/

Król elekcyjny


Tegoroczne nominacje do Oscarów nie obyły się bez niespodzianek. Jedną z nich było przyznanie aż siedmiu „Czarnej Panterze” – filmowi wpisującemu się w nurt kina superbohaterskiego. O ile te za najlepszą muzykę czy kostiumy nie są niczym nadzwyczajnym, o tyle nominacja w kategorii „najlepszy film” dla producenta, Kevina Feige’a, może wydać się czymś zaskakującym. Czy faktycznie jest to tak wybitne dzieło, za jakie chciałaby je uważać Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej?



„Wakanda forever!”

„Czarna Pantera” to wielokrotnie nagradzany film, którego sukces można przypisać Ryanowi Cooglerowi. Nie tylko bowiem go wyreżyserował, lecz również współtworzył do niego scenariusz. Jeśli przyjrzeć się, niezbyt bogatej na razie, filmografii reżysera, można dostrzec, że w swojej twórczości skupia się na wątkach związanych z życiem i społecznością Afroamerykanów. Na swoim koncie ma m.in. doceniony przez widzów i krytyków dramat sportowy „Creed: Narodziny legendy” wpisujący się w tę narrację. Na początku ubiegłego roku do kin zawitał kolejny jego film poruszający tę tematykę – była to właśnie „Czarna Pantera”.

Tytułowy protagonista tego kinowego widowiska swój rodowód wywodzi oczywiście z komiksów. Powołanie do życia zawdzięcza dwóm znanym w tym środowisku twórcom historii obrazkowych, czyli Stanowi Lee oraz Jackowi Kirby’emu (którym przypisuje się stworzenie takich ikon kultury popularnej jak Spider-Man czy Fantastyczna Czwórka). Czarna Pantera po raz pierwszy pojawiła się na łamach zeszytu „Fantastic Four #52” wydanego w lipcu 1966 roku przez Marvel Comics, zostając tym samym pierwszym komiksowym superbohaterem afrykańskiego pochodzenia w Stanach Zjednoczonych. Ukrywający się pod maską drapieżnego kota T’Challa to młody władca fikcyjnego, niezwykle zaawansowanego technologicznie, ukrytego afrykańskiego państwa, Wakandy. Stojąc na straży swego ludu, do walki z przestępcami wykorzystuje nadludzką siłę i szybkość, a także najnowocześniejsze zdobycze techniki. Film, który dość wiernie przenosi na srebrny ekran rzeczywistość komiksu, opowiada o rozterkach młodego monarchy, który musi pogodzić wierność starym tradycjom z chęcią niesienia pomocy rozproszonym na całym świecie członkom afroamerykańskiej społeczności. Warto wspomnieć, że historia ta stanowi część tzw. „Marvel Cinematic Universe” (MCU), czyli kinowego uniwersum powiązanych ze sobą filmów opowiadających o przygodach superbohaterów, producentem których jest Kevin Feige. Choć każdy film stanowi samodzielną, zamkniętą całość, to wątki fabularne przeplatają się między poszczególnymi tytułami i często prowadzą do „spotkań” bohaterów na ekranie. Tak też się stało w głośnym ubiegłorocznym widowisku „Avengers: Wojna bez granic”. Tam też, między innymi, pojawiła się postać Czarnej Pantery.

Film bez pazura

Fabuła „Czarnej Pantery” jest prosta. Stanowi połączenie standardowej opowieści o heroicznych wyczynach superbohatera z klasyczną historią o władcy targanego konfliktami państwa. Na widzów czeka więc zarówno wartka akcja, jak i przytłaczające dylematy moralne. Tym, co jednak na nich nie czeka, są zaskakujące zwroty akcji. Ich bowiem brak. Film jest schematyczny i przewidywalny. Wątki takie jak zdrada ze strony najbliższych, nieoczekiwani sprzymierzeńcy pod postacią dawnych wrogów, powracający do życia zaginieni krewni, czy dworskie intrygi, zamiast szokować lub choćby zaskakiwać, wywołują wyraz zniesmaczenia na twarzy, spowodowany zbytnią oczywistością sytuacji.

Z pomocą nie przychodzą tu nawet efekty specjalne, tak charakterystyczne dla kina tego typu, stojące zazwyczaj na wysokim poziomie. W przypadku filmu Ryana Cooglera także i one zawodzą. Głównie przez ich nadmiar. Podczas seansu „Czarnej Pantery” momentami widz zaczyna mieć wrażenie, że ogląda zwiastun gry komputerowej, a nie film. Ta niepokojąca tendencja do robienia efektów specjalnych „po macoszemu” jest niestety coraz powszechniejsza we wszelkiego rodzaju produkcjach sci-fi czy fantasy.

