/

Massimo Italiano Romantiko

Nowy Folder - #BananowaNiedziela


Oswajałem się od miesięcy z wizją polskiego Greya Blanki Lipińskiej w kinach. Najpierw byłem wściekły, że kolejny pornos przebije dobre polskie produkcje. Później dowiedziałem się, że na dokładkę to dzieło wyreżyseruje pani Białowąs i nadzieja ostatecznie umarła. Ale miesiąc po miesiącu, dzień po dniu, myśl po myśli, zacząłem dochodzić do wniosku, że, w sumie, dlaczego nie? Kto w życiu nie oglądał porno, niech pierwszy rzuci kamieniem. Jeżeli kobiety chcą pofantazjować w kinach o władczym Włochu, to kim jestem, by mieć z tym problem?


Ruganie tego filmu w Internecie i w rozmowach towarzyskich jest obecnie w dobrym tonie. W końcu trzeba się pokazać w pozycji konesera ambitnych produkcji, a nie idiotyzmów mających seksem bić kasowe rekordy. Książka Blanki Lipińskiej i film na jej podstawie są dokładnie jak disco-polo. Artyzmu w tym nie znajdