„Malcolm i Marie” – euforii nie będzie

Dwójka bohaterów, dom w Kalifornii, jeden długi wieczór. Czy jest możliwe, by wyszła z tego historia, którą chce się oglądać? „Malcolm i Marie”, najnowszy film Sama Levinsona („Euforia”, „Arcyoszust”), udowadnia nam, że jak najbardziej.

 Zaczynamy piosenką Jamesa Browna „Down & Out in New York City ”. Malcom – reżyser u progu sławy, jest w euforii, wkracza do domu tanecznym, pełnym samozadowolenia krokiem. To prawdopodobnie najlepszy wieczór w jego życiu – premiera najnowszego filmu okazała się wielkim sukcesem. Jedyne czego pragnie to świętować całą noc wraz ze swoją partnerką i urodziwą aktorką Marie. Jednakże szybko dostrzeże, że kobieta nie podziela jego ekscytacji, wręcz przeciwnie – kłótnia wisi na włosku. Planowany wieczór z lampką szampana przeistacza się w gwałtowną wymianę zdań, wieloaktową kłótnię, wiwisekcję ich prywatno-zawodowych relacji. Puszka Pandory zostaje bezpowrotnie otwarta. Euforii nie będzie.

Cztery ściany

 „Malcom i Marie” ma oryginalną formułę. Po pierwsze, rzadko widzi się jedynie dwójkę aktorów w obsadzie. W główne (i jedyne) role wciela się Zendaya (szczególnie znana jako Rue z „Euforii”, także Michelle w „Spider-man: Homecoming”) i John David Washington („Tenet”, „Czarne bractwo. BlacKkKlansman”). Po drugie, cała fabuła rozgrywa się w jednej lokalizacji – luksusowej i przestronnej willi. Warunki te, spowodowane epidemią COVID-19, Sam Levinson zręcznie wykorzystał. Mieliśmy już okazje zaobserwować jak poradził sobie w specjalnych (powstałych również w trakcie pandemii) odcinkach „Euforii”. Jeden z nich „Trouble Don’t Last Always” rozgrywa się w barze, a obsada składa się jedynie z czwórki aktorów.

Gra w chowanego

 Jak film zaadaptował te trudne warunki? Fabuła nie ma właściwie aktów, postacie uwikłane są w dialog. Jest to dynamiczna wymiana argumentów, często zawartych w dłuższych monologach, które następują po sobie falami. Za każdym razem kiedy zdaje nam się, że któraś postać wygrała, nadchodzi kolejna fala. Jest to interesujący zabieg, choć w pewnym momencie powtarzalny.

 Lekarstwem na inscenizacyjną nudę ma być przestrzeń willi, która stanowi planszę do gry, po której poruszają się postacie. Ciekawa jest ich choreografia – nieraz ścigają się wzajemnie po korytarzach, innym razem chowają się w odległych częściach domu. Za kinematografię odpowiedzialny jest Marcell Rév (również z ekipy „Euforii”, także „Księżyc Jowisza”). Film jest czarno-biały, obfituje w ciekawe kadry – m.in. odbicia w lustrze, panoramiczne ujęcia z zewnątrz – co pozwala emocjonalnie odsunąć się od bohaterów, by zaraz znowu obserwować ich w zbliżeniach. 

Krytycy racji nie mają

 Film przede wszystkim eksploruje relacje między dwójką bliskich sobie ludzi – nadzieje i zawody związane z drugą osobą. Należy również dodać, że poza wiwisekcją związku, film opowiada też o współczesnym kinie. Tytułowa para pracuje przecież w branży filmowej. ,,Malcolm i Marie” drwi z krytyków, którzy do filmów dorabiają mitologię, czy spoglądają na twórców wyłącznie przez pryzmat płciowy, czy rasowy. Jakie znaczenie przy twórczości ma tożsamość twórcy? Czy afroamerykański reżyser musi wpisywać się w ideę walki o równość rasową? Co z twórcami, którzy tworzą filmy nijak nie wpisujące się w ich ,,tożsamość”? Tu jako przykład podani są żydowscy twórcy związani z ,,Przeminęło z wiatrem” (scenarzysta Ben Hecht i producent David O. Selznick) czy film Billego Wildera ,,W duchu St. Louis”, który ma gloryfikować postać Charlesa Lindbergha (uznawanego za sympatyka nazistów). Malcolm czyta jedną z recenzji: „Film jest przenikliwym studium potworności (…) systemowego rasizmu w ochronie zdrowia psychicznego”.„A to zwykły film o ćpunce, która próbuje się doprowadzić do ładu” – komentuje.

„Malcolm i Marie”, reż. Sam Levinson, prod. USA 2021, Netflix



Twój adres email nie zostanie opublikowany.