Marta Szarejko: Wolę lubić swoich bohaterów

 

„Trzeba dużo czytać, wychodzić z domu, słuchać ludzi i pisać” – mówi Weronice Rzeżutce reporterka, stypendystka Fundacji Herodot, autorka książek „Nie ma o czym mówić” i „Zaduch” Marta Szarejko.

 

Marta Szarejko

Marta Szarejko pisze reportaże, recenzje, przeprowadza wywiady (fot. Zosia Promińska)

 

Pani książki są o ludziach samotnych, wykluczonych, którzy nie do końca dobrze czują się w miejscu, w którym są. Dlaczego akurat ta tematyka panią pociąga?

Pisanie o ludziach szczęśliwych i sytych wydaje mi się nudne. Jeżeli nie ma jakiegoś zgrzytu w człowieku, dziwnej historii, to o czym pisać? Ciekawi mnie niedoskonałość.

 

Po co pisze się takie reportaże?

Po to, żeby zaskoczyć, pokazać inną, nieznaną albo przemilczaną perspektywę. I żeby wzbudzić emocje w czytelniku, sprowokować go do myślenia, otworzyć na jakiś temat, którego nie zna. Reporter jest sondą zapuszczoną w rzeczywistość, przedstawia obserwowany przez siebie jej wycinek. Gdy pisałam książkę o bezdomnych „Nie ma o czym mówić”, czułam, że ludzie, także moi przyjaciele, patrzą na nich jak na dziwadła z jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Obserwując ich z bliska przez bardzo długi czas, miałam poczucie, że oni są bardzo blisko i niewiele trzeba, aby osunąć się w tę bezdomność. To było dla mnie szalenie interesujące.

 

A „Zaduch”?

W „Zaduchu” interesowało mnie zderzenie dwóch grup moich znajomych. Jestem z małej miejscowości i długo mieszkałam w akademiku, dlatego część moich znajomych to ludzie spoza Warszawy. Natomiast na kulturoznawstwie cała moja grupa, oprócz mnie i jednej koleżanki, była z miasta, z inteligenckich rodzin. Podczas spotkań osób z obu grup zauważyłam, że ich zetknięcie kryje w sobie bardzo duży potencjał na zgrzyty towarzysko-uczuciowe. Rzeczy, które w tych czasach wydają się absurdalne, jak np. mezalianse, mają miejsce. Z jednej strony ludzie z małych miejscowości są zdeterminowani i zmotywowani, ale też mają kompleksy. A z drugiej ludzie z miasta, którzy nie mają pojęcia jak to się stało, że ich koledzy z wiosek są w tym samym miejscu, chociaż w ich domach nigdy nie czytało się książek.

 

„Zaduch” powstał bardziej dla ludzi z małych miejscowości czy dla warszawiaków?

Mnie bardziej ciekawi refleksja warszawiaków. Osoby z małych miejscowości, czytając tę książkę, często utożsamiały się z jej bohaterami, w ich historiach odnajdywały swoje życie. Dla warszawiaków to był wstrząs. Problem wydawał im się wymyślony. Jedna z moich koleżanek powiedziała mi, że to było dla niej bardzo odkrywcze, bo ma wielu przyjaciół z małych miejscowości, ale nigdy z nimi o tym nie rozmawiała. A później dodała, że wolałaby tego wszystkiego nie wiedzieć, że to niewygodne i uciążliwe.

 

Książka „Zaduch” powstała dzięki stypendium dla młodych dziennikarzy im. Ryszarda Kapuścińskiego (przyznawanego przez Fundację Herodot ). Autorka otrzymała je w 2013 roku (fot. Paulina Komarowa) 

 

Kiedy zdecydowała pani, że chce słuchać i opisywać ludzi?

Nie pamiętam konkretnego momentu, jakiegoś olśnienia. W liceum zaczęłam czytać książki Kapuścińskiego. One otworzyły mi oczy. Gdy przyjechałam na studia do Warszawy, często zaczepiali mnie bezdomni – szczęśliwi, nieszczęśliwi, mitomani z bardzo barwnym, uwodzącym językiem. Napisałam o nich pracę na antropologię słowa, która potem przeobraziła się w tekst do „Dużego Formatu”. Pomyślałam, że to dobry materiał na książkę i ją napisałam. Od pewnego momentu, a była to mniej więcej połowa studiów, nie wyobrażałam sobie, że mogę robić coś innego.

