Który to świat?

[spider_facebook id=”2″]

 

Chińska herbata i tradycyjne pao na śniadanie, po południu zwiedzanie hinduskich świątyni, a wieczorem ramadański market. Jest jednak miejsce, gdzie spotykają się trzy największe kultury tego kontynentu. Malezja. Po powrocie najtrudniejsza jest odpowiedź na pytanie znajomych i rodziny Jak było? Bo jak streścić dwa miesiące spędzone w kraju, w którym codzienności trzeba uczyć się od nowa, a każdy dzień jest zaskoczeniem i lekcją?

 

Malezja (5)

 

Im tańsze, tym lepsze. To nie paradoks, chwyt marketingowy ani żart. To Malezja. Street market to skarb tego kraju. Na ulicy kupisz wszystko: kosmetyki, ubrania, garnki, kadzidełka i kwiatowe wieńce do modlitwy; biżuterię, warzywa, owoce, przyprawy, zioła, mięso, ryby i owoce morza; śniadanie, obiad i kolację. Deser także – przysmakiem są lody z dodatkiem żelków, galaretki, fasolki, kukurydzy i orzeszków. Wszystko najtańsze i najświeższe. Kury są zabijane na naszych oczach. Kraby wciąż się ruszają. Właściciel blaszanej budki na zamówienie klienta smaży ryż z krewetkami i zawija w czarno-białą gazetę. Nakłada na to gumkę recepturkę, a następnie dołącza krótką i szeroką plastikową łyżkę. Łyżką wazową nalewa gorącą, już posłodzoną kawę z mlekiem do plastikowego woreczka. Całe to śniadanie na wynos wkłada do większej jednorazówki. Wszystko trwa trzy minuty i kosztuje mniej niż guma do żucia. Zakup wszystkich składników w supermarkecie i przygotowanie takiego obiadu w domu pochłonęłyby nie tylko o wiele więcej czasu, ale też pieniędzy.

 

Malezja (6)

 

Brak pieniędzy. Niskie poczucie własnej wartości. Patologie społeczne. Rozbite rodziny. To wszystko skutki bezrobocia – jednego z głównych problemów kapitalistycznej Polski. Stan, w którym znalezienie pracy to bułka z masłem, a instytucje, sklepy i zakłady wręcz proszą i namawiają, aby to właśnie u nich zarabiać na chleb (a może raczej na ryż?), jawi się jako raj na Ziemi. W rzekomym Edenie – Malezji – z każdej tablicy ogłoszeń i witryny sklepowej krzyczą wielkie napisy „VACNACY”.

 

Dlaczego mieszkańcom niebiańskiego ogrodu daleko do euforii i zmuszeni są twardo stąpać po ziemi? Okazuje się, że nie wiadomo, co jest bardziej kłopotliwe: wysoki wskaźnik bezrobocia czy jego całkowity brak? Z powodu niskich zarobków, braku perspektyw i wysokich kosztów życia (w Kuala Lumpur cena mieszkania, które ma pięćdziesiąt metrów kwadratowych, to około sześćset tysięcy złotych, podczas, gdy przeciętna pensja waha się między dwoma a trzema tysiącami), wielu młodych – szczególnie Chińczyków – decyduje się na emigrację. Singapur i Hongkong są Irlandią Azji. Tymczasem w Malezji brakuje rąk do pracy. Jakie są tego skutki? Przede wszystkim brak konkurencyjności – określone stanowisko dostanie każdy chętny. Ten pracowniczy koncert życzeń ma swoje konsekwencje: niewykwalifikowana kadra oraz niesubordynacja pracowników, którzy „chorują” lub mają nagłe „sytuacje rodzinne”, kiedy mają na to ochotę i bez uprzedzenia przełożonego. Jednocześnie brak personelu nie wiąże się z lepszymi warunkami pracy. Właścicieli firm zwyczajnie nie stać na dobre, a często nawet na przyzwoite płace, a czas pracy jest nieunormowany. Osiem godzin w firmie dziennie i wolny weekend to luksus, na który niewiele osób może sobie pozwolić.

 

Malezja (7)

 

Malezja (8)

 

Podróżując po Malezji, jeżdżąc z miasta do miasta, z Kuala Lumpur na wieś, wychodząc ze Starbucksa i idąc na uliczny market, nie sposób nie zadać sobie pytania: Który to świat? Pierwszy, drugi czy trzeci? Demokracja, wolność słowa, ekologia? Tych terminów należy szukać wśród baśni. W sześćdziesięciu procentach muzułmańska Malezja nie liczy się ze zdaniem mniejszości – Chińczyków i Hindusów.
Wieże Twin Towers w Kuala Lumpur to najwyższe budynki na świecie – imponujące, górujące nad miastem wieżowce. Jednak już kilka uliczek dalej, nie wspominając o innych miejscowościach w kraju, płacenie kartą to rzadko spotykany rarytas.

 

Hindusi i Malezyjczycy jedzą bez używania sztućców – palcami odrywają kawałek kurczaka, z sosu i ryżu formują kulkę i wkładają całość do ust. Zaraz potem wycierają dłonie w serwetkę i palcem, jeszcze pachnącym curry, stukają w ekran najnowszej wersji iPhone’a. Facebook i inne social media zajmują ich uwagę na równi, a może czasem nawet bardziej niż świat realny. Internet służy do wstawiania postów i zdjęć, ale już nie do sprawdzenia rozkładu jazdy pociągów czy autobusów, bo takowe w sieci nie istnieją. Możemy pozazdrościć im autostrad i samochodów, ale obok nich brak miejsca dla pieszych i rowerzystów. W każdym domu jest klimatyzacja, ale nigdzie nie spotkamy zmywarki. Kabina prysznicowa to luksus w dobrych hotelach. W instytucjach publicznych – restauracjach, szkołach, przedszkolach – warunki sanitarne mogłyby przyprawić kontrolerów z sanepidu o zawał serca. Funkcję toalet – jeśli w ogóle są – często pełnią dziury w podłodze lub ziemi, bez spłuczki. Karaluchy i jaszczurki w przedszkolnej kuchni to domownicy. Gdy zaraz po wyjściu z lokalnego baru skieruje się do olbrzymich, ultranowoczesnych, przeszklonych hal potężnego lotniska w Kuala Lumpur, aby opuścić ten kraj kontrastów, nie wiadomo, który świat się opuszcza, a do którego wraca.

 

Tekst i zdjęcia
Weronika Rzeżutka

 

Pierwsza część opowieści o Malezji