Krzysztof Mroziewicz: Orgazm po indyjsku

[spider_facebook id=”2″]

 

– To, co interesujące, umieściłem w książce, a to, czego nie mogłem, napiszę za 25 lat. Ambasador zna bowiem trzy kategorie informacji: te, o których musi zapomnieć od razu; te, które będzie mógł sobie przypomnieć za 25 lat; i te, które wolno mu pamiętać zawsze, ale one zwykle nikogo nie interesują – o dyplomacji, reportażu i nowej książce „Pastwisko świętych byków” z Krzysztofem Mroziewiczem rozmawia Klaudia Kryńska.

 

Spotkanie z Krzysztofem MroziewiczemKrzysztof Mroziewicz był w przeszłości korespondent Polskiej Agencji Prasowej, a także ambasadorem w Indiach, Sri Lance i Nepalu (fot. Weronika Rzeżutka)

 

Czy w pracy ambasadora wykorzystywał pan swoje doświadczenie korespondenta prasowego?

Wielokrotnie. Zanim objąłem to stanowisko, przez 10 lat pracowałem w Indiach jako korespondent PAP i przez ten czas udało mi się skupić wokół siebie grono przyjaciół. Wśród nich znaleźli się, na przykład, były szef wywiadu wojskowego Indii czy osobisty sekretarz Sonii Gandhi. Wszyscy oni przychodzili do mnie w sprawach towarzyskich, był alkohol, muzyka. I wtedy pozyskiwałem takie informacje, do których moi koledzy nie mieli dostępu… Oprócz tych kontaktów wykorzystywałem również wiedzę zdobytą w poprzedniej pracy. Kiedy byłem korespondentem w Afganistanie, opisywałem sowietyzację tego kraju, wydałem nawet książkę na ten temat, „Kabul w trakcie postu”. I w 1998 roku w rozmowie z ambasadorem afgańskim, bliskim współpracownikiem Ahmada Szah Masuda, cytowałem mu jej fragmenty. Mówiłem miedzy innymi o tym, kto zdecydował o wejściu wojsk radzieckich na tereny Afganistanu, co z punktu widzenia tamtejszej opozycji miało dość duże znaczenie. On, w ramach wymiany informacji, powiedział mi, gdzie poprzedniego dnia przebywał Osama bin Laden. A ja przekazałem tę informację ambasadorowi amerykańskiemu.

 

„Praca w ambasadzie nie polega tylko na sączeniu whisky z brudnej szklanki, z lodem z trotuaru i amebą” – to cytat z pana najnowszej książki. Na czym więc polega bycie dyplomatą?

O wielu rzeczach nie mogę mówić, bo dotyczą eksportu międzynarodowego, podpisywania kontraktów, ale praca dyplomaty może być bardzo satysfakcjonująca, jeśli chodzi o promowanie kultury krajowej. Na przykład pod koniec mojego pobytu w Indiach wymyśliłem i zorganizowałem Festiwal Kultury Polskiej. Głównie z powodu moich asocjacji ze światem sztuki, które sięgają czasów, gdy byłem aktorem teatru Hybrydy, a potem kierownikiem działu kultury w tygodniku „itd”. I wszystkich moich kolegów, których poznałem w tym czasie, zacząłem ściągać do Delhi. Poza tym, nawet gdy udało mi się wydrukować znaczek z Chopinem, to byłem zadowolony. Mimo że problemy pojawiły się już na początku, bo przyniesiono mi projekt z Chopinem grającym na skrzypcach… Także moja ówczesna żona zyskała na posiadaniu paszportu politycznego. Zrealizowała chociażby krótki wywiad z dalajlamą, co byłoby niemożliwe, gdyby nie moje stanowisko.

 

A co było w pana pracy najtrudniejsze?

