/

Krytycznie o krytykanctwie, czyli kilka uwag do „Karawany kryzysu” Lindy Polman

Obraz skeeze z Pixabay


Od wielu lat przyglądam się z różnych stron zagranicznym wolontariatom w krajach rozwijających się, a kilkanaście ostatnich miesięcy pracowałam w organizacji niosącej pomoc humanitarną i rozwojową. Poznając kulisy tej branży, przeczytałam jedną z najgłośniejszych książek – niby reporterskich – krytykujących liczne patologie związane z działaniami tych, którzy nie potrafią pomagać lub chcą na pomocy zarabiać, itp. Trzeźwe krytyczne spojrzenie jest zawsze w cenie, ale „Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej” Lindy Polman bardzo mnie rozczarowała, ponieważ okazała się książką tendencyjną i pozbawioną istotnej faktografii, bez której stawiane przez autorkę zarzuty to często słowa rzucane na wiatr.


Lindzie Polman, która pomocą międzynarodową zajmuje się od lat i poruszała problemy z nią związane w licznych artykułach, znajomości tematu odmówić nie można. W książce wydawnictwa Czarne w sensacyjnej formie przybliża najbardziej jaskrawe nadużycia i fatalne w skutkach efekty niekompetencji ludzi parających się pomocą humanitarną. Wśród opisywanych przez nią pomocowych skandali znalazły się m.in. sytuacja tuż po ludobójstwie w Rwandzie, odrywanie od matek dzieci, które z rodzimego Sierra Leone trafiały do „nowych rodzin” w USA, (anty)pomoc medyczna udzielana przez niewykwalifikowany personel w Afryce, syndrom „białego zbawcy” czy medialny show tworzony kosztem ludzkich tragedii. Kwestie niewątpliwie ważkie i warte pochylenia się nad nimi. Ale opisane w zbyt skandalizujący sposób, aby można było uznać „Karawanę kryzysu” za ciekawy i wiele wnoszący głos w dyskusji o pomocy, współpracy i międzynarodowej solidarności. A taka dyskusja – wbrew opiniom, które przeczytałam w znalezionych w Internecie recenzjach książki – toczy się na wielu płaszczyznach zarówno w Polsce, jak i na świecie (na naszym rodzimym gruncie działania na rzecz etycznej komunikacji i pomocy oraz procesów globalnych podejmują chociażby Instytut Globalnej Odpowiedzialności, Fundacja Go’n’Act czy RATS Agency).


W związku z licznymi nieporozumieniami w interpretacji „Karawany kryzysu” oraz na podstawie przemyśleń wyniesionych nie tylko z lektury, lecz także z własnych zawodowych doświadczeń, postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze do recepcji tej książki. Nie odnoszę się do całej pracy Lindy Polman, która w wielu miejscach słusznie wytyka niedociągnięcia pomocy humanitarnej, co było nagłaśniane przez jej zwolenników. Ja postanowiłam wybrać te fragmenty i wątki, które z dziennikarskiego, branżowego i ludzkiego punktu widzenia mnie rozczarowały.


Martwi nie pomagają

„Pensje wypłacane co miesiąc, dniówki oraz dodatki za trudne warunki pracy sprawiają, że praca w nobliwej branży pomocy humanitarnej jest nader atrakcyjna. Restauracje, boiska do squasha i tenisa oraz pola golfowe, mieszczące się w różnych przestrzeniach humanitarnych, często zostają odbudowane wcześniej niż doszczętnie zbombardowane szkoły i szpitale”.


