Literatura faktu, która porusza. Nasze zestawienie

[spider_facebook id=”2″]

 

23 kwietnia obchodzimy Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich. Z tej okazji postanowiliśmy napisać o tych pozycjach z literatury faktu, które zrobiły na nas szczególne wrażenie. Wybory niektórych członków redakcji mogą zaskoczyć. Pominęliśmy twórczość Ryszarda Kapuścińskiego, bo takie zestawienie już przygotowaliśmy.

 

Czytanie2Światowy Dzień Książki to święto ustanowione w 1996 roku przez UNESCO
(fot. Bastetia, flickr.com, CC BY-SA 2.0)

 

Na naszej liście dominują pozycje polskich autorów, ale znalazło się też miejsce dla twórców zagranicznych. Są klasyczne reportaże, zbiory tekstów reporterskich i biografia. Sięgnęliśmy i do książek, które napisano i wydano, kiedy nas nie było jeszcze na świecie, i do nowości. Poniżej swoimi typami (i związanymi z nimi historiami) dzieli się dziewięcioro członków redakcji „Nowego folderu”.

 

Swietłana Aleksijewicz „Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości”

 

czarnobyl
„Noc 26 kwietnia 1986 roku… W ciągu jednej nocy przenieśliśmy się w inne miejsce w historii”. Tak Aleksijewicz pisze we wstępie swojej książki o czarnobylskiej katastrofie, która nie tylko doprowadziła do tragedii tysięcy ludzi, ale była też impulsem, wyzwalającym upadek sowieckiego imperium. Reportaż Aleksijewicz to z jednej strony wstrząsające świadectwo heroicznej, acz beznadziejnej walki człowieka z żywiołem atomu, z drugiej zaś to historia człowieka radzieckiego – bezgranicznie ufającego władzy, która bez skrupułów wysyłała swoich obywateli na śmierć.

„Czarnobylska modlitwa” to literacki majstersztyk, jak arras precyzyjnie utkany z emocjonalnych zwierzeń ludzi, którzy doświadczyli tragedii awarii reaktora. Porusza od pierwszych słów, szokuje, wzrusza, przygnębia. Jest świadectwem wydarzenia, które wpłynęło na losy całego świata i które zrujnowało tysiące istnień. „Czarnobylska modlitwa” to pamięć o tych, którzy wybudowali własnymi rękoma piramidę XX wieku – sarkofag, w którym złożono nuklearny płomień.

Aleksandra Zbróg

 

Mirosław Wlekły „All inclusive. Raj, w którym seks jest bogiem”

 

Dominikana_okladka.indd
Niedawno skończyłam czytać „All inclusive. Raj, w którym seks jest bogiem” i nie potrafię się otrząsnąć. Choć jest wiele znakomitych polskich reportaży, po lekturze tego nie jestem w stanie napisać o żadnej innej książce. Nie da się jej streścić w kilku słowach. To opowieść o gwałcie, niemoralności i niemożności ucieczki. To historia cierpienia, które dominikańskim kobietom i dzieciom zadają mężczyźni: obcy, ale też bliscy: rodzice, bracia, księża.

Podziwiam autora za znakomite wyczucie, uniknięcie wulgarności w opisywaniu tego świata. Znakomity warsztat reportera sprawia, że dramatyczna historia sączy się przez poszczególne opowieści, by po zamknięciu książki pozostać w naszej głowie na dłużej. Po lekturze nagle robi się nam wstyd, uświadamiamy sobie, jak bardzo nasze spojrzenie jest płytkie. Sięga tylko do murów otaczających nasz ekskluzywny hotel, pozwala widzieć tylko te elementy, które poleca przewodnik dla turystów. Tu nie ma biedy. Tu nie ma seksbiznesu. Wszystko w porządku, idź dalej.

„Po takim reportażu blask wyspy przygasł, za to obudził się rozum i rozdarło serce” – tak anonimowy czytelnik skomentował książkę. Nie znalazłabym trafniejszych słów.

Oliwia Siwińska

 

Janusz Rolicki „Kochana mamo, wyrób mi alibi”

 

Kochana mamo
Jedna z pierwszych książek reporterskich, które przeczytałem. Nie była tak perfekcyjna warsztatowo, jak znane mi już wtedy książki Ryszarda Kapuścińskiego czy Hanny Krall. Jako rodowitemu nowodworzaninowi i jeszcze bardzo naiwnemu czytelnikowi otworzyła mi jednak oczy na to, że literatura nie musi opisywać nieosiągalnych miejsc, przełomowych wydarzeń, wielkich postaci czy wzniosłych idei. Janusz Rolicki opowiedział fragment kryminalnej historii miejsca, w którym się wychowałem. Ścieżki, którymi chadzałem, nie były już tymi samymi ścieżkami, od kiedy znałem ich dramatyczną historię. Szum nadrzecznych zarośli z dnia na dzień zyskał smutny odcień. Ledwie wyczuwalny w potoku przyjemnych wspomnień z dzieciństwa, lecz stale obecny jak dotyk powietrza. Dzięki temu zrozumiałem, że reportaż jest też silnie angażującym, bliskim mojego życia doświadczeniem indywidualnym, a nie tylko uczestnictwem w doświadczeniu zbiorowym, ważnym dla losów świata, kraju czy całych społeczności.

