/

Małgorzata Zajączkowska i Marcin Bortkiewicz: Lubimy być bezkarni

[spider_facebook id=”2″]

 

O wspólnej pracy i najtrudniejszych momentach na planie filmu „Nocy Walpurgi” Małgorzata Zajączkowska i Marcin Bortkiewicz rozmawiają z Mileną Ryćkowską.

 Bortkiewicz i Zajączkowska (Fot. Maciek Baranowski)

– Raz na jakiś czas znajdzie się scenarzysta, reżyser, który pomyśli o dojrzałej kobiecie w taki sposób i miałam szczęście, że Marcin pomyślał akurat o mnie – opowiada Małgorzata Zajączkowska. W „Nocy Walpurgi” Marcina Bortkiewicza wciela się w postać Nory Sedler
(fot. Maciek Baranowski)

 

Pana film dotyka Holocaustu i wojny, a ten temat zawsze wywołuje wiele dyskusji.

Marcin Bortkiewicz: Decydując się na realizację filmu na motywach monodramu „Diva” nie było to dla mnie najistotniejsze, bardziej interesowała mnie relacja między ludźmi. Dopiero później, kiedy zacząłem w to wchodzić głębiej, dokumentować temat, poczułem ciężar całej historii. Nie chcę, by to zabrzmiało buńczucznie, ale nie interesuje mnie jak odbierze widownia problem Holocaustu: gdybym o tym myślał, stałbym się koniunkturalny. Interesuje mnie uczciwe opowiedzenie historii, która ma dotknąć ludzi i która mnie dotyka.

 

Pisząc scenariusz, wprowadził pan drugą postać, negując całą koncepcję monodramu…

MB: Monodram to absolutnie inna dramaturgia. Jeżeli wprowadzamy drugą postać i ma powstać normalny film, dialogi, akcja, to trzeba wszystko zmienić. „Diva” jako monodram jest tylko inspiracją dla nowego, oryginalnego scenariusza, który przejął pewne motywy z monodramu.

 

Lubi pani Norę Sedler?

Małgorzata Zajączkowska: Tak. Uwielbiam tę postać.

 

Za co?

MZ: Za bezkarność. Bardzo lubię być bezkarna, czasami tego używam.

MB: Ja też.

 

Jak pani budowała jej postać?

MZ: Takich ról dla kobiet jest bardzo mało. Raz na jakiś czas znajdzie się scenarzysta, reżyser, który pomyśli o dojrzałej kobiecie w taki sposób i miałam szczęście, że Marcin pomyślał akurat o mnie. Kiedy przeczytałam scenariusz, to się przestraszyłam, bo nie wiedziałam, czy to udźwignę, czy sobie poradzę. Nora jest bardzo delikatną osobą, bardzo niepewną. Szukając pomysłu na tę postać inspirowałam się Marią Callas i Simone Signoret. Callas miała głos i temperament, które pozwalały jej być totalnie bezkarną. Simone Signoret to kobieta z dużą klasą, niesłychanie silna: miała w sobie wielką tajemnicę, a w środku duszę dziecka, zranionego ptaka. Dostrzegłam to nie w jej grze, ale w twarzy.

 

– Uwielbiam tę postać – mówi Małgorzata Zajączkowska o Norze Sedler, w którą wcieliła się w „Nocy Walpurgi” (fot. materiały prasowe)

 

W pewnym sensie zwrócił pan polskiemu kinu panią Małgorzatę Zajączkowską, a wcześniej Irenę Jun.

MB: Lubię poznać aktora, z którym będę pracował. Mniej mnie interesują zdolności aktorskie, bardziej to, jakim jest człowiekiem. To jest dla mnie najważniejsze. Jeśli się porozumiemy, będziemy się szanowali i widzieli świat podobnie, to wierzę, że porozumiemy się również na płaszczyźnie artystycznej. Dotychczas to się sprawdzało. Mam jedno życie i kiedy robię filmy, chcę pracować z przyjaciółmi, nie walczyć z nimi.

MZ: Są osoby, które lubią wzbudzić negatywne emocje, to ich metoda pracy. Mnie negatywne emocje stresują, niszczą, wręcz paraliżują.

MB: Co nie oznacza, że zawsze jesteśmy mili i cudowni w pracy: kłócimy się i obrażamy, ale tylko przez moment, aż w końcu dochodzimy do porozumienia – tak jak w przypadku ostatniej sceny. Myśmy tę jedną scenę robili tydzień.

MZ: Bardzo się jej bałam: była dla mnie najtrudniejsza i walczyłam, żeby wyglądała inaczej.

 

Jak pan przekonał panią Małgorzatę do tej sceny?

MB: Tuż przed realizacją znowu wróciła do tematu i wytłumaczyła, o co jej chodzi. Zrozumieliśmy, co każdy chce powiedzieć i kiedy do tego doszło, Małgosia pięknie zagrała. Były trzy duble, ale ten pierwszy najlepszy.

MZ: Po przeczytaniu scenariusza miałam wątpliwości co do pewnych emocji i reakcji Nory. Nie wiedziałam, na ile są wiarygodne. Marcin napisał to fantastycznie, brawurowo, ale zastanawiałam się, jak to się ma do życia. Ponieważ Marcina żona jest psychiatrą, konsultowałam z nią pewne rzeczy i potwierdziła to. Poszłam jeszcze do zaprzyjaźnionej psycholog i dopiero kiedy upewniłam się, że są osoby, które w ten sposób reagują, przestałam się bać. Zrozumiałam, że wszystko jest wiarygodne, jeśli jest poparte właściwymi emocjami.

MB: Jest jeszcze jedna istotna rzecz w tym zakończeniu: nie robię kina psychologicznego, rodzajowego ani obyczajowego. To rodzaj przypowieści, nie moralitetu.

MZ: Mało jest takiego kina. Mimo skomplikowania filmowej sytuacji, emocje, które niesie, są bliskie widzowi. To szaleństwo jest efektem kuli śniegowej – Nora napędza Roberta, Robert napędza Norę.

 

I stąd wzięła się Noc Walpurgi?

MB: Bardzo chciałem, aby ten film nie był całkowicie realistyczny, aby momentami zbliżał się do marzenia sennego. Dlatego użyłem monologu z „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna. Rozdział, z którego go wziąłem, nazywa się Noc Walpurgi. Skoro akcja filmu rozgrywa się nocą, dobrym pomysłem wydało mi się, żeby to była właśnie noc z 30 kwietnia na 1 maja. Noc magiczna, noc, w którą bardzo wiele może się zdarzyć… Notabene, część „Czarodziejskiej góry” rozgrywa się w właśnie w Sokołowsku…

 

 

Jest pan nie tylko reżyserem, ale również aktorem…

MB: Dlatego nigdy nie oczekuję od aktora, żeby zagrał inaczej, lepiej. Nie oceniam tej gry, staram się tego nie robić. Uważam, że jeżeli aktor źle zagrał w filmie, to nie jest jego wina – to wina reżysera.

MZ: Bardzo ważne jak reżyser komunikuje się z aktorem. Marcin był aktorem, więc wie, zna emocje, zna ten proces szukania, błędów, kłamania, dlatego z jego strony nie ma reakcji negatywnych, a są to reakcje naprowadzające. Dlatego praca z Marcinem tak mi się podoba. Jego sposób myślenia jako reżysera, jako scenarzysty, jego sposób pracy z aktorem, jego poczucie humoru, wmanipulowanie nas w pewne sytuacje, żeby osiągnąć to, co chce. To była bardzo ciężka praca. Zrobiliśmy ten film w 16 dni. Byłam fizycznie zmęczona, natomiast każdego ranka nie mogłam się doczekać, żeby iść na plan.

 

Ale to było również trudne psychicznie…

MZ: Tak, dużo mnie kosztowała. Nora jest odległa ode mnie i jak już ją „złapałam”, kiedy ona „weszła” we mnie, nie mogłam być w garderobie Małgosią, a potem wejść na plan i stworzyć Norę. Po zakończeniu zdjęć, długo wychodziłam z tej roli. Choć pewne rzeczy zostały i ja je sobie bardzo cenię.

MB: Wierzę w to, bo człowiek dzięki takiej roli może w sobie odnaleźć coś nowego.

MZ: Tak, uruchomiłam w sobie rzeczy, o których w ogóle nie przypuszczałam, że je w sobie mam. Wzbogaciłam swoje środki wyrazu i świadomie mogę ich użyć.

MB: Życiowe środki wyrazu.

MZ: Tak, środki wyrazu na życie. Odważyłam się.