Tak pisze Polman o realiach pomocy humanitarnej w Sierra Leona. Marnotrawstwo pieniędzy na luksusy pracowników oczywiście razi w oczy, zwłaszcza w kontraście do zniszczonego kraju, dlatego problemowi należy się przyjrzeć. Nie jest to jednak łatwe, ponieważ w „Karawanie kryzysu” brakuje istotnych szczegółów. Podobno niektóre szpitale są odbudowane szybciej, ale nie wiemy przez kogo – organizacje pomocowe czy prywatnych inwestorów? Nie wiemy też, jakie stoją za tym środki finansowe. Brakuje również informacji, czy w opisywanej okolicy było alternatywne miejsce, w którym przedstawiciele organizacji pomocowych mogliby zamieszkać w przyzwoitych i przede wszystkim bezpiecznych warunkach. Nie ma żadnego konkretu na temat tego, ile pieniędzy zostało zmarnotrawione ani jaki procent całego budżetu, który przeznaczony był na pomoc, pochłonęły koszty operacyjne (loty, pensje, zakwaterowanie, administracja)?


Oprócz tych szczegółów Polman pominęła także inne aspekty pracy w pomocy humanitarnej – choćby to, że pracownicy na misjach muszą dostosować się do procedur bezpieczeństwa, ponieważ biali przybysze są tam szczególnie narażeni (przykłady można by mnożyć, wystarczy wspomnieć napad na hotel Terrain w Sudanie Południowym, gdzie zostały zgwałcone wszystkie mieszkające tam pracownice humanitarne, czy atak bombowy na siedzibę ONZ w Bagdadzie w 2003 roku). Nie wiem, jak dokładnie wyglądał hotel w Sierra Leone, o którym pisze autorka książki, ale bardzo często w krajach, do których udają się misje humanitarne, pracownicy zamieszkują najlepsze hotele w okolicy, bo właśnie one są najlepiej chronione, a ich goście po powrocie z pracy o godz. 18:00 mają zakaz opuszczania obiektu na własną rękę. Najdroższe hotele mają najlepsze warunki sanitarne, co jest bardzo ważne dla nieodpornych na lokalne choroby przybyszów z Zachodu. Często są to także jedyne miejsca, w których nie ma dłuższych przerw w dostawie prądu.


Pracownicy organizacji humanitarnych mieszkają w tych hotelach tygodniami, a nawet miesiącami zamknięci i skazani jedynie na towarzystwo tych samych współpracowników, z dala od przyjaciół i rodzin. Za dnia pracują w odmiennych warunkach klimatycznych i kulturowych, oglądają ludzkie cierpienie. Tak wygląda życie przed partyjką golfa i drinkiem w barze wieczorem. Niestety, w książce o tym nie wspomniano. Mało tego, podskórnie można wyczuć sugestię, że pracownicy organizacji pomocowych powinni wręcz spać w obozie dla uchodźców razem z tymi, którym pomagają, a nie pławić się wieczorami w „luksusach”. Na pewno byłoby taniej. Ale czy skuteczniej? Chorych jest tam już w nadmiarze, kolejni im nie pomogą.


I nie jest to jedyny przypadek jednostronnego przedstawiania organizacji pomocowych i braku szczegółowych analiz ich pracy w rzekomych rajach na kartach „Karawany kryzysu”. W jednym z rozdziałów Polman pisze o barach, w których pracownicy organizacji humanitarnych zabawiają się z nieletnimi prostytutkami. Stawiając tak poważne oskarżenia, jak wykorzystywanie nieletnich, autorka nie pokusiła się jednak o nazwę lokalu, organizacji czy choćby jedno nazwisko. Niestety, prawdziwa demaskacja wymaga odwagi wskazywania winnych. W innym przypadku – jak u Lindy Polman – prowadzi to do krzywdzącej generalizacji, zamiast do ukrócenia tego procederu i pociągnięcia winnych do odpowiedzialności.


Kto ma mówić i jak ma mówić?

„Richard Dowden pisał w tygodniku „The Economist”: Dawniej takie organizacje jak Czerwony Krzyż były zbyt wyniosłe, żeby rozmawiać z dziennikarzami. Na początku lat osiemdziesiątych Czerwony Krzyż w Bejrucie dał mi do zrozumienia, że jeśli chcę dowiedzieć się, czym zajmują się w Libanie, muszę zadzwonić od ich oddziału w Genewie. Zmieniło się to pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy pomoc stała się przemysłem. Różne organizacje przyjęły wówczas do pracy atrakcyjne młode dziewczyny i zrobiły je swoimi rzeczniczkami prasowymi”.


