Mądrzejsi o doświadczenia — wywiad z Pawłem Kapustą

Pandemia koronawirusa wciąż jest ważną częścią naszej codziennej rzeczywistości, jednak Paweł Kapusta już postanowił dać nam kronikę najbardziej burzliwych i emocjonujących wydarzeń, które obserwowaliśmy w ostatnich miesiącach. Jak koronawirus wyglądał z perspektywy pracowników systemu ochrony zdrowia, a także listonoszy, pracowników hospicjów czy sprzedawców w dyskontach? Czy byliśmy przygotowani na pandemię?  O tym z autorem „Pandemii. Raportu z frontu” rozmawiali Wojtek PodgórskiJakub Banan Banasik.

Skąd taka koncepcja przedstawienia pandemii?

Kiedy czekaliśmy na przyjście pandemii do Polski, porozumiałem się z redaktorem naczelnym Wirtualnej Polski. Zależało mi na tym, żeby być aktywnym jako autor przy tych wydarzeniach. To historyczny temat, nie mogłem go odpuścić. Będziemy o tym mówili za 10 czy 20 lat. Na początku nie było jednak pomysłu, żeby teksty, które pojawiały się od marca do maja – w tym najgorętszym i najbardziej niepewnym czasie – wydać jako książkę.

Czyli pomysł przyszedł, zanim pandemia dotarła do Polski?

Tak, pierwsza rozmowa na ten temat była w momencie, w którym czekaliśmy na pierwszy przypadek pozytywny w Polsce. Chciałem stworzyć raport w odcinkach. Nie ukrywam, że po „Agonii” łatwiej przyszło mi znalezienie i namówienie bohaterów do rozmowy. Na początku myśleliśmy jednak, że będą to teksty jedynie z perspektywy pracowników zawodów medycznych. Szybko jednak rozszerzyłem tę koncepcję, bo pandemia wpłynęła na życie wszystkich.

 Jest jakiś zawód, którego sytuację chciałeś opisać, ale ostatecznie nie pojawił się w książce?

Chciałem napisać też o pracownikach Domów Pomocy Społecznej. Powiedzmy, że było blisko, ale pojawiły się pewne komplikacje. Mam zasadę, że jeżeli ktoś uznaje, nawet po fakcie i spisanej rozmowie, że rozmówca nie chce publikacji, rezygnuję z takiego tekstu. Zdarza się, że zderzenie się z tekstem przerasta bohatera. To jest jego prawo. W tym przypadku mój rozmówca się wycofał, a ja, zgodnie z moimi zasadami, tego tekstu nie puściłem. Trzeba też pamiętać, że w czasie pisania „Pandemii” wykonywałem swoje codzienne obowiązki w redakcji (Paweł Kapusta jest redaktorem naczelnym portalu WP SportoweFakty – przyp.red.). Nie było tak, że 100% uwagi poświęcałem na ten cykl.

Jak pandemia wpłynęła na pracę Twojej redakcji?

Na pewno było to ciekawe doświadczenie. Przez 3 miesiące musieliśmy robić serwis sportowy w świecie bez sportu. W związku z tym robiliśmy teksty sylwetkowe, historyczne, wspominkowe. Robiliśmy też większe wywiady. Zahaczaliśmy również o koronawirusa – pojawiały się teksty o sytuacji pandemicznej zawodników mieszkających za granicą. Trzeba było bardziej kombinować. Udało nam się nie utonąć. Myślę, że przeszliśmy nawet przez ten czas dodatkowo wzmocnieni. Jako dziennikarze sportowi, musieliśmy otworzyć się na nowe doświadczenia zawodowe i obszary, w których wcześniej nie działaliśmy.

W takim razie, jak poszukamy na siłę, są pozytywy.

Można tak powiedzieć, ale wolałbym, żeby ta sytuacja nie nastąpiła. Jednak sport to wydarzenia na żywo i wynikające z nich emocje. Widać było mniejszą mobilizację w świecie kibiców i użytkowników „sportowego Internetu”.

Mówiłeś o tym, że część znajomości z „Agonii” pomogła Ci w trakcie pisania „Pandemii”.

