Centrum Kapuścińskiego

Jeżeli Polak nazywa mnie niewolnikiem i zna kontekst afrykański wyłącznie poprzez głód, wojnę czy AIDS, przypominam sobie, że mojego Senegalu to nie dotyczy. Pamiętam też, że Polska była pod zaborami. A mając tę wiedzę, widzę tylko ignoranta, który nie zna nie tylko mnie, ale i własnej historii – Mamadou Diouf, muzyk i działacz organizacji afrykańskich w Polsce opowiada o weterynarii, muzyce i relacjach afrykańsko-polskich.

 

Sztuka jest jedyną dziedziną, która łączy, wszędzie indziej pojawia się konkurencja. Jedynie sztuka jest neutralna – mówi Mamadou Diouf. (fot. Kaja Makacewicz)

 

Jak znalazł się pan w Polsce?

Zacząłem studia w Senegalu, na uniwersytecie w Dakarze. Uczelnia była przepełniona, a na dodatek rozpolitykowana. Co chwila wybuchał strajk, a ja lubiłem się uczyć. Postanowiłem, że nie będę tracić czasu. Dowiedziałem się o stypendiach do krajów socjalistycznych. Kuzyn skończył studia w Poznaniu, chwalił wysoki poziom na uczelniach. Polska była wtedy bardzo popularna: Solidarność, Jan Paweł II, no i na mundialu w Hiszpanii Polska pokonała Francję w meczu o III miejsce.

 

Tak trafił pan do Łodzi…

Tam było świetne studium języka polskiego dla cudzoziemców Polonicum. Ja byłem w grupie rolniczej, bo chciałem studiować weterynarię. Studia ukończyłem w 1990 r. i wróciłem do Senegalu. Należałem do pokolenia, które wracało: skoro rząd płacił za nasze studia, to powinna być dla nas praca. Ale pracy nie było. Dlatego wróciłem do Polski na studia doktoranckie: mam doktorat z higieny żywności, zajmowałem się badaniem produktów spożywczych.

 

Podczas studiów narodziła się pańska pasja muzyczna?

Na Ursynowie, gdzie mieszkałem, spotkałem kolegę, który świetnie grał na gitarze. Ja podśpiewywałem. Złapaliśmy fajny kontakt i zaczęliśmy grać. Potem ktoś zaprosił mnie warsztaty muzyczne w akademiku. Wpadłem, żeby tylko posłuchać, ale w końcu trafiłem na scenę. Po tygodniu powstał zespół reggae, który się nazywał POL-SKA, czyli muzyka ska w Polsce.

 

Ten zespół nie przetrwał długo…

Jak wróciłem z Senegalu, już nie istniał. Następny też się rozpadł. Ale w 1994 r. nagrałem pierwszą kasetę z Włodkiem „Kiniorem” Kiniorskim. Zawdzięczam to Włodzimierzowi Kleszczowi z Polskiego Radia, który interesował się tzw. muzyką świata: to on popychał mnie do grania. Kiedy promowaliśmy kasetę z Kiniorem, poznałem chłopaków z VooVoo. Okazało się, że Waglewski też mieszka na Ursynowie i tak się zaczęła nasza współpraca. Po 1995 r. przestałem szukać pracy jako naukowiec i zostałem przy muzyce. I tak trwa to do dzisiaj.

 

Co pana inspiruje?

Nie komponuję muzyki, piszę teksty. Chociaż mieszkam w Polsce od 34 lat, wracam do tego, co zostawiłem w Senegalu. Zanurzam się w nostalgii, patrzę na swoją wioskę – ale z perspektywy osoby, która mieszka w Polsce. Na ostatniej płycie śpiewam o afrykańskich kobietach, jest też utwór, który mówi o magii, o Afryce, gdzie wierzy się w czary, dalekiej od chrześcijaństwa i od islamu. Napisałem też około stu wierszy, których jeszcze nie wydałem: Afryki jest w nich niewiele, więcej Warszawy. A z inspiracją bywa różnie: najczęściej na próbach chłopaki zaczynają coś grać, ja do tego improwizuję i jest nowy utwór. Tak samo było wcześniej, z Kiniorem i VooVoo.

 

Współpracował Pan z wieloma polskimi muzykami. Muzyka jako oś porozumienia różnych kultur?

