Centrum Kapuścińskiego

Boimy się mówić o tym, jacy jesteśmy, bo wystarczy nam tylko to, że jesteśmy Polakami. Tak więc stosunek do przeszłości u nas jest stosunkiem bez przerwy symbolicznym – mówi Jarosław Mikołajewski, poeta, dziennikarz, reporter, tłumacz. Opowiada też o swoim stosunku do kwestii uchodźców, Kościoła katolickiego i o charakterze Polaków.

 

Jarosław Mikołajewski był gościem III Festiwalu Natura-Kultura-Media im. Ryszarda Kapuścińskiego. Fot. Archiwum

 

Był Pan dyrektorem Instytut Polskiego w Rzymie przez 6 lat. Czy Włosi znali Ryszarda Kapuścińskiego?

Nie tylko znali, ale i bardzo cenili. Ale Kapuściński był w Instytucie ważny nie tylko ze względu na swoje dziennikarstwo. Dzięki niemu Włosi poznawali polską poezję. Organizowaliśmy spotkania, podczas których mówił o poezji polskiej, o swoich ukochanych poetach. Na przykład dzięki Kapuścińskiemu Włosi poznali Czesława Miłosza.

 

Po zakończeniu pracy w Instytucie nadal zajmował się Pan Italią. Efektem jest m.in. książka „Wielki przypływ”.

Zacząłem pisać reportaż o Lampedusie, bo widziałem dramatyczny kontrast między tym, co pokazywały telewizja włoska i polska. Prawie codziennie we włoskich dziennikach pojawiały się relacje o kolejnych łodziach, które dopłynęły do brzegów Italii, tymczasem w Polsce kompletnie nic na ten temat się w mediach nie pojawiało. Włosi codziennie muszą patrzeć na dziesiątki zwłok, podczas gdy my nie zdajemy sobie kompletnie z tego sprawy.

 

Ale w tej książce nie pisze Pan o uchodźcach, ale o ludziach im pomagającym…

Wydało mi się, że tu istnieje wiele rzeczy do odkrycia. Mieszkańcy Lampedusy, która jest maleńką wyspą, są chrześcijanami. Powiedzieli mi rzeczy najprostsze: „Na obrazach świętych Matka Boska ma wygląd kobiety w chuście, przytulającej dziecko. Kiedy codziennie widzimy kobiety, wysiadające z łodzi z małymi dziećmi, wydaje nam się, że to Matki Boskie zeszły do nas z obrazów”. Ci ludzie nie mają problemu z utożsamianiem Matki Boskiej, Jezusa z uchodźcami. To się rodzi z doświadczenia. Kiedy ksiądz na kazaniu pyta zebranych Lampedusańczyków „Co musiałoby się stać, abyście opuścili swoje domy?”, ludzie zaczynają płakać, wyobrażając sobie swoje tragedie. Następuje utożsamienie, jak gdyby do naczyń ich ciał zostało wlane cudze doświadczenie.

 

Czyżbyśmy my – Polacy – zatarli w pamięci nasze doświadczenia? A może ich nie mamy?

Raczej od nich odchodzimy. W Muzeum Literatury znajduje się kuferek, w który został wyposażony Adam Mickiewicz, kiedy wyjeżdżał z Nowogródka, potem do Wilna, do Rosji. Nigdy nie wrócił do domu, a kuferek cały czas był z nim. Największy, a na pewno najbardziej znany polski poeta był po prostu uchodźcą. Jeżeli nasi przodkowie byli uchodźcami, to dlaczego nie żyjemy w poczuciu wdzięczności dla tych, którzy ich przyjęli i nie mamy poczucia powinności przez fakt, że tamtych nikt nie wyrzucił? Kiedy papież Jan Paweł II wyjeżdżał z Polski, na zakończenie każdej pielgrzymki śpiewał „Góralu, czy ci nie żal”. Ten góral, co „dla chleba Panie, dla chleba, ojczyznę porzucić trzeba”, nie jest uchodźcą, a emigrantem ekonomicznym. Tymczasem u nas wszystkie ugrupowania mniej więcej zgadzają się w jednym – uchodźców teoretycznie przyjmiemy, ale na pewno nie emigrantów ekonomicznych. A przecież emigranci ekonomiczni to są te dzieci, które umierają z wydętymi brzuszkami.

 

W „Wielkim przypływie” profesor Fragapane mówi, że nie wierzy w zjednoczoną Europę, bo lekceważymy historię i naszą przeszłość. Antonio Taranto twierdzi, iż Włosi mają „skłonność do przekreślania przeszłości”. Czy uważa Pan, że w Polsce robimy to samo?