 

Pierwszy reportaż i od razu „Duży Format”? Brzmi to trochę niewiarygodnie.

Dlaczego? Napisałam, wysłałam do redakcji, zadzwonił do mnie Mariusz Szczygieł i dwa tygodnie później tekst ukazał się w „Dużym Formacie”. Potem napisałam jeszcze jeden tekst – „Antropologię płatnego seksu” – o portalu, na którym mężczyźni oceniają prostytutki w skali od 1 do 10. Skończyłam studia i zaczęłam pracę w miesięczniku kulturalnym „Bluszcz”, gdzie pracowałam do zamknięcia tej gazety. Miałam szczęście.

 

Może ma pani po prostu talent do pisania.

Nie sądzę, żebym miała jakiś wielki talent do pisania. Trochę mam do słuchania. Nie jestem duszą towarzystwa, która roztacza opowieści, uwodząc słuchaczy swoją charyzmą, raczej obserwuję. Myślę, że moi rozmówcy czują, że mogą swobodnie zagospodarować tę przestrzeń. I że przychodzę do nich przyjaźnie nastawiona, bez potrzeby oceniania ich, czy konfrontowania się z nimi. Wolę lubić swoich bohaterów.

 

A dlaczego ludzie, na przykład ci bezdomni, chcą opowiadać o sobie akurat pani?

Byłam bardzo młoda, trochę naiwna. Lgnęli do mnie, bo nie odtrącałam ich w przedbiegach, interesowali mnie, chciałam ich słuchać. Myślę, że właśnie to zainteresowanie jest kluczowe.

 

P1020067a

Marta Szarejko była gościem I Festiwalu „Natura – Kultura – Media” im. Ryszarda Kapuścińskiego w Izabelinie (fot. Monika Tułodziecka)

 

Teraz, gdy jesteśmy mobilni, powstają reportaże podróżnicze, o egzotycznych kulturach i dalekich wojnach. A pani pisze o ludziach obok nas. To ciekawsze od dalekich krajów?

Polska jest zupełnie nieopisana. To pewna strata, że najlepsi polscy reporterzy nie zajmują się nią, tylko rzucają się natychmiast na wojnę albo do dalekich krajów. Taki reportaż oczywiście jest potrzebny, ale mam wrażenie, że w pewnym momencie zachwiały się proporcje. Jeszcze w liceum zaczytywałam się reportażami Wojciecha Tochmana, pamiętam dobrze „Schodów się nie pali”. Jeden z tych reportaży dział się w wiosce, w której kiedyś mieszkała moja babcia. To było dla mnie niesamowite, że znam to miejsce dobrze, a on mi je pokazuje z zupełnie innej perspektywy.
Chociaż ten trend się trochę zmienia. W Dowodach na Istnienie ukazała się ostatnio książka Konrada Oprzędka „Polak sprzeda zmysły”. Wspaniała. Może kolejne pokolenie reporterów wróci do Polski? Przydałby się ktoś, kto porządnie opisze wieś.

 

A tam co jest ciekawego?

Na przykład to, jak się ta wieś zmienia. Wydaje mi się, że ludzie, którzy nie mieszkają na wsi, mają trochę abstrakcyjne wyobrażenie o małych miejscowościach. Albo mają sielankową wizję rozkosznej przyrody, albo widzą patologię. Kilka lat temu byłam na spotkaniu autorskim Andrzeja Muszyńskiego. Pytania ludzi, którzy przyszli go posłuchać, brzmiały mniej więcej tak: wyjeżdża pan daleko – czy ludzie w pańskiej rodzinnej wsi wiedzą w ogóle, gdzie to jest? Były to niemal pytania o to, czy na wsi jest telewizor! On bardzo dyplomatycznie i miło odpowiadał, że tak, że wszyscy mają Internet, mogą sobie sprawdzić, jesteśmy ciągle w kontakcie. Jednak było to upiorne. Właśnie podpisałam umowę na kolejną książkę i będzie ona trochę o wieś zahaczać.

 

Może pani zdradzić coś więcej?

