiście oceniam działanie rządu pozytywnie. Cieszę się, że Włosi w tym czasie potrafili się zjednoczyć, i zarówno zwykli obywatele, jak i rządzący, działali i dalej działają ponad politycznymi podziałami.


Daniele Frigerio – Pochodzi z niewielkiego miasta Erba położonego w Lombardii. Studiuje medycynę na Uniwersytecie Mediolańskim.


fot. Michał Mitoraj


Rumunia


Jak wygląda obecna sytuacja w Rumunii?

Od 16 marca mamy stan wyjątkowy, który potrwa do 15 maja. Wychodzić można do pracy, na zakupy, z psem czy na krótki spacer w okolicy domu. Zabronione jest wychodzenie po godzinie 22.00. Wielu Rumunów nie stosuje się jednak do wprowadzonych obostrzeń, dlatego za wychodzenie grożą wysokie mandaty. W tym roku szkolnym i akademickim uczniowie i studenci nie powrócą też to do normalnego trybu zajęć. Lekcje odbywają się online i tu pojawia się problem, bo o ile uniwersytety radzą sobie z tą formą nauczania, to w wielu szkołach e-lekcje w ogóle nie są prowadzone; głównie dlatego, że nauczyciele nie potrafią opanować tego od strony technologicznej. Rodzice są więc bardzo niezadowoleni, ponieważ zdarza się, że dziecko nie miało żadnych lekcji od marca. Poza tym w Rumunii jest wiele biednych rodzin, nieposiadających dostępu do urządzeń elektronicznych.


Jak wyglądały pierwsze reakcje w Rumunii na pojawienie się koronawirusa?

Na początku epidemii można było zobaczyć dwa skrajne typy reakcji. Część Rumunów była bardzo przestraszona i popadała w panikę. Z drugiej strony byli tacy, którzy nie wierzyli w doniesienia o epidemii i uważali, że media wyolbrzymiają problem. Wielu z nas naiwnie myślało także, że wirus nie dotrze do Europy.


Rumuni popadli w panikę zakupów?

Na samym początku, jeszcze przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego, wielu Rumunów robiło wielkie zakupy i zapasy, dlatego sklepowe półki często były puste. Jednak po kilkunastu dniach sytuacja się uspokoiła i ludzie zaczęli podchodzić do zakupów bardziej racjonalnie.


Jesteście zadowoleni z działań władzy w czasie epidemii?

Jako naród mamy tendencję do ciągłego narzekania na rządzących, więc trudno nas usatysfakcjonować. Osobiście uważam, że powinniśmy robić więcej testów. Poza tym maseczki są bardzo drogie i Rumunów, którzy muszą chodzić do pracy i ich potrzebują, często na nie nie stać. Wielu obywateli oczekiwałoby jednak większego wsparcia małych przedsiębiorstw ze strony państwa. Boimy się też o stan naszej gospodarki po epidemii.


Czy są już jakieś wstępne prognozy tego, jak głęboki będzie kryzys gospodarczy?

Wydaje mi się, że obecnie trudno to przewidzieć. Jednak już teraz wiele małych przedsiębiorstw jest zmuszonych do zwalniania pracowników, a nawet całkowitego zamknięcia. Nawet te firmy, które dalej mogą prosperować, na przykład świadcząc swoje usługi online, notują ogromne straty.


Jak rumuński rząd wspomaga swoich obywateli w tym okresie?

Na czas kryzysu przedsiębiorstwa mogą odroczyć w czasie płacenie podatków. Rząd przygotował program wsparcia finansowego dla małych i średnich przedsiębiorców tak, żeby mogli wypłacać pensje swoim pracownikom i nie zwalniali ich z pracy. Ta forma pomocy nie jest jednak automatycznie zapewniona wszystkim. Właściciele firm muszą składać podania i z tego co wiem, wiele z nich nie spełnia kryteriów niezbędnych do uzyskania wsparcia.


W jakim położeniu znajduje się obecnie służba zdrowia?

Służba zdrowia przeżywa teraz szczególnie ciężki czas. Brakuje personelu; nie mamy też tak wielu szpitali, a wiele z nich jest źle wyposażonych. Najgorzej było zwłaszcza na początku, ponieważ nikt nie spodziewał się, że epidemia do nas dotrze i będzie tak szybko się rozwijać. Dodatkowo nasz rząd reagował na całą sytuację bardzo powoli. W efekcie, pracownicy szpitali nie mieli odpowiedniego sprzętu, co jeszcze bardziej narażało ich zdrowie. Dlatego wielu z nich musiało kupować sprzęt ochronny, maseczki z własnych pieniędzy.


Kiedy zaczniecie wracać do zwyczajnego trybu życia?

Do 15 maja będziemy mieć stan nadzwyczajny i od tego dnia restrykcje będą powoli znoszone. Będziemy mogli wyjść z domu w maseczkach, jednak wydaje mi się, że wielu Rumunów, o ile nie będą musieli chodzić do pracy, wciąż będzie się bało wrócić do normalnego życia z obawy przed rozprzestrzenianiem wirusa. Zwłaszcza że nasza służba zdrowia znajduje się w kiepskim stanie.


Amina Panduru – Mieszka w Bukareszcie. Na co dzień studiuje dziennikarstwo na Uniwersytecie Bukaresztańskim.

Wpisy

Studentka III roku dziennikarstwa na UW. W dziennikarstwie najbardziej fascynuje ją wywiad i reportaż, a za mistrzów gatunku uważa Ryszarda Kapuścińskiego i Orianę Fallaci, których ceni za dociekliwość i otwartość na drugiego człowieka. Pasjonatka jazdy konnej, kryminałów i dobrej kuchni.