To nie do końca tak. Bohaterami tych dwóch książek nie są ci sami ludzie. „Agonia”, że tak powiem, obiła się o uszy pracownikom ochrony zdrowia i została przez nich pozytywnie odebrana. Dzięki temu łatwiej mi było namówić nowe osoby do rozmowy o walce z koronawirusem. Mam wrażenie, że bardziej mi ufały, wiedziały kto się do nich odzywa.

„Agonia” i „Pandemia” mają punkty wspólne, ale główną różnicą pomiędzy nimi jest styl narracji. Skąd pomysł na narrację pierwszoosobową?

Zazwyczaj działam tak, że muszę w konkretne miejsce pojechać, zobaczyć, powąchać, dotknąć, żeby w pełni wiedzieć, o czym będę pisał. Niektórym dziennikarzom udawało się dostawać na oddziały. Ja w większości z tych miejsc nie byłem. Żeby poczuć klimat prosiłem bohaterów, żeby kręcili dla mnie filmiki, robili zdjęcia, nagrywali wiadomości głosowe. Uznałem, że będzie uczciwiej przestawić to w bardziej lakonicznej formie, niż poprzednie książki. Nieraz mówiłem, że jestem jak radio, które przekazuje głos. W tej książce oddaję głos bohaterom również w samej jej formie. Wynika to właśnie ze specyficznych warunków, w których powstawała. Dodatkowo zawsze daję swoim rozmówcom stuprocentową anonimowość. W tym przypadku, pakując się na oddział, mógłbym sprawić, że tej anonimowości nie mógłbym zagwarantować. To jest kolejny powód.

Przy pracy nad pierwszą książką zobaczyłeś z bliska, jak wygląda sytuacja ochrony zdrowia w Polsce. W momencie rozpoczynania pracy nad „Pandemią” spodziewałeś się, że sytuacja będzie tak dramatyczna?

Przed rozpoczęciem pisania rozmawiałem z lekarzami, ratownikami, pracownikami SOR-ów. Mniej więcej wiedziałem, jak wygląda sytuacja. Nie były dla mnie zaskoczeniem późniejsze informacje pojawiające się w mediach, że lekarze nie mają środków do zabezpieczenia swojego zdrowia. Byłem na to przygotowany po wcześniejszych rozmowach. Słyszałem o tym, że pandemia była tuż za naszymi granicami, a w szpitalach nie było nawet spotkań przygotowawczych dla pracowników. Nikt nie przekazywał im informacji na temat procedur. W związku z tym to, co wydarzyło się później, mnie nie zdziwiło. Był też rozdźwięk komunikacyjny pomiędzy przekazami rządowymi, a relacjami ludzi na pierwszej linii frontu. W rozmowie z ministrem Szumowskim zapytałem go, czy dalej uważa, że byliśmy przygotowani do walki z epidemią. Podtrzymał swoje zdanie. Bardzo zależało mi, żeby dla równowagi porozmawiać z prof. Simonem, który od początku pandemii jest bardzo obecny w mediach. On wprost powiedział, że według niego była możliwość przygotowania się na koronawirusa, ale z niej nie skorzystaliśmy.

A jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

Tak w „Pandemii”, jak w poprzednich książkach, staram się być jak najmniej obecny. Nie czuję się ekspertem. Wiem, że we współczesnych mediach jest wielka pokusa – wszyscy chcą oceniać. Ja idę z boku, nie ciągnie mnie do tego. Po prostu oddaję głos swoim bohaterom. Jeżeli ktoś chce wyciągać wnioski, to wyciąga je ze słów moich bohaterów.

W trakcie pisania „Pandemii” sam trafiłeś na przymusową izolację. Jak wtedy wyglądała praca nad tekstami?

Kiedy dowiedziałem się, że miałem kontakt z osobą zarażoną, materiał do książki, był już wysłany do wydawnictwa. Przez kilka dni próbowałem się dodzwonić do Sanepidu, ale okazało się to niemożliwe. W końcu sam zrobiłem sobie testy i zamknąłem się w izolacji. Ponad 20 dni siedziałem w mieszkaniu na IV piętrze, w najgorętsze dni w roku. Tak naprawdę to, co znalazło się w książce, to tylko początek mojej kwarantanny. Trzeba było wysłać książkę do drukarni, więc samego procesu wychodzenia z izolacji nie opisałem. Na szczęście przeszedłem zakażenie bardzo łagodnie. Miałem jedynie gorączkę i zaburzenia smaku i węchu. Do dzisiaj jestem trochę osłabiony, a smak i węch nie wróciły w pełni. Wiem jednak, że inni przechodzili koronawirusa ciężej.