To będzie zbiór reportaży o gejach i lesbijkach żyjących w małych miejscowościach.

 

Czyli następni wykluczeni?

Tak, nawet bardziej niż bohaterowie „Zaduchu”.

 

P1020053a

– Ludzie widzą, że nie mam złych zamiarów. Przychodzę przygotowana i mówię, że w każdej chwili mogą się wycofać – mówi Marta Szarejko o tym, jak zjednuje sobie bohaterów
(fot. Monika Tułodziecka)

 

Gdzie się szuka tematów?

Jeżeli chodzi o książki, nigdy ich nie szukałam. U mnie wszystko jest sprawą trochę osobistą. Obserwuję relacje różnych osób, które znam. Jeżeli mam przyjaciółki lesbijki, wychowujące dzieci i patrzę na gejów, którzy chcą się pobierać i mieć dzieci, od razu interesuję się tym bardziej. Jak to wygląda w innych miejscach? U innych ludzi? Jeżeli chodzi o gazety, to oczywiście szukam. Podsłuchuję ludzi, czytam bardzo dużo prasy i książek. Znalezienie tematu nie jest kłopotem, ważniejsze jest pokazanie go z zaskakującej strony.

 

A znaleźć bohatera i namówić go do opowiedzenia o sobie?

Nikt nie zna gejów i lesbijek żyjących w małych miejscowościach. A przecież muszą tam być! Różni działacze gejowscy mówili mi, że to będzie szukanie igły w stogu siana. Wystarczyło jedno ogłoszenie na Facebooku Kampanii Przeciw Homofobii i zgłoszenia się posypały. Tego samego dnia dostałam kilkadziesiąt maili.

 

Czyli ludzie chcą o sobie opowiadać?

Oczywiście. Zwłaszcza kiedy zostawia im się furtkę – wiedzą, że mogą być anonimowi, jeśli sobie tego życzą, że zawsze będą do bólu autoryzowali swoje wypowiedzi. Możemy negocjować, ale nigdy nie napiszę tego, na co by się nie zgodzili. Dziennikarze czasami stosują triki na otwieranie bohaterów, np. bardzo dużo mówią o sobie, żeby stworzyć poczucie intymności i szczerości albo przechodzą kursy psychologiczne, jak zadawać pytania, żeby wydobyć więcej niż pewnie ja wydobywam. Ale nie umiem zmyślać i manipulować. Ludzie widzą, że nie mam złych zamiarów. Przychodzę przygotowana i mówię, że w każdej chwili mogą się wycofać. Nie stawiam agresywnych pytań. Czasami ich rozśmieszam. Kiedy miałam wywiad z standuperkami, od razu powiedziałam im, że akurat jestem śniętą rybą. Rozbawiłam je i – takie rozweselone – popłynęły.

 

Pani wszystko tak łatwo przychodzi, że życie reportera wydaje się całkiem różowe.

Są też pewne problemy: brak etatów, brak dobrych pieniędzy, możliwości utrzymania się, jeżeli ktoś nie jest na stałe w jakiejś gazecie. Choć rzeczywiście od końca studiów nie było miesiąca, żebym miała z tym problem. Ostatnio z rozczuleniem oglądałam film „Spotlight”. Dziennikarze byli w nim tacy zwyczajni. Przez pół roku cały zespół pracował na jeden tekst. Teraz to niewyobrażalne: gdyby jeden dziennikarz miał pisać tekst kilka miesięcy, przymierałby głodem.

 

Dlatego warto się starać o różne stypendia.

Tak, to jest zbawienne dla młodych reporterów. Za stypendium przyznane przez Fundację Herodot przez rok można spokojnie żyć i pisać. Jurorzy są wspaniali, z całej fundacji bije niesamowite ciepło i troska o stypendystów. W 2015 roku wyszły trzy książki stypendystów: „Cyklon” Andrzeja Muszyńskiego, „13 pięter” Filipa Springera i mój „Zaduch”. Mariusz Szczygieł, który w styczniu prowadził uroczystość, powiedział w pewnym momencie: „Ryszardzie, zobacz jakie wspaniałe książki powstały za twoje pieniądze”.

 

 

Czytaj także:
recenzję książki „Zaduch”,
relację z festiwalu „Natura – Kultura – Media”.