To, co docenić należy

Najmocniejszym ogniwem w tym filmowym łańcuchu jest to, za co produkcja została doceniona nominacjami do Oscarów (i nie tylko). Mowa tu o kostiumach i muzyce. Choć otaczająca bohaterów rzeczywistość wydaje się sztuczna i przesadzona, to noszone przez nich kreacje przykuwają uwagę. Jaskrawa kolorystyka czerpiąca z pełnej palety barw gwarantuje, że widz nie raz zawiesi oko na jakimś stroju.

Muzyka, podobnie jak kostiumy, również oferuje szeroką gamę, z tym że tutaj chodzi o dźwięki i brzmienia. Niekiedy dynamizują one akcję, a niekiedy podnoszą patos sytuacji. W tym aspekcie „Czarnej Panterze” nie można zbyt wiele zarzucić – w niektórych scenach muzyka tak dobrze współgra z emocjami bohaterów, że widz może poczuć ich tęsknotę, zawód czy poczucie doznanej krzywdy i przez to wzruszyć się bądź unieść słusznym gniewem.

Druga strona medalu

Filmy MCU słyną między innymi z dobrze wyważonego humoru. Żart czy komiczna scena wstawiona w odpowiednim momencie potrafi rozładować napięcie, dodając przy tym nieco kolorytu charakterom postaci. W „Czarnej Panterze” jest to kolejna rzecz, która wypada przeciętnie lub nawet słabo. Wydaje się, jak gdyby twórcy mieli problem z połączeniem humoru i patosu. Obie te rzeczy w filmie się znajdują i to dobrze, gdyż, zważywszy na konwencję, powinny. Niestety mieszanka ta, a raczej brak pomysłu na jej usystematyzowanie, obfituje w żenujące, wcześniej już wykorzystywane żarty.

Podobnie rzecz ma się z aktorstwem, które również wyróżnia „Czarną Panterę” spośród innych produkcji Marvela. Zazwyczaj bowiem to protagoniści są w tych filmach na piedestale – to niezwykle interesujące, złożone postacie, które kradną serca fanów niebagatelnym poczuciem humoru czy heroicznymi czynami. Tytułowa Czarna Pantera, grana przez Chadwicka Bosemana, ustępuje jednak miejsca antagonistom. A tych spośród innych, których doceniliby fani, w filmach MCU można policzyć na palcach jednej ręki. Zazwyczaj schematyczni i przegrywający z bohaterami w dość groteskowy sposób, w „Czarnej Panterze” potrafią przykuć uwagę, a nawet zyskać sobie sympatię widzów. Mowa tu o enigmatycznym i niezwykle niebezpiecznym Eriku Killmongerze (Michael B. Jordan) oraz przemytniku i handlarzu nielegalnym towarem Ulyssesie Klaue (Andy Serkis). Obaj nie tylko dobrze wczuli się w odgrywane, tak różne przecież, postacie, dzięki czemu ciekawie obserwowało się rozwój łączącej ich relacji, ale też nadali pewnej głębi zazwyczaj pomijanym antagonistom.

Nie z pochodzenia, lecz z nadania

Wszystkie wady „Czarnej Pantery” każą myśleć o tej produkcji co najwyżej jak o przeciętnym filmie superbohaterskim. A jeśli tak jest faktycznie, to czy można mówić, że nominacja do Oscara w kategorii „najlepszy film” jest zasłużona? Gdzie w takim razie leży jej przyczyna? Upatrywać się jej można w otoczce medialnej, w szumie, jaki pojawienie się tego filmu spowodowało. Okazał się bowiem niezwykle ważnym dziełem dla członków społeczności afroamerykańskiej. Nie tylko przez wzgląd na poruszaną tematykę, lecz także obsadę, którą w zdecydowanej większości tworzą osoby czarnoskóre, co nawet w dzisiejszych czasach jest pewnym ewenementem w kinie, zwłaszcza przy produkcjach na miliardową skalę (film zarobił bowiem na całym świecie ponad miliard dolarów). To poskutkowało medialną burzą, w której niejednokrotnie przewijał się temat rasizmu i prób podjęcia walki z tym zjawiskiem.

Najważniejsze pytanie w kontekście „Czarnej Pantery” brzmi – czy sam fakt wywołania przez film dyskusji na ważny, społeczny temat wystarczy by go docenić w, bądź co bądź, najważniejszej kategorii najbardziej prestiżowych nagród filmowych? Przypomnijmy, dzieje się tak, mimo iż film posiada liczne wady. Nominacja ta może cieszyć fanów komiksowych widowisk, choć znalazłoby się w tym nurcie kilka, a może nawet kilkanaście produkcji, które tak docenione nie zostały, a przecież również poruszały ważne problemy, a do tego były lepiej zrealizowane. Biorąc pod uwagę królewskie pochodzenie komiksowej Czarnej Pantery, wszystko to skłania do stwierdzenia, że film opowiadający o jej przygodach nie jest królem rządzącym dziś dziedzicznie, lecz z nadania. Królem elekcyjnym.



„Czarna Pantera”
Reżyseria: Ryan Coogler
Produkcja: Australia, RPA, USA, Korea Południowa 2018