Maria Ramos: Portretuję rzeczywistość

[spider_facebook id=”2″]

Jedna z najwybitniejszych dokumentalistek.  Po kilkunastu latach emigracji wróciła do ojczyzny, by spojrzeć na społeczeństwo, które zostawiła. Filmy, które powstały dzięki tej podróży, znacznie różnią się od większości współczesnych dokumentów. Doceniana przez krytyków. Uwielbiana przez publiczność, nad którą – jak sama przyznaje – nie ma żadnej kontroli. Zdystansowana i zaangażowana jednocześnie. O jej twórczości i tym, co ją ukształtowało, z Marią Ramos rozmawia Klaudia Kryńska.

 

Urodziła się pani i wychowała w Brazylii. Pani dzieciństwo przypada na okres dyktatury. Jak pani to wspomina?

Jako dziecko nie byłam świadoma sytuacji politycznej. Moi rodzice nie byli politycznie zaangażowani, więc o tym, co się dzieje w kraju, dowiedziałam się dopiero w liceum. Wtedy zaprzyjaźniłam się z opozycjonistami, zaczęłam sprzeciwiać się dyktaturze, brałam udział w demonstracjach na rzecz demokracji. Niedługo potem, na studiach, zaczęłam czytać dzieła Marksa, Engelsa, Freuda i natychmiast stałam się socjalistką, a moje życie diametralnie się zmieniło. Muszę przyznać, że moja mama była tym wyborem bardzo rozczarowana. Mój dom był katolicki, zostałam wychowana w tej wierze, a na studiach zmieniłam się w ateistkę. Matka uważała to za zdradę. Wtedy podjęłam decyzję o wyjeździe z kraju.

 

Po pobycie we Francji i Anglii oraz zdobyciu dyplomu z muzykologii przyszedł czas na Holandię i szkołę filmową. Dlaczego zdecydowała się pani na te studia?

Odkąd skończyłam 16 lat, bardzo dużo czasu spędzałam w kinie, oglądałam bardzo dobre produkcje, kino artystyczne. To właśnie wtedy zakochałam się w sztuce filmowej, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zostać reżyserką. W tamtym czasie w Brazylii panował kryzys, nie było pieniędzy na kinematografię, a przynajmniej nie w miejscu, w którym żyłam. Dlatego nigdy nie rozważałam pracy w przemyśle filmowym. Gdy zamieszkałam w Holandii, zdałam sobie sprawę, że muzyka nie sprawia mi radości, i wróciłam do moich zainteresowań filmowych. Chciałam spróbować swoich sił, sprawdzić, czy nadaję się do robienia filmów. I tak znalazłam się na Akademii Filmowej.

 

Powiedziała pani, że w pani dokumentach forma jest ważniejsza lub tak samo ważna jak treść. Dlaczego? Czy wynika to z inspiracji filmem fabularnym?

Nie, zresztą nie chodzi o to, że treść jest mniej ważna. W tym samym stopniu istotne jest nie tylko to, co postrzegasz, lecz także to, jak to postrzegasz. Nie chcę dokonywać podziału filmu na formę i treść. Dla mnie treść jest konsekwencją formy, którą w danym przypadku wybieram. Dla przykładu: sposób, w który filmuję daną scenę lub cały film, determinuje to, co zobaczy publiczność oraz jak to zobaczy. Jeśli zdecyduję się, żeby umieścić publiczność w bardziej zdystansowanej roli obserwatora, to będzie mogła spojrzeć na całą sytuację z szerszej perspektywy zamiast stawać się częścią akcji. Staram się skłaniać do refleksji przez uprzednie wytworzenie wspomnianego dystansu. Niezależnie od treści. Nieważne, czy robię film o dziesięcioletniej dziewczynce, czy o wymiarze sprawiedliwości – ten model działa.

 

Nie umieszcza pani w swoich filmach wywiadów z bohaterami czy głosu z offu, które są popularne we współczesnym kinie dokumentalnym. Postacie na ekranie po prostu są, rozmawiają ze sobą, nawiązują relacje…

Tak, ale przed rozpoczęciem zdjęć przeprowadzam mnóstwo rozmów z moimi bohaterami. Kiedy zaczynamy zdjęcia, znamy się już bardzo dobrze, ufamy sobie. Bohaterowie są dla mnie bardzo istotni, moje filmy właściwie są skonstruowane z ich żyć. Muszę więc mieć z nimi dobre relacje.

 

Maria Augusta Ramos (Guta) - Diretora de Cinema - Setembro de 2007

 

Trudno zdobyć ich zaufanie?

To zależy od osoby, z którą pracuję. Przede wszystkim muszę znaleźć dobrych bohaterów. Mówiąc dobrych, mam na myśli nie moralnych czy prawych, ale takich, którzy przed kamerą będą tak samo autentyczni, jak poza nią. A jednocześnie ludzi uosabiających cechy warte pokazania w filmie lub reprezentujących ważny aspekt rzeczywistości, którą portretuję. Ludzie chcą być wysłuchani, więc ich słucham. Jestem ciekawa ich historii, a oni są moim źródłem wiedzy.

 

Czy taką bohaterką jest matka ze „Sprawiedliwości”?

Tak, ona jest wspaniała. Wybrałam ją intuicyjnie. Czasami po prostu widzę kogoś, rozmawiam z nim dwie minuty i już wiem, że to ta osoba. Kiedy spotkałam tę kobietę, od razu wiedziałam, że chcę, by była w filmie. To reprezentacja wszystkich matek. Bardzo autentyczna, prawdziwa, piękna. Jednak nie zawsze udaje mi się trafić z bohaterami. Dlatego zwykle zaczynam zdjęcia z większą liczbą bohaterów niż ta, którą ostatecznie widzimy w filmie. Zdarzają się niespodziewane sytuacje: ludzie rezygnują albo stwierdzam, że nie zadziałają na ekranie. Film jest bowiem nie tylko fabułą, nie tylko tym, co się w nim dzieje, lecz także samym procesem filmowania. Ewoluuje w czasie – nie tylko tym projekcyjnym, ale przede wszystkim rzeczywistym.