Ale nie samymi historiami ta książka stoi, bo opisuje też mechanizmy działania zmowy milczenia, grup chuligańskich oraz środowisko tzw. gitowców. Każdy odnajdzie w niej własne doświadczenia, jeżeli choć raz zdarzyła mu się w środkach lokomocji sytuacja, w której należało co najmniej zwrócić komuś uwagę lub jeżeli był choćby świadkiem (jeśli nie uczestnikiem bądź ofiarą) znęcania się nad ludźmi. Te emocje nie umierają, tylko osadzają się na dnie pamięci. Gdy lektura nią potrząsa, osad się unosi.

Bartosz Wróblewski

 

Mariusz Szczygieł „Zrób sobie raj”

 

Raj Szczygieł
Powinienem mieć przeczytanych więcej książek reporterskich, ale nie mam. O zgrozo, na początku szkoły średniej nie miałem ani jednej. O Kapuścińskim słyszałem, bo słyszeć musiałem, ale nie wiedziałem, z czym się to je. W liceum, w szkolnej bibliotece, w wypożyczalni na blacie ułożone w stosach były nie szkolne lektury, nie słowniki czy podręczniki, lecz książki – w okładkach sfatygowanych, a więc czytane. Panie bibliotekarki, Helena i Jolanta (pozdrawiam je serdecznie z tego miejsca), korzystając z praktyk podpatrzonych w supermarketach, w których tuż przy kasie wykłada się towar w promocyjnych cenach, a kasjerki dodatkowo zachęcają do skorzystania z wyjątkowej oferty, wciskały uczniom książki. Wziąłem jedną do ręki ze względu na nazwisko autora (przypadkowa zbieżność), to był wyblakły i wysłużony wolumin z charakterystyczną okładką, na której znajduje się fotografia modelu Jezusa Ukrzyżowanego do samodzielnego złożenia. Dopiero po jakimś czasie, na podstawie mglistego wspomnienia z dzieciństwa polsatowskiego talk-show „Na każdy temat”, przywołałem w pełni postać Mariusza Szczygła. Co takiego jest w tych Czechach, żeby aż książki o nich pisać? Ten zbiór reportaży okazał się fascynującą lekturą, otwierającą na świat będący tak blisko, bo tuż za granicą, a jednocześnie tak odległy mentalnie. Figlarne historyjki fascynata; opowieść bezpretensjonalna, „bez napinania”. Była to pierwsza książka reporterska, którą przeczytałem. Nie do końca wiedziałem, że mam do czynienia z reportażem. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia.

Konrad Szczygieł

 

Hanna Krall „Zdążyć przed Panem Bogiem”

 

zdazyc-przed-panem-bogiem
Pierwszy raz spotkałyśmy się w liceum. Podeszłam do niej niechętnie, jednak po chwili, kilku zdaniach, paru stronach – wiedziałam, że ta znajomość, choć zawarta nie z własnej woli , ma duże szansę przerodzić się w trwałą przyjaźń. Tak wyglądało moje pierwsze spotkanie z literaturą faktu. Tak poznałam Hannę Krall. „Zdążyć przed Panem Bogiem” nie potrzebuje wyszukanych metafor i homeryckich porównań, żeby czytelnik nie mógł się oderwać od historii żydowskiego kardiochirurga. Choć sama autorka pisze, że nie nadawał się na bohatera: brak mu patosu, nie umiał krzyczeć. Czy to możliwe, że Jeden spalony chłopak robi większe wrażenie niż czterysta tysięcy? Okazuje się, że możliwe, jeśli historia tego jednego chłopaka trafi na mistrza pióra, jakim niewątpliwie jest Krall. Jej reporterski styl jest esencją słów Juliusza Verne’a, że „Właściwie wykorzystane minimum wystarcza na wszystko”.

Weronika Rzeżutka

 

Andre Agassi „Open. Autobiografia tenisisty”

 

open
W książce liczą się treść, forma i styl. Myślę, że podobnie jest w życiu, szczególnie w życiu sportowca. Żadnego z tych składników nie brakuje w poruszającej autobiografii jednego z największych tenisistów wszech czasów – Andre Agassiego. W „Open” rozebrał swoje życie, swoją karierę i samego siebie na czynniki pierwsze. Dla mnie, osoby fascynującej się sportem, to książka niezwykła. Żadna wcześniejsza biografia żadnego zawodnika z żadnej dyscypliny nie odcisnęła na mnie takiego piętna jak „Open”. Fotograficzna pamięć sprawiła, że rozegraliśmy niejedno obfite w emocje spotkanie. Szczere do bólu opisy trudnych relacji z ojcem, które przełożyły się na jego autorelację, przygnębiały. Wiadomość, że święcił triumfy w dyscyplinie, której nienawidził, dawała do myślenia. „Życie to mecz tenisowy między przeciwieństwami. Zwycięstwem i porażką, miłością i nienawiścią, między otwartością a zamknięciem się w sobie”. „Open” poruszył we mnie struny, które dawno nie były szarpane. Uświadomił, pokazał, dotknął. Andre, dziękuję!