To doświadczenie zmieniło Twoje podejście do pandemii?

Nie tyle do samej pandemii, co do procedur, które wówczas obowiązywały. Dopóki sam czegoś nie doświadczysz, to może ci się to coś jedynie wydawać. Ja zderzyłem się z systemem. W poczuciu odpowiedzialności sam siebie wysłałem na izolację, próbowałem się dobić do Sanepidu, dzwonić na numery telefonu ze strony ministerialnej. Numery ze strony były nieaktywne, a Sanepid zadzwonił do mnie tydzień po kontakcie z osobą zakażoną. W momencie ich telefonu już dwa dni miałem wynik pozytywny. Spytali się „czy to prawda, że jestem chory”. Coś ewidentnie pozostawało poza kontrolą. Sam się przebadałem, zamknąłem w izolacji i poinformowałem wszystkich znajomych. Pomyślałem jednak o tym, ile jest osób, które pomimo objawów tego nie zrobiły, wychodziły i zarażały. Eksperci mówią, że liczba potwierdzonych przypadków, to jedynie wierzchołek góry lodowej. Po tym, czego doświadczyłem, jestem w stanie to jak najbardziej zrozumieć.

Myślisz, że po koronawirusie zaczniemy bardziej doceniać system ochrony zdrowia?

Myślę, że nie. Sam często zadaję to pytanie. Na początku, kiedy wszyscy byliśmy przerażeni, krzyczeliśmy do lekarzy i pielęgniarek, że są bohaterami. Pandemia w Polsce nie rozwinęła się jednak tak, jak w Lombardii, Hiszpanii czy USA. U nas ludzie nie umierali na korytarzach. W związku z tym to uwielbienie szybko uleciało. Zdarzało się, że lekarze i ratownicy nie byli obsługiwani w sklepach, wpuszczani do dyskontów. W związku z tym uważam, że nic się w tym temacie nie zmieni.

Pojawiają się głosy, że Twoja książka powstała za wcześnie.

Bardzo się cieszę, że książka powstała w tamtym momencie. Gdybym dzisiaj miał zacząć pisanie, byłoby to przefiltrowane przez uspokojenie tej atmosfery w ostatnich miesiącach. Teraz mamy inne podejście. Natomiast w „Pandemii” są teksty, które pokazują tamte emocje i zdarzenia. Umożliwiają powrót do najbardziej dynamicznych i stresujących wydarzeń związanych z koronawirusem.

Jako że „Pandemia” trafiła na półki, kiedy kryzys jeszcze się nie skończył, masz zamiar pracować nad rozszerzonym wydaniem, czy to dla Ciebie zamknięty projekt?

Przede wszystkim zobaczymy, jak rozwinie się sytuacja. Nie ukrywam, że jeżeli sytuacja się pogorszy, mam pomysły i możliwości na rozszerzenie tego projektu. Pandemia jest procesem. Może pójść w wielu różnych kierunkach. Oby nie był to kierunek chaosu i ludzkich dramatów. Jeżeli jednak do tego dojdzie, chciałbym dalej być aktywny.

Zdjęcie wyróżniające: Pixabay.com

Wpisy

Pozytywista stale walczący z tkwiącymi w nim pokładami romantyzmu. Feminista. Miłośnik polityki, muzyki i NBA (od lat wierny fan Boston Celtics). Entuzjasta badań medioznawczych i socjologicznych. Redaktor naczelny magazynu Nowy Folder i autor rubryki felietonowej #BananowaNiedziela. Laureat Nagrody "Nadzieja mediów" 2019.

Wpisy

Student trzeciego roku dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna pełnoprawny warszawiak. Fan piłki nożnej i kibic pewnej stołecznej drużyny kojarzonej z literą L w kółeczku. Miłośnik Star Wars oraz prozy Stephena Kinga.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.