Sztuka jest jedyną dziedziną, która łączy, wszędzie indziej pojawia się konkurencja. Jedynie sztuka jest neutralna, a na dodatek to jedyna sfera, którą człowiek chce się dzielić. Po drugie, ludzie sztuki mają określoną wrażliwość, dzięki której mogą funkcjonować jak w innym wymiarze. A poza tym, sztukę tworzy się dla innych, bo sztuka ze swej natury idzie do ludzi.

 

Nie komponuję muzyki, piszę teksty. Chociaż mieszkam w Polsce od 34 lat, wracam do tego, co zostawiłem w Senegalu – opowiada muzyk. Na zdjęciu od lewej: Mamadou Diouf, Pako Sarr, Grzegorz Rytka, którzy tworzą zespół Sahel Blues.  (fot. Inicjatywa Innowacji)

 

Czy trudno było zintegrować się z Polakami?

Polonicum było jedynym miejscem, gdzie przebywałem wśród cudzoziemców, potem wszędzie byłem z Polakami. Na moim roku było 190 osób, z czego tylko dwóch z Afryki. Mieszkałem w akademiku, gdzie na czterech piętrach było około 400 osób, w tym może osiem z Afryki. Ale tamte czasy były łatwiejsze. Co prawda, byliśmy bardziej egzotyczni niż teraz, jednak poza tym robiliśmy to samo, tak samo staliśmy w kolejkach i dostawaliśmy kartki na mięso. Najważniejszy był język, żeby się dogadać z ludźmi, i dobre wyniki. Na studiach nie odczuwałem wrogości. Może po roku nauki polskiego nie potrafiłem wychwycić pewnych złośliwości, ale wydaje mi się, że to były fajne relacje.

 

Czy przez te 30 lat spędzonych w Polsce spotkały pana jakieś nieprzyjemności ze strony Polaków?

Zdarza się często, że ktoś się wygłupia, gadając o Romach, Żydach, Afrykanach czy Czarnych, a reszta siedzi, śmieje się i przyklaskuje. Takich ludzi bez pardonu poniżam. Jeszcze na studiach, w autobusie natknąłem się na ekipę, która szydziła z Murzynów. Podszedłem do nich i bardzo głośno powiedziałem, że małpa i świnia mówią różnymi językami. No i na następnym przystanku wszyscy wysiedli. Albo parę lat temu, na Placu Bankowym podchodzi do mnie kibic Legii i pyta: „Co ty tu robisz?”. Dla mnie nie każdy, kto mówi po polsku, jest Polakiem, więc pytam: „Jesteś Polakiem?”. Nastroszył się, więc mówię: „No to znasz swoją historię. Powiedz, kiedy rządził Kazimierz Wielki?”. No i miał problem, pomylił się o sto lat. Poprawiłem go, a on podał mi rękę, podziękował i poszedł. Obie moje reakcje były różne, ale miały ten sam cel: edukację społeczną. Choć zdarza się, że ktoś od razu chce się bić.

 

Jak pan reaguje na takie sytuacje?

Kiedy Polak mówi mi coś nieprzyjemnego, to, jak myślę, wynika to z jego ignorancji. Jestem wykształcony, mieszkam tu od dawna, gram koncerty, prawie wszędzie byłem, także w Sejmie, w Pałacu Prezydenckim, i teraz zwraca się do mnie ktoś, kto prawdopodobnie zna tylko swoje podwórko… Dlatego namawiam kolegów z Afryki, żeby inwestowali w język i próbowali poznać polską historię. Jeżeli Polak nazywa mnie niewolnikiem i zna kontekst afrykański wyłącznie poprzez głód, wojnę czy AIDS, przypominam sobie, że mojego Senegalu to nie dotyczy. Pamiętam też, że Polska była pod zaborami. A mając tę wiedzę, widzę tylko ignoranta, który nie zna nie tylko mnie, ale i własnej historii.

 

Dlaczego nie przeciwstawiać się dziennikarzom, którzy unikają pisania o Afryce, próbują generalizować nasze problemy? – zastanawia się Mamadou Diouf. (fot. M. Szachowski)

 

Czy relacje między Polakami i przybyszami przez te lata uległy zmianie?

