Obserwatorka

[spider_facebook id=”2″]

 

Miała być malarką, a została wybitną dokumentalistką. Od ponad 25 lat rejestruje polską rzeczywistość, pomagając nam ją oswoić i zrozumieć.

 

Fot. Tadeusz Koczanowicz (na tle obrazu pradziadka Wojciecha Piechowskiego)Głównymi cechami filmowego języka Marii Zmarz-Koczanowicz są ironia i dystans
(fot. Tadeusz Koczanowicz)

 

Urodzona w 1954 roku, Maria Zmarz-Koczanowicz jest co prawda młodsza od Barbary Toruńczyk czy Adama Michnika (oboje z rocznika 1946), należy jednak niewątpliwie do tej samej generacji. Ich pokolenie to pokolenie Marca ‘68, formacja przywódców opozycji z czasów PRL oraz budowniczych nowego systemu. Dokumentalistka dzieciństwo spędziła w Cieplicach Śląskich – małej, uzdrowiskowej miejscowości na południu Polski (obecnie Jelenia Góra). Swoją młodość związała z Wrocławiem. W 1978 roku ukończyła malarstwo na tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych. Pod koniec lat 70. opuściła miasto, by studiować reżyserię na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, którą ukończyła w 1982 roku. Przez rok studiowała także scenografię w Warszawie. Na swoim koncie ma szereg filmów, w tym także realizacje Teatru Telewizji oraz scenariusze do dzieł innych twórców.

 

Maria Zmarz-Koczanowicz zapytana, skąd bierze pomysły do swoich dokumentów, odpowiada: – Podrzucają je znajomi, przyjaciele, a czasami jest tak, że życie podtyka mi sytuacje tak absurdalne. Czuję się wtedy tak, jakby ze mną było coś niedobrze. I kiedy tak się czuję (…), to odbieram to jako znak, że ta rzecz jest dobrym materiałem na film. Ta wypowiedź ma duże znaczenie dla zrozumienia jej specyficznego stylu, który wypracowała już na początku reżyserskiej kariery, gdy zrealizowałą film o kolejkowej rzeczywistości. Głównymi cechami filmowego języka Marii Zmarz-Koczanowicz są ironia i dystans, tak typowe dla ludzi dorastających w „najweselszym socjalistycznym baraku”. Młodość spędzona w szarej, PRL-owskiej rzeczywistości naznaczyła ją więc jako dokumentalistkę. – Filmy Marii Zmarz-Koczanowicz są jak spacer przez Polskę ostatniego ćwierćwiecza w towarzystwie bystrego, dowcipnego, ciekawego życia obserwatora – opisał jej twórczość Tadeusz Sobolewski.

 

Za czym ta kolejka stoi?

 

Wspomniany już wcześniej film „Każdy wie, kto za kim stoi” to debiut reżyserki. Zrealizowany w 1983 roku jest zapisem kolejkowej rzeczywistości. W cierpiącym na „permanentny brak” PRL-u wielodniowe stanie w kolejce po przedmioty codziennego użytku było jedną z podstawowych form spędzania czasu, czymś zupełnie naturalnym. Jedni tworzyli komitety kolejkowe, inni chcieli się wedrzeć bez kolejki. Ciągle rodziły się konflikty między tymi, którzy już „byli na liście” i tymi, którzy ją podważali. Zmarz-Koczanowicz pokazała w swoim filmie absurd tej rzeczywistości oraz ludzi zmienionych w maszyny, na kształt kolejkowego robota „Ewa” z serialu „Alternatywy 4”. W filmie napięcie narasta stopniowo, a momentem kulminacyjnym jest otwarcie sklepu. Początkowy porządek, wyznaczany przez samozwańczych strażników, zostaje złamany, a tłum rozpierzcha się w poszukiwaniu wyczekiwanych towarów. W PRL-u takie sceny to rutyna. Monotonię ówczesnego trybu życia podkreśla także dźwięk, a zwłaszcza replikacja powtarzanych jak mantra kolejkowych fraz. Z „Każdy wie…” wyłania się też postać samej reżyserki, jej humorystyczny i ironiczny ton. Nie jest to jednak śmiech szyderczy ani pogarda. Dokument to zwykły portret zwykłych ludzi, z którymi Zmarz-Koczanowicz wydaje się utożsamiać. Portretowana rzeczywistość należy przecież także do niej.