Linda Polman przytacza ten cytat jako obraz pracy medialnej organizacji pomocowych. A ja jestem kompletnie skołowana, bo nie wiem, czy jej zdaniem powinno się rozmawiać z mediami i tłumaczyć, co i gdzie się dzieje, czy nie powinno się tego robić? A jeśli powinno się, to kto ma to robić? Bo domyślam się (choć nie został podany żaden przykład ani dowód), że zdaniem autorki atrakcyjne młode dziewczyny są z natury niekompetentne i powinny zostać zastąpione (przez nieatrakcyjne kobiety? A może przez mężczyzn?).


Czytając dalej malowany przez Polman obraz światowego dziennikarstwa, byłam coraz bardziej zagubiona. Otóż okazuje się, że z jednej strony istnieje pęd mediów do „zaliczania” kolejnych katastrof. Niewiele później można jednak przeczytać, że z drugiej strony media znudziły się już kolejnymi głodnymi oraz uchodźcami i jeśli nie jest to absolutny news, to niechętnie donoszą o tym widzom i czytelnikom. Co więcej, nie są też skore wysyłać do obozów uchodźczych swoich dziennikarzy, bo to dla redakcji niemały wydatek. A raporty publikowane przez organizacje pomocowe nie cieszą się zbyt dużą popularnością. Dlatego organizacje te wchodzą we współpracę z mediami – zabierają dziennikarzy na miejsca katastrof i pomagają im przygotować materiały, w różnym stopniu finansując im wyjazdy. To rozwiązanie również się autorce nie podoba, ponieważ jej zdaniem dziennikarze przestają być obiektywni i starają się jedynie zadowolić sponsora wyjazdu. Mało tego, nie operują przede wszystkim liczbami, które pokazują skalę problemu, lecz pokazują tzw. ludzkie historie, które przemawiają do wyobraźni widzów i czytelników. Donoszą o najciężej poszkodowanych ofiarach lub bohaterach trudnej codzienności, co ułatwia później zbiórkę pieniędzy na pomoc w regionie. Jednocześnie nie jest to jednak najbardziej wiarygodna relacja z miejsca dotkniętego kryzysem humanitarnym, lecz jego najbardziej jaskrawa i egzotyczna wersja. Linda Polman zarzuca dziennikarzom i organizacjom pomocowym, że w ten sposób prezentują odbiorcom nieadekwatny obraz świata. Nie zwraca jednak uwagi na to, że przedstawianie bądź co bądź nudnej codzienności obozów uchodźczych nie budzi zainteresowania szerokiej globalnej publiczności i nie pozwala zebrać środków, by nieść pomoc potrzebującym. W ten sposób krąg się zamyka.


Linda Polman przyjmuje postawę krytykancką, a nie krytyczną – krytykuje bowiem wszystko, lecz nie proponuje żadnych sensownych rozwiązań sytuacji. Warto się jednak zastanowić, czy media i organizacje pomocowe rzeczywiście czerpią satysfakcję z pokazywania spłyconej, powierzchownej wersji rzeczywistości. Czyżby pracownicy tych instytucji naprawdę pragnęli jedynie omamić odbiorców? I czy aby przypadkiem obecna kondycja mediów i wiarygodności informacji nie jest problemem o wiele bardziej złożonym, niż przedstawia to autorka „Karawany kryzysu”?


Czytelnik książki powinien też wiedzieć, że poza mainstreamowymi mediami istnieją jednak źródła rzetelnej wiedzy. Także o tzw. przemyśle humanitarnym. Choćby „The New Humanitarian” (wcześniej IRIN News), który traktuje o najpoważniejszych kryzysach i bierze pod lupę działalność organizacji, ich problemy, wypaczenia, by zaprosić do dyskusji i poszukiwania rozwiązań. Natomiast w Polsce niezależnym i pogłębionym dziennikarstwem zagranicznym zajmuje się m.in. Outriders.


Czemu służy krytyka?