 

Jak znajduje pani swoich bohaterów?

Po prostu idę w miejsce, które chcę filmować, i szukam ludzi, którzy tam żyją. Pracując nad trylogią o wymiarze sprawiedliwości, zaczęłam jednak od przeglądania akt, zapisów rozpraw. Potem szukałam oskarżonych, sprawdzałam, gdzie przebywają, i umawiałam się na spotkania z nimi.

 

Dlaczego wybrała pani na temat swojej trylogii akurat wymiar sprawiedliwości?

Po „Daisy” zapragnęłam wrócić do Brazylii i spojrzeć zza kamery na społeczeństwo, które zostawiłam. Przyjaciółka poradziła mi, żebym przygotowania do filmu zaczęła od wizyty w sądzie. Za jej namową poszłam na rozprawę i od razu stwierdziłam, że przez pryzmat tej białej sali będę mogła pokazać przekrój całego społeczeństwa (sędziów, obrońców, oskarżonych, ich rodziny), sytuację całej Brazylii oraz to, co ją kształtuje. Te filmy są przede wszystkim odzwierciedleniem społeczeństwa. Tak samo jak „Wzgórze przyjemności”które jest czymś więcej niż portretem policji i mieszkańców biednych dzielnic miasta. Cała trylogia to nie opowieść o favelach. To historia ponownego scalenia Brazylii, zapomnienia krzywd i wybaczenia.

 

Świadczy o tym film „Bądź grzeczny”, w którym pokazuje pani favele tylko w końcowej scenie i w więzieniu.

Dokładnie.

 

Nie robi więc pani filmów z tezą. Musi być jednak jakieś założenie czy cel.

Moim celem jest sportretowanie rzeczywistości z całą jej złożonością i wielowymiarowością. Świat nie jest czarno-biały. Oczywiście, najłatwiej byłoby przedstawiać go w ten sposób, tak jak robią to media – pokazują z jednej strony policję, a z drugiej biedaka-kryminalistę, którego publiczność natychmiast chce wsadzić do więzienia. Ja nie chcę tego robić. Wierzę, że jeśli przedstawię świat w całej jego złożoności, to prawda o nim wyjdzie na jaw.

 

Hill of Pleasures_dir.Maria Ramos

 

Na czym polega manipulacja w pani filmach?

Moje filmy to moja wizja rzeczywistości. Wybieram co i jak sfilmuję. Oczywiście nie polega to na tym, że proszę ludzi, aby zrobili coś konkretnego. To byłoby fałszywe. Są jednak rzeczy, które mogę sprowokować. Dla przykładu: we „Wzgórzu przyjemności” sprzedawca książek został wezwany na komisariat w związku z głośną imprezą. Dowiedziałam się o tym i chciałam mu towarzyszyć z kamerą. Wiedziałam, że posterunkowy nie zgodzi się na filmowanie, więc poprosiłam policjanta, żeby pozwolił mi sfilmować się w pracy, a sprzedawcę poprosiłam o to, żeby przyszedł akurat wtedy, gdy będę na posterunku z kamerą. I tak się stało. W ten właśnie sposób manipuluję.

 

Czy uważa pani, że już sama obecność kamery zmienia zachowanie ludzi?

Oczywiście, obecność kamery ma moc sprawczą. Jest swego rodzaju katalizatorem. Pewne rzeczy mogą zaistnieć tylko dlatego, że kamera jest w pobliżu. I nie czyni to ich fałszywymi. Ta kobieta we „Wzgórzu przyjemności”, która krzyczała z powodu skradzionych butów, pojawiła się nagle, podczas gdy filmowaliśmy inną scenę. Dzięki obecności naszej ekipy poczuła, że wyrażana przez nią opinia zostanie usłyszana. Nie uważam natomiast, że kamera sprawiła, że ona zachowywała się sztucznie. Często słyszę, że kamera zmienia zachowania ludzi. Odpowiadam wtedy: Idź i zrób dokument, sam zobaczysz jak jest.

 

Po „Z punktu widzenia nocnego portiera” Krzysztof Kieślowski powiedział, że nigdy nie zrobi filmu przeciwko swojemu bohaterowi. Wbrew jego zamiarom publiczność odebrała jego bohatera jako potwora. Czy kiedykolwiek miała pani podobne przemyślenia lub doświadczenia?

Nie mam żadnej kontroli nad publicznością. Myślę, że dystans, który kreuję, pozwala widzieć bardzo dużo, pozwala też na wiele interpretacji. O Lucianie, sędzi z „Bądź grzeczny”, część publiczności myślała, że jest okropna, natomiast część uważała, że dobrze wykonuje swoją pracę. Tyle zdań, ile punktów widzenia. Interpretacja zależy od poglądów i podejścia do życia konkretnego widza. Ci bardziej prawicowi będą uważać, że surowa sędzia ma rację; lewicowi powiedzą, że nie ma. Ludzie widzą w moich filmach to, co sami chcą widzieć. Nie ubolewam nad tym. Mnie i Kieślowskiego różni to, że ja tworzę w demokracji, a on musiał zmagać się jeszcze z systemem i nie mógł pokazać wszystkiego. Ówczesna publiczność też była inna. Chociaż i moi widzowie potrafią mnie zapytać, dlaczego nie pokazałam przemocy, która jest w favelach. Tu łączę się z Kieślowskim.