 

Te dwie postacie odnosiły się do dziedzictwa chłopskiego. W Polsce też wiele osób wstydzi się tego, że pochodzą ze wsi, mają inny akcent, maniery, starają się przekreślić te wiejskie więzi. Na Lampedusie ci, którzy chodzą na bosaka, chcieliby swoim dzieciom stworzyć świat, jakby nigdy nie istniała bieda w ich rodzinie. To inna rzecz, bo my mamy symboliczny stosunek do historii – czujemy się spadkobiercami najchlubniejszej wizji przeszłości, nie bardzo rozumiejąc, że sami ją współtworzymy. Co z tego, że nasi przodkowie walczyli, żyli w powstaniu, skoro my nie jesteśmy skłonni do minimalnej ofiarności. Nie czujemy, że przeszłość jest zobowiązaniem do postawy, a jednocześnie chcielibyśmy, żeby cały świat podziwiał nas za naszą historię. To, co nas obecnie łączy, to brak doświadczeń i nieodnoszenie się do nich oraz wymiar symboliczny, w którym bez przerwy żyjemy. Symbole są w porządku, ale trudno je zdefiniować. Rzucamy tymi symbolami i nie bardzo wiemy, co one znaczą – żyjemy w symbolicznej rzeczywistości.

 

Co oznacza takie życie w symbolicznej rzeczywistości?

Boimy się mówić o tym, jacy jesteśmy, bo wystarczy nam tylko to, że jesteśmy Polakami. Tak więc stosunek do przeszłości u nas jest stosunkiem bez przerwy symbolicznym. Nie mam nic przeciwko, aby każdy kultywował historię, ale bardzo mało wiemy o niezależności. Zapomnieliśmy, że najpierw jesteśmy ludźmi, obywatelami świata, a dopiero później Polakami. Uważamy, że najważniejsze to być Polakiem. Bez przerwy żyjemy przywiązaniem do pustych symboli, które w pewnym momencie nas zdradzają, odchodzą, tracą swoje znaczenie. Dla mnie to, co dzieje się teraz z Kościołem Katolickim jest wielkim rozczarowaniem, bo bardzo ufałem, że było to miejsce, gdzie realizowałem własną wolność. W tym momencie widzę, z jakim trudem przychodzi głoszenie i spełnianie wartości Ewangelii. Do tego dochodzi jeszcze brak spontaniczności, radości. Należałoby zdać sobie sprawę, czy przypadkiem życie moralne to nie jest zderzenie etosu z patosem. Jesteśmy w etosie, żyjemy według systemu wartości i nagle coś się dzieje, a nam brak tej spontaniczności i musimy się podporządkować. Kapuściński mówił mi „czy wiesz dlaczego wszyscy myślą, że Szymborska jest Żydówką? Bo nikt nie wierzy, że możemy mieć tak zdolną poetkę”. Chcielibyśmy pewnego utwierdzenia, że jesteśmy sponiewierani i nie dość docenieni, jednocześnie wypieramy całą naszą ciemną stronę i tak wierzgamy się, mając potrzebę odczuwania dumy.

 

 

Czy Włosi zachowują się podobnie?

Jesteśmy wszyscy wychowani w kulturze klasycznej. Powtarzaliśmy, że nie należymy do porządku jałtańskiego, tylko do kultury śródziemnomorskiej. Tylko nie spotykamy się w tych samych szyldach. Wydaje mi się, że my za mało poważnie traktowaliśmy kulturę. Wyszydziliśmy poprawność kulturową i polityczną, wyśmiewaliśmy grzeczności, czyli powstrzymywanie na wodzy swoich słów i czynów. Okazuje się, że kiedy zdjęto nam kneble, nie tłumimy w sobie już najgorszych słów. We Włoszech dochodzi do podobnych rzeczy. Jednak to, czego im najbardziej zazdroszczę to weryfikacja własnej tożsamości – jak jestem chrześcijaninem, to powinienem pewne rzeczy robić. We Włoszech ustalono w ten sposób wspólne minimum, poniżej którego nie da się zejść – ratujemy umierających. Wiedzą o tym, że muszą bronić słabszych. Myśmy nie ustalili takiego minimum.

 

Sądzi Pan, że taką pyszałkowatość można zmienić?

Myślę, że to kwestia jednego dobrego wzorca. Musi pojawić się ktoś, kto pokaże, że można inaczej, że można wyciągnąć rękę i zobaczyć jego wdzięczność. Ale co zrobić w sytuacji, kiedy nie mamy autorytetów? Dla większości ludzi w Polsce autorytetem jest Kościół. Dopóki tam będą słyszeli listy biskupów, które zniechęcają do doświadczania nic się nie zmieni. Bez doświadczenia, nawet negatywnego, nie nauczymy się niczego. A takie negatywne doświadczenie może pozwolić na wypracowanie kompromisu, zwłaszcza w sytuacjach nieuchronnych. Nie można wiecznie uciekać od sytuacji konfliktowych, zamykać się na otoczenie. Jedyna rzecz, jaką możemy zrobić, to przygotowywać własną kulturę na przyjęcie tych ludzi, na współżycie. Nad tym powinna toczyć się debata, która przyniesie nam w końcu jakąś zgodę. Na przykład taką jak we Włoszech: ratować ludzi tonących, nie myśląc o tym, co potem.

 

Joanna Paciorek

Zobacz też:
Potrząsanie akwarium

Potrząsanie akwarium

"Zawsze wiedział, że interesuje go tylko dokument" - sylwetka Marcela...
Chińskie duchy jedzą ananasy

Chińskie duchy jedzą ananasy

"Chińska herbata i tradycyjne pao na śniadanie, po południu zwiedzanie...
Misterium ciała

Misterium ciała

"Pamiętam dokładnie swoją pierwszą sekcję zwłok"

Name required

Website