Kiedyś czuliśmy się jak w zoo, bo było nas niewielu, ale nie było agresji. Teraz miewamy do czynienia z ludźmi, którzy żyją w XXI wieku, ale mentalnie pozostali w czasach „W pustyni i w puszczy” i „Murzynka Bambo”, w sferze Europy kolonialnej, choć Polska kolonii nie miała. To często ci sami, którzy uważają, że mają monopol na patriotyzm: nie powiedzą „Afrykanin” czy „Senegalczyk”, bo to ich boli, oni po prostu powiedzą „Murzyn”. Generalnie, Polska jest krajem, gdzie można bez obaw eksponować swoją niewiedzę. Tymczasem, jeśli ktoś plecie bzdury, powinniśmy zareagować. Pamiętam, jak jeden ze znajomych wrócił z Francji i zaczął narzekać, że tak dużo tam Arabów. Pytam się go, czy ma obywatelstwo francuskie? Nie ma. Więc w czym problem?

 

Czy to nie z chęci edukowania i uświadamiania wynika pana działalność społeczna?

Zacząłem współdziałać z organizacjami pozarządowymi na początku XXI w., kiedy Polska aspirowała do Unii Europejskiej. Znajomy zaprosił mnie na jakieś spotkanie, bo „dużo się mówi o Afryce, a nikogo z Afryki nie ma”. I tak z naszego chodzenia na różne spotkania narodziła się idea fundacji Afryka Inaczej, którą założyliśmy w 2008 r. Już wcześniej namawiałem Afrykańczyków, żeby chodzili do szkół i opowiadali o swoich krajach. Do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego tak łatwo z tego rezygnowali. Dlaczego nie przeciwstawiać się dziennikarzom, którzy unikają pisania o Afryce, próbują generalizować nasze problemy? Przecież powinni mieć świadomość, że na tym kontynencie są 54 państwa. Że coś się dzieje w Republice Kongo, coś w Środkowej Afryce, że w Ruandzie była wojna domowa, że AIDS jest problemem nie całej Afryki, ale przede wszystkim w jej środkowej i południowej części. Tymczasem kiedy dziennikarz pisze o Francji czy USA, to się stara, a kiedy o Afryce – to nie musi, bo wie, że Polacy nie czekają na te informacje. Czasem zastanawiam się, czy Kapuściński rzeczywiście był Polakiem. Bo jeżeli Polska miała tam, w Afryce, takiego gościa w latach, kiedy praktycznie nie było tam nikogo z Europy, a przeciętni ludzie nic o Afryce nie wiedzą, to ja się zastanawiam, skąd on się wziął?

 

Czy można to zmienić?

Owszem, ale nie w tym pokoleniu, lecz w następnym. Zacząłem się spotykać z dzieciakami, zarówno z przedszkola, jak i licealistami, w kinie na Sadybie. Pokazuję im filmy z Afryki, a potem pytam: „Po co ludzie podróżują?”. Wybieramy sobie jakiś fragment i rozmawiamy o nim. Wychodzę z założenia, że każdy dla innego człowieka jest kimś egzotycznym. Rozmawiamy więc o Afryce, ale i o Polsce, szukamy tego, co wspólne. Na przykład, cyfry arabskie, które dla przeciętnego Europejczyka są europejskie. Mam nadzieję, że kiedy o tym rozmawiamy, ta młodzież dostrzega, że ludzka wiedza jest po prostu ludzka, bo gdyby każdy zatrzymał dla siebie to, co wymyślił, to byśmy ciągle siedzieli w jaskiniach. Cały czas wymieniamy się doświadczeniami, więc gadki o „naszych” wartościach są bez sensu. Oczywiście tak nie mówię, ale próbuję doprowadzić, by sami to zrozumieli. I chyba już zaczynają rozumieć. Bo jak zadaję im pytanie o polskie rytmy, polską muzykę, wymieniają reggae, jazz, disco polo. A ja mówię, że to wszystko z importu. Więc zastanawiają się, o co mu chodzi. I wtedy nawiązuję do kujawiaka czy oberka. Patrzą na mnie, a ja wiem, że coś zaczyna świtać.

 

Rozmawiała Michalina Bieńko

 

Please Enter Your Facebook App ID. Required for FB Comments. Click here for FB Comments Settings page

Zobacz też:
Który to świat?

Który to świat?

Druga część opowieści o Malezji. Pisze i fotografuje Weronika Rzeżutka...
Koczownicy z dachu świata

Koczownicy z dachu świata

Fotoreportaż z Czangtangu
Od pomysłu do premiery, czyli jak powstaje film

Od pomysłu do premiery, czyli jak powstaje film

Przebieg produkcji filmowej na przykładzie dokumentu „15 stron świata”

Name required

Website