Mateusz Rutkowski

 

Radosław Rzeszotek „Głupcy wierzą w poranek”

 

Głupcy wierzą w poranek
Byłam na drugim roku studiów dziennikarskich. Na zajęcia z techniki pracy reportera wpadł nieznany nikomu z nas człowiek. Pamiętam, że miał marynarkę (ale niezbyt elegancką) i rozwianą czuprynę. Zapytał, czy ma zrobić listę obecności, bo nie wie, na uniwersytecie wcześniej nie pracował. Patrzyliśmy zdumieni.

Mieliśmy się na tych ćwiczeniach uczyć, jak pisać reportaże. We mnie coś się buntowało, bo to był wtedy dla mnie gatunek święty: zamknięty w książkach i poważnej prasie, Mount Everest pracy w mediach. Stwierdziłam, że muszę się do tego psychicznie przygotować. Poszłam do biblioteki i wypożyczyłam reporterskie książki naszego prowadzącego (w sumie niedużo, bo trzy, z czego ostatniej był współautorem). Zaczęłam czytać chronologicznie: od pierwszej wydanej. Chciałabym uniknąć w tym miejscu sztampy (w końcu piszę o reportażu, a to w tym przypadku grzech śmiertelny), ale „Głupcy wierzą w poranek” to była lektura, która otworzyła mi oczy. Z tekstu na tekst coraz lepiej zaczynałam rozumieć, że reportaż to nie musi być gatunek zarezerwowany dla wielkich spraw wielkiego świata, ale może też wspaniale pokazywać zwykłe-niezwykłe życie, które toczy się obok mnie: takie, które częściej opowiada się językiem dosadnym niż literackim, takie, które boli, przeraża, oburza i o którym chciałoby się nie wiedzieć.

Reportaż pozostał dla mnie gatunkiem świętym, ale przestałam się go bać.

Agnieszka Kapela

 

John Howard Griffin „Czarny jak ja”

 

Czarny jak ja
To przykład idealnego reportażu wcieleniowego. Pod koniec lat pięćdziesiątych amerykański dziennikarz John Howard Griffin zdecydował się odbyć podróż przez cztery południowe stany Ameryki: Alabamę, Georgię, Missisipi i Luizjanę. Wędrował jednak nie we własnej skórze, ale jak sam to określał, w skórze Murzyna. Dzięki pomocy dermatologa na kilka tygodni stał się czarnym człowiekiem. A wszystko po to, by przekonać się, jak na południu biali traktują Afroamerykanów. Kolor skóry zmienił nie tylko odbicie w lusterku. Gryffin spotkał się z wieloma aktami nietolerancji i dyskryminacji. W autobusie musiał siadać w specjalnie wyznaczonych częściach, a podczas pobytu w mieście, „modlił się o miejsce, gdzie mógłby się wysikać”. Książka wydana w 1961 roku stała się istotnym elementem rozpoczynającym dyskusję na temat rasizmu w Stanach Zjednoczonych. Przez wiele lat dyskryminacja rasowa stanowiła temat tabu, który został spektakularnie przełamany dopiero podczas Marszu na Waszyngton w 1963 roku.

W „Czarnym jak ja” Gryffin szczegółowo opisał swoje przygotowania do reportażu, zamieścił wiele egzystencjalnych przemyśleń i rozmów z ofiarami rasizmu oraz osobami nienawidzącymi czarnoskórych. Szczególne cenne są fragmenty książki, w których dziennikarz boryka się ze skrajnymi emocjami smutku, osobistej tragedii, wątpienia w swoją misję reporterską, podjętą przede wszystkim z pobudek religijnych. To książka warta przeczytania bez względu na światopogląd.

Szymon Rzyśkiewicz

 

Wojciech Tochman, Katarzyna Boni „Kontener”

 

Kontener
Dlaczego „Kontener”? Bo jest o czymś ważnym: o problemie i konflikcie, o którym mówi się bardzo niewiele. Od 2011 roku w Syrii trwa wojna domowa. W jej wyniku kraj ten jest w największym kryzysie humanitarnym na świecie. Kilkanaście milionów Syryjczyków zostało pozbawionych dachu nad głową. Z obywateli stali się uchodźcami. Ponad połowa z nich to dzieci. W „Kontenerze” Boni i Tochman w prosty sposób przybliżają czytelnikom konflikt, opisując go przez historie mieszkańców największego obozu dla uchodźców w Jordanii – Zaatari. Lektura pozbawiona jest krwawych relacji z ataków, scen śmierci – dominują w niej ludzie, ich smutek, tęsknota za przeszłością, upokorzenie, bezradność i bezsilność. Bazując na tych uczuciach, autorzy stworzyli piękny portret wojny, okrutnej wojny, która dzieje się na naszych oczach. Zetknięcie się z opisem obozowej codzienności powoduje wiele refleksji. Pozwala zastanowić się, co świat tak naprawdę robi, aby pomagać ofiarom konfliktów? Czy ta pomoc jest wystarczająca?

Agnieszka Wilkos