 

https://www.youtube.com/watch?v=e00Jl-DDUvk

 

Pokolenie ‘89

 

W jednym z późniejszych filmów reżyserka powraca do czasów komunizmu, tym razem odbijającego się głównym bohaterom jak czkawka. „PRL to jest największe gówno, jakie mogło się zdarzyć komukolwiek na świecie” – to zdanie otwiera „Pokolenie ‘89” – film-portret ludzi, których wczesna młodość przypadła na czas stanu wojennego. Wśród bohaterów dzieła – same znane twarze: Marcin Meller – ówczesny redaktor „Polityki”, potem przez niemal dekadę redaktor naczelny „Playboya”, Krzysztof Varga – pisarz i współpracownik „Gazety Wyborczej”, Paweł Piskorski – wówczas poseł Platformy Obywatelskiej. Od razu zauważamy, że przy wyborze bohaterów, autorka posłużyła się pewnym kluczem. – Nie wierzę w żadne generacyjne statystyki; uważam, że pokolenie określa jego kwiat – inteligencja – wytłumaczyła swoją decyzję w wywiadzie dla „Kina”. Tak natomiast opisała swoich bohaterów: – Zazdrościli pokoleniu ‘68, twórcom KOR. Liczyli na to, że po 1989 przyjdzie ich wielki czas. Liczyli, że będą mieli wpływ na politykę, jednak zostali do niej zniechęceni. Kiedy dziś patrzy się na degradację polskiej klasy politycznej, myśli się: szkoda, że ci młodzi inteligenci z pokolenia ‘89 zostali odepchnięci. Choć od strony życiowej wyszło im to na dobre. Nie utopili w polityce swoich talentów. Nie ma w nich kompleksów, frustracji, resentymentu. Nic z polskiego poczucia niższości, które było udziałem mojego pokolenia. Jest w nich za to poczucie partnerstwa wobec Zachodu. Robiłam film o nich wkrótce po powrocie ze Stanów – przypominali mi młodych Amerykanów.

 

Maria Zmarz-Koczanowicz zalicza się do pokolenia architektów III RP i jest niewątpliwie reprezentantką polskiej elity. W tym filmie oddaje głos młodszym kolegom, którzy przejmą po niej schedę. Próbuje zrozumieć ich rozterki, nieudane polityczne aspiracje i oczekiwania wobec nowej Polski budowanej także przez nią samą.

 

Panowie na zewnątrz, panie w środeczku

 

Kolejną próbą oswojenia i zrozumienia zastanej rzeczywistości jest film „Bara Bara” z 1996 roku, w którym Zmarz-Koczanowicz poznaje środowisko artystów i fanów nurtu disco-polo. Coś bardzo wstydliwego, coś co kłuje i uwiera i o czym bardzo chcemy zapomnieć, reżyserka wyciąga na światło dzienne. Film początkowo wydaje się lekki i zabawny, w rezultacie jednak okazuje się bardziej do płaczu i refleksji. Nad Polską i polskością. Nad tym, że to, co przaśne i paździerzyste jest niestety bardzo nasze. Nad tym, że wódka zawsze będzie pasować do Polski bardziej niż wino.

 

Sławomir Świerzyński, lider zespołu Bayer Full, uznawany za tuza polskiej sceny tanecznej podaje nam w jednej ze scen receptę na dobrą piosenkę: – W strukturze muzycznej musi być zachowany rytm polki, my nazywamy to „stopa, werbel, przebitka”. Jako Polacy lubimy też przydźwięki ułańsko-kozackie. A w tym wszystkim słowa proste, przyjemne, łatwe do powtórzenia („Tak, tak, tak, bawmy się, tańczmy aż do rana. Nie, nie, nie, nie odmawiaj mi ukochana”). Jakaś szabelka, kobieta miła i czuła, a wszystko zakrapiane alkoholem. I sukces zapewniony.