Kontrola finansowa. Podam pewien przykład. Otóż każdy ambasador miał reprezentacyjny samochód – wtedy wszystkie kraje byłego bloku wschodniego kupiły swoim ambasadom volvo. O ile szwedzkie samochody świetnie sprawdzają się na mrozie, o tyle nie nadają się do tropików. W związku z tym w moim samochodzie przy 49 stopniach na zewnątrz klimatyzacja zaczynała działać jak ogrzewanie i w środku było jak w czołgu na pustyni. Wsadziłem więc kiedyś do tego auta kierownika administracyjnego i kazałem kierowcy wozić go po mieście przez pół godziny. Kierownik wysiadł ugotowany i natychmiast zaczął szukać samochodu z normalnym klimatyzatorem. Trafiła nam się niebywała okazja, bo Niemcy, którzy akurat kończyli w Indiach targi samochodowe, postanowili sprzedać jedno ze swoich BMW za 17 tysięcy, co stanowiło jedną trzecią ceny. Jednak Ministerstwo nie wyraziło na to zgody i poleciło kupić mercedesa, który, choć mniej luksusowy, okazał się dużo droższy. Mimo poleceń z Polski kupiłem to BMW, ale informacja o tym wyciekła prywatnymi kanałami z MSZ do jakiegoś tabloidu. Napisano, że pławię się w luksusie, nie szanuję pieniędzy itd., itd. A prawda była taka, że kierowca ambasadora tureckiego zarabiał więcej ode mnie.

 

korespondent„Czy dziennikarstwo da się polubić?” pyta Krzysztof Mroziewicz w swojej poprzedniej książce „Korespondent czyli jak opisać pełzający koniec świata”

 

Dlaczego „Pastwisko świętych byków” ma tyle sposobów narracji?

Bo Indie są tak rozmaite. Do każdego planu trzeba użyć odpowiedniego języka. „Cokolwiek właściwego powiesz o Indiach, pamiętaj, że teza przeciwna też jest poprawna”– te słowa Amartyi Sena, laureata nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii w 1998 roku, wykorzystałem tu jako motto. Wobec tego różne, czasem zupełnie nieprzystające do siebie narracje są uzasadnione. W Indiach istnieją wszystkie systemy polityczne: od feudalizmu i niewolnictwa po posttechnologiczny. Zamieszano to chochlą w dużym kotle i nazwano socjaldemokracją w warunkach Trzeciego Świata albo największą demokracją na świecie, głównie z uwagi na liczbę osób uprawnionych do głosowania. Mimo to Indie to tak naprawdę „największa anarchia na świecie”. Tak przynajmniej nazywał je John Kenneth Galbraith, słynny amerykański ekonomista, odznaczony za umacnianie więzi pomiędzy Indiami i USA. Myślę więc, że do opisania, ale i zrozumienia takiego stanu rzeczy nie wystarczy ani esej, ani reportaż. Poza tym wpływ na wybór formy miało również moje ambasadorskie doświadczenie i dziś nie byłbym już w stanie napisać „Ucieczki do Indii” – zbioru klasycznych reportaży. Jest we mnie chęć analizowania, prognozowania. A do trafnej prognozy potrzebny jest różnorodny materiał i różne sposoby opisu. Chociaż pewnie zawarłem tam za dużo refleksji… przy rozdziale o buddyzmie zapewne pani zasnęła.

 

Nie, ale rzeczywiście bardziej zainteresował mnie rozdział o yoni…

Tam akurat napisałem expressis verbis:„Bronię obywatelstwa pizdeczki w literaturze, bo to jest bardzo piękna część ciała“ i nie ma powodu, poza umową społeczną, by uważać, że jest to plugawe. Ale przez Kościół, mieszczaństwo i innych tego typu kaprali uważa się właśnie, że to wszystko jest wstydliwe, ponure, że nie może sprawiać żadnej satysfakcji. Tu Kościół katolicki upodobnił się trochę do hinduizmu, gdzie przyjemność zarezerwowana jest dla mężczyzny. W Indiach wierzy się absurdalnie, że jeśli kobieta przeżywa orgazm, to skutkiem tego będzie dziewczynka. A dziewczynka to, jak wiadomo, nieszczęście.

 

Krzysztof Mroziewicz„Pastwisko świętych byków” to trzecia książka Krzysztofa Mroziewicza poświęcona Indiom. Poprzednie to „Ucieczka do Indii” i „Ćakra, czyli kołowa historii Indii”
(fot. Weronika Rzeżutka)

 

Co zaskakuje pana w Indiach najbardziej?