Mimo pewnych niedociągnięć „Karawana kryzysu” to niewątpliwie ważna, potrzebna i otwierająca oczy lektura. O tym, jak etycznie pomagać oraz jak z szacunkiem mówić o drugim człowieku wciąż rozmawia się bowiem za mało. Nie kwestionuję prawdziwości przedstawionych przez autorkę zdarzeń i sytuacji, choć niektóre z nich aż proszą się o przywołanie konkretów czy nazwisk. Większy problem stanowi jednak dla mnie to, że książka Polman jest skandalizująca, nieobiektywna i zwyczajnie niesprawiedliwa. Wytyka błędy i krytykuje właściwie wszystko: wielkie międzynarodowe organizacje i te małe; zarówno takie, które w miejscu kryzysu zostają na dłużej, jak i te, które znikają zaraz po zrealizowaniu swojego projektu; tzw. „działaczy w sandałach” oraz pracowników w garniturach; tych, którzy rozmawiają z prasą, jak również tych, którzy nie współpracują z mediami; dziennikarzy zainteresowanych tematyką, jak i tych, którzy się nią nie interesują.


W „Karawanie kryzysu” autorka nie przedstawia żadnych pozytywnych skutków działań organizacji pomocowych, co dla laika może oznaczać, że ich nie ma. Nie pisze, jaki procent wszystkich działań pomocowych stanowią te niewątpliwie szkodliwe. Obok dobrze udokumentowanych historii chybionej pomocy pojawia się zatrważająco dużo ogólników, generalizacji i oskarżeń rzucanych w próżnię. W efekcie można wręcz odnieść wrażenie, że tak, jak zostało to opisane, postępują wszyscy.


Pani Polman chciałabym zadać, pytanie: jaki efekt jej zdaniem miała przynieść ta publikacja? Czy te 250 stron podłości, niekompetencji, zmarnowanych datków, głupoty ofiarodawców, nieetycznej komunikacji, wytkania palcem błędów dziennikarzy, rzeczników prasowych i wielu innych sprawi, że sytuacja się poprawi? Szczerze wątpię.


Zadaniem, jakie mogła postawić sobie autorka, mogłoby być lepsze wytłumaczenie zawiłych działań pomocy humanitarnej oraz dylematów etycznych i politycznych, przed którymi stają organizacje pomocowe (sytuacja polityczna, dyplomacja, bezpieczeństwo na miejscu, chęć lokalnych rządów do współpracy lub jej brak, koszty transportu, infrastruktura i wiele innych czynników, które wpływają na jakość i skuteczność niesionej pomocy). Życzyłabym sobie, żeby pisanie o pomocy nieudanej miało służyć jako przykład, który w przyszłości pozwoli zapobiec podobnym niedopatrzeniom.


Odniosłam jednak wrażenie, że autorce bardziej zależało na tym, żeby jeszcze raz wyciągnąć na światło dzienne najgorsze skandale, wywołać burzę i… tyle. To bardzo egoistyczne i szkodliwe podejście, bowiem uderza nie w tych, którzy swoje błędy już popełnili, lecz w tych, którzy wciąż pracują i chcą pracować w pomocy humanitarnej. Taka publikacja przeczytana przez laika niewątpliwie pogłębia brak zaufania do instytucji, które i tak często są atakowane i mierzą się z przekonaniem, że za pomaganie nie powinno się brać pieniędzy, bo to trochę wolontariat, trochę wakacje, a trochę przygoda. Trudno mi też zgodzić się z autorką, że pomoc humanitarna to tylko przemysł czy dobrze płatna wycieczka. To przede wszystkim praca – trudna i odpowiedzialna. Wykonują ją ludzie, którzy mimo dobrych zamiarów nierzadko popełniają błędy. Nie wolno nad nimi przechodzić obojętnie. Trzeba o nich mówić, analizować je, ostrzegać innych. Tylko czy niekonstruktywne, malujące rzeczywistość w czarnych barwach i nie dające żadnych rozwiązań krytykanctwo naprawdę temu służy?