 

Bara Bara_4Kadr z filmu „Bara-bara” , reż. Maria Zmarz Koczanowicz (fot. materiały prasowe)

 

Maria Zmarz-Koczanowicz zamiast gotowych recept, podaje nam prawdę. Złą. Chce, żebyśmy w naszym biegu ku Europie zatrzymali się na chwilę i przyjrzeli samym sobie. Żebyśmy poczuli się brzydziej i gorzej, przyznali się do tego, kim jesteśmy. Nowe czasy wymagają zredefiniowania pojęcia „naród”, tego, co nas spaja i czyni Polakami. Czy tym czymś jest nostalgia i tęsknota za zielonym stepem? Czy Polakami jesteśmy najbardziej wtedy, gdy wkupujemy się w łaski pana młodego „flaszką wódki”? Reżyserka nie daje nam gotowych odpowiedzi, mnoży pytania i zmusza do tego, byśmy rozwiązań poszukali sami. To Maria-nauczycielka. Nigdy nie przyjmuje tonu paternalistycznego, nie poucza. Dba jednak o swoich uczniów i pilnuje, by odrobili lekcję z obywatelskości. Socjologiczny punkt widzenia to trzecia, po dystansie i ironii, główna cecha filmów Marii Zmarz-Koczanowicz i zarazem jej samej jako człowieka.

 

Jako reprezentantka społeczeństwa występuje w „Kocham Polskę”, gdzie kieruje kamerę na członków Młodzieży Wszechpolskiej. Zastanawiając się nad fenomenem tej organizacji, pokazuje pokolenie nie przez pryzmat jego kwiecia, tylko „kwiatków”, którym nieobce są ani resentymenty i frustracja, ani poczucie niższości. To wszystko maskowane jest demonstracją fizycznej siły. Zmarz-Koczanowicz towarzyszy swoim bohaterom podczas zjazdów, spotkań, jest obecna na oficjalnych wiecach. Prowokuje ich do dyskusji o wartościach, zadaje mnóstwo pytań, głównie takich, które chcielibyśmy zadać im sami.

 

Koniec spaceru?

 

W ciągu 25 lat spaceru przez pokolenia zdążyliśmy dowiedzieć się bardzo dużo o nas samych. Filmy Marii Zmarz-Koczanowicz skupiają jak w soczewce losy polskiej transformacji. Zarówno jej ofiar, jak i beneficjentów. W 2008 roku, gdy uzyskała stopień doktora sztuki filmowej i została prodziekanem łódzkiej Filmówki, Maria Zmarz-Koczanowicz zmieniła kurs. Postanowiła przyjrzeć się swojemu pokoleniu i wydarzeniom, które je ukształtowały. Za takie uważa m. in. Marzec ’68, czego dowodzą „Dworzec Gdański” (2007) oraz „Zwyczajny Marzec” (2008), za który uhonorowana została Krzyżem Odrodzenia Polski.

 

Dw gdanskiKadr z filmu „Dworzec Gdański” , reż. Maria Zmarz-Koczanowicz (fot. materiały prasowe)

 

Do relacji polsko-żydowskich reżyserka wraca również w portrecie Wiery Gran, realizując film pod tym samym tytułem. Jednocześnie kończy swój spacer po Polsce swojskiej i przaśnej, Polsce zbuntowanej, Polsce dla Polaków. Nowy rozdział w jej twórczości otwiera nowy rozdział także w jej życiu. W pierwszych filmach mogliśmy zaobserwować fascynację wczesnym kinem Piotra Szulkina czy Wojciecha Wiszniewskiego (podobieństwo „Każdy wie…” do „Kobiet pracujących” czy „Elementarza”). Jednak zapytana o inspiracje odpowiada: – Naśladując mistrzów, należy uważać, by zachować swój własny język i to, co chce się przekazać. Dzisiaj jest dobry czas na robienie filmów intymnych, czemu sprzyjają małe kamery. Myślę, że to jest przyszłość kina.

 

Takie też jest ostatnie dzieło reżyserki. Maria Zmarz-Koczanowicz się zmienia. Nie znaczy to, że rezygnuje z socjologicznego spojrzenia lub porzuca ironię. Zaczyna po prostu głębiej zanurzać się w opowiadaną historię, a prowadząc przez nią swoją publiczność, powoli wychodzi z roli obserwatorki. Obserwacje Polski przeradzają się w obserwację Polki. Może niedługo skieruje kamerę na siebie?

 

Opracowała
Klaudia Kryńska

 

Czytaj także wywiad z reżyserką