Szybki rozwój. Szybszy, niż się tego spodziewałem. Kiedy wyjeżdżałem z Indii w 2001 roku, to z Delhi do Agry jechało się dziurawą, całkiem zresztą niebezpieczną drogą, mijając same pola – teraz między Delhi a Agrą jest miasto; w centrum Delhi komunikacja była tradycyjna: riksze i autobusy, a teraz jest metro. Bombaj, który miał wtedy 24 miliony mieszkańców, dziś ma ich140 milionów.

 

Z czego to wynika?

Z rozwoju Chin. To one narzucają tempo w tamtej części świata. Z punktu widzenia interesów indyjskich sytuacja w USA czy Europie nie ma tak dużego znaczenia. Dopóki Chiny były komunistyczną autarkią – Indie spały. Odkąd odnotowano rozwój Chin, Indie także zaczęły się zmieniać, i to bardzo dynamicznie. Teraz zauważamy pewien zastój, ale nowy premier, Narendra Modi, zarządza państwem jak korporacją, wiec pewnie wydusi z niego ponowny skok gospodarczy.

 

Brud i sati – dwa najczęściej pojawiające się w pana książkach, szokujące aspekty.

To prawda, chociaż dla mnie to nie jest szokujące. Rytuał palenia wdów na stosie wraz z ciałami ich mężów znajdował uzasadnienie w czasach podbojów muzułmańskich. Wtedy wdowy uciekały na stos, kładły się obok zabitych mężów z obawy przed gwałtem. Dziś wszyscy uważamy sati za okrutne praktyki, których zabrania nawet konstytucja. Tylko co z tego? Konstytucja zabrania też kast i nakazuje chodzenie do szkoły, a jak wspominałem, Indie to anarchia. Jeśli zaś chodzi o brud, to cała Azja taka jest. Indie, Chiny…

 Krzysztof Mroziewicz– Potrzebowałem kilku miesięcy, żeby zacząć powoli rozumieć ten kraj – mówi o Indiach Krzysztof Mroziewicz (fot. Weronika Rzeżutka)

 

Kapuściński miał na ten temat inne zdanie. W „Podróżach z Herodotem” przedstawia te kraje jako kompletne przeciwieństwa, dwa różne oblicza Azji…

Ale Kapuściński był w Chinach tylko raz, w dodatku to była jego pierwsza zagraniczna podróż. Nie mógł więc poznać ich dobrze, a już na pewno nie znał tych Chin, o których piszę ja. Tak samo zabrudzonych i chaotycznych jak Indie. Jeśli na Placu Niebiańskiego Spokoju zgubi się tłumaczkę, to później nie ma jej po co szukać. Takich rzeczy Kapuściński nie widział, bo z racji ówczesnego systemu widzieć nie mógł. I choć wcześniej nie znałem Azji zbyt dobrze, to przyjechałem tam przecież z Ameryki Łacińskiej, która cała, poza Hawaną, jest brudna i tym przypomina Indie. Natomiast najbardziej szokujące w Indiach było dla mnie to, że niczego nie rozumiem. Działy się różne rzeczy, a ja nie wiedziałem, czy są ważne czy nie. Potrzebowałem kilku miesięcy, żeby zacząć powoli rozumieć ten kraj. To prawda, że co pokolenie odzywa się fascynacja Indiami. Tyle tylko, że ten zachwyt młodych ludzi jest wynikiem niezrozumienia, rozczarowania. I by to rozczarowanie i niezrozumienie jakoś przykryć, zaczynają udawać głęboką fascynację. Czasem wygląda to wręcz idiotycznie, jak w przypadku francuskiego aktora Alaina Daniélou, który uczy Hindusów hinduizmu. Człowiek w Indiach przypomina palec zanurzony w naczyniu z rtęcią – niby w środku, ale nie do końca. Proszę sobie wyobrazić, że ja przez 10 lat pobytu w tym kraju nie widziałem żadnej Hinduski nago.

 

Czy w takim razie, po tylu latach, rozumie pan Indie?

Teraz już tak, bo wiem, jak wygląda tam rozebrana kobieta.

 

Czytaj także:
relację ze spotkania promującego książkę „Pastwisko świętych byków”,
recenzję poprzedniej książki Krzysztof Mroziewicza „Korespondent czyli jak opisać pełzający koniec świata”.