/

Mam talent do mówienia o sobie

Programy talent show dotyczą talentów czy historii życia uczestników? A może to jedno i to samo?

 

Rzeczywistość talent show jest precyzyjnie zaplanowana i zmontowana przez twórców (fot. wikimedia.org) 

 

Otwieram „Słownik terminologii dziennikarskiej” Walerego Pisarka i przechodzę do haseł na literę „s”. W końcu znalazłem to, czego szukałem. „Sylwetka – pisze autor – to gatunek wypowiedzi prasowej małych rozmiarów, w której twórca skupia się na przywołaniu najważniejszych szczegółów z życia osoby, o której pisze. Zwraca się uwagę na prezentację osobowości postaci, wyglądu zewnętrznego, sposobu bycia, zainteresowań. Nie ma konieczności zachowania następstwa czasowego przedstawianych faktów z życiorysu czy ich hierarchii.” Tak, wszystko się zgadza. Jednak się nie pomyliłem. Wbrew pozorom ciekawość naukowej definicji sylwetki nie wynikała z mojej niewiedzy, a ze zdziwienia, w jaki sposób niektóre telewizyjne programy rozrywkowe przestawiają historie ludzi. Historie podobno autentyczne, bez grama fałszu czy przypudrowanych faktów.

 

Ale od początku. Postanowiłem wziąć pod lupę programy typu talent show. Analizowałem ten specyficzny rodzaj przedstawienia, karnawału, feerii, w której uczestnicy prezentują swoje talenty, walcząc o główną nagrodę i spełnienie marzeń. A wszystko ku uciesze publiczności przed telewizorami. Niech im będzie, niech lud ma swoje igrzyska. Rozrywka to w końcu również jedna z podstawowych funkcji mediów. Pytanie tylko, czy rozrywka ta musi być zrealizowana według zasady: zadowolenie odbiorcy za wszelką cenę, nawet za cenę prezentowania nieprawdy czy wystawiania na pierwszy plan prawdy nieistotnej w danym kontekście?
W każdym talent show przed występami uczestników prezentowane są ich sylwetki. Kilkuminutowe filmiki, nagrane w domu bohatera czy w jego miejscu pracy, mają poinformować odbiorców, kto za chwilę wyjdzie na scenę. Czy będzie to dziewczynka z biednego domu, czy nieuleczalnie chory piosenkarz, a może student, którego patologiczni rodzice wyrzucili z mieszkania. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że życiorys uczestników przedstawiany jest z perspektywy wydarzeń mało znaczących dla ocenienia ich talentu.

 

Tak na przykład pani X opowiada o śmierci swojego ojca, wylewając przy tym hektolitry łez, po czym wychodzi na scenę i śpiewa jeden z najweselszych radiowych hitów ostatnich miesięcy. Pan Y mówi o swojej nieuleczalnej chorobie, a następnie wykonuje piosenkę, nie prezentując wcale wybitnego talentu wokalnego, ale mimo to przechodzi do dalszego etapu. Wszyscy jurorzy z jakiegoś powodu byli nim zachwyceni. Wygrywa odcinek dzięki głosowaniu widzów przed telewizorami, do których należy ostateczna decyzja o tym, kto zwycięży cały program. Na ile ważny jest tutaj prawdziwy talent, a na ile ckliwe historie z życia, które wzruszą publiczność?

 

Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zastanowić się, w jaki sposób dobierani są uczestnicy rozrywkowych programów promujących talenty. Kilka miesięcy temu wybrałem się na precasting pewnego muzycznego talent show, czyli na pierwszy etap, niepokazywany w telewizji, do którego może zgłosić się każdy. Spośród ponad dwustu osób do dalszych etapów programu przeszły: zespół rockowy, kobieta z widoczną otyłością, raper chory na karłowatość oraz zespół, którego członkami były osoby afroamerykańskiego pochodzenia. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy wybrańcy zachwycili swoim muzycznym talentem. Wiem na pewno, że posiadali coś, czego nie mieli inni – wielobarwną historię, na którą z zapartym tchem czekają miliony przed telewizorami. Kryteria doboru kandydatów na zwycięzcę tworzone są na podstawie specjalnych badań fokusowych, w których ankietowani stwierdzają, jakie cechy uczestnika show cenią najbardziej. Dlatego też w jednym odcinku możemy zobaczyć obok siebie utalentowaną divę, chorego spełniającego swoje marzenie o występie w telewizji i osobę nieutalentowaną, ale interesującą z powodu ekscentrycznego zachowania na scenie. Nie ma czasu na nudę. Show must go on.

 

Historie ludzi w talent show są opowiadane niczym bajka z dobrym zakończeniem. Zawsze znajdzie się ktoś nieszczęśliwy, komu telewizja wynagrodzi życiowe traumy i niepowodzenia (fot. wikimedia.org)

 

Rzeczywistość talent show jest więc precyzyjnie zaplanowana i zmontowana przez twórców. Serwowane widzom prezentacje mają zaspokoić emocjonalne potrzeby jak najszerszego grona odbiorców. To, co się dzieje na scenie, jest atrakcyjne nie dzięki popisom uczestników, a przez ich ubiór, życie rodzinne czy seksualność. Talent schodzi na dalszy plan – a w niektórych przypadkach w ogóle trudno go odnaleźć. Magdalena Welc, na przykład, zwyciężczyni trzeciej edycji TVN-owskiego „Mam Talent!”, była krytykowana przez internautów z powodu braku umiejętności interpretacji piosenek. Mimo to dwunastolatka oczarowała publiczność i wygrała program. Pytanie, czy zasłużyła na to swoim talentem, czy skromną osobowością małej dziewczynki pochodzącej ze średnio zamożnego domu? Kontrowersje budzi również wygrana aktorki Agnieszki Włodarczyk, która rywalizowała z piosenkarką Nataszą Urbańską w finale polsatowskiego show dla celebrytów „Jak oni śpiewają”. Pojawiły się głosy, że SMS-y odbiorców zostały umiejętnie zmanipulowane. Według informacji podawanych w artykułach we „Wprost” i w „Newsweeku”, podczas głosowań telewidzów w programach promujących talenty rzeczywiście dochodzi do licznych manipulacji, między innymi poprzez wyłączanie linii telefonicznych uczestników. Ma to zapewnić wygraną osobie od początku typowanej przez twórców na zwycięzcę, czyli takiej, która podoba się masowej widowni – również tej niewysyłającej SMS-ów na faworytów.

 

Granie na emocjach jest najlepszym wabikiem na publiczność. Odbiorca w łatwy sposób utożsamia się z uczestnikiem, ponieważ odnajduje w nim podobne cechy charakteru do swoich, lub po prostu współczuje mu      (fot. wikimedia.org)

 

Wróćmy jednak do sylwetek. Krótkie materiały realizowane są jedynie z uczestnikami mającymi do opowiedzenia sentymentalną lub tragiczną historię. Zuzanna Kazimierczak w swoim artykule „Jak wygrać reality show?”, opublikowanym we „Wprost”, stwierdziła, że za opowieści uczestników odpowiadają specjalnie wyszkolone osoby z produkcji, tak zwani dokumentaliści. Mają oni za zadanie pomóc kandydatom na zwycięzcę wydusić z siebie coś, co przez lata ukrywali. Poznają słabe i mocne strony swoich rozmówców oraz przekonują ich do wyznań. Dokumentaliści w rozmowach dotykają intymnych spraw uczestnika tylko po to, by ten rozpłakał się przed kamerą i szczerze opowiedział o swoim problemie. Jeśli brakuje w opowieści „show”, to chętnie pomogą je wymyślić. Nie wystarczy więc być tylko przystojnym i dobrze wyglądać w oku kamery. Trzeba powiedzieć coś, co zainteresuje i poruszy. Może to być choroba, tragicznie zakończony związek czy dzieciństwo w domu dziecka. Opowieść musi „żreć”. Nagranie materiału odbywa się oczywiście w odpowiedniej scenerii. Doskonałe miejsce to rodzinny dom kandydata na zwycięzcę, jego ulubione miejsce z dzieciństwa czy budynek, w którym pracuje. Do sylwetek angażowani są znajomi, przyjaciele i rodzina uczestnika. Opowiadają o cechach charakteru osoby biorącej udział w show i zapewniają, że mimo przeciwności losu jest ona w pełni oddana swojej pasji.

 

Historie ludzi w talent show są opowiadane niczym bajka z dobrym zakończeniem. Zawsze znajdzie się ktoś nieszczęśliwy, komu telewizja wynagrodzi życiowe traumy i niepowodzenia. To spełnianie amerykańskiego snu. Program podobno ma dawać swoim bohaterom możliwość przemiany, ziszczenia najskrytszych marzeń. W rzeczywistości są oni traktowani przedmiotowo, a ich tragiczne story służy jednemu celowi – przyciągnięciu przed odbiorniki ogromnych rzeszy telewidzów. Granie na emocjach jest najlepszym wabikiem na publiczność. Odbiorca w łatwy sposób utożsamia się z uczestnikiem, ponieważ odnajduje w nim podobne cechy charakteru do swoich, lub po prostu współczuje mu. Okazuje się, że nawet utalentowana osoba ma ludzką twarz i musi borykać się z przeciwnościami losu. Z drugiej strony, czyż to nie fascynujące, że komentując występ uczestnika, nie musimy wcale znać się na śpiewie, bo wystarczy, że powiemy co nieco o smutnej przeszłości naszego faworyta i docenimy jego siłę walki, dzięki której znalazł się w programie? Ciekawa historia życia kandydata na zwycięzcę bezpośrednio wpływa na ocenę jego występu i uruchamia potężną machinę głosowania na faworytów za pomocą SMS-ów. Telewidz jest zadowolony i spełniony, uczestnik przeszedł do następnego etapu programu, a twórcy talent show zarobili pieniądze. Czego chcieć więcej?

 

Oglądając talent show, musimy zdawać sobie sprawę, że nic w nim nie jest przypadkowe. To precyzyjnie wyreżyserowany spektakl, za który płacimy swoim zaangażowaniem i wolnym czasem. Historie opowiadane przez uczestników być może nie są zmyślone, lecz w kontekście oceniania talentu nie powinny mieć znaczenia, a w rzeczywistości tego typu programów grają jednak główną rolę. Zmanipulowany fakt nie przedstawia prawdy, a tworzy emocjonalną pułapkę, w którą z łatwością wpada widz. Czy historia życia jest równoznaczna z uzdolnieniem? Niestety, najwyraźniej wszystkie słowniki można wyrzucić do kosza. Telewizja na nowo, po swojemu zdefiniowała słowo „talent”. I definicja ta nie ma z prawdziwym talentem nic wspólnego.

 

Szymon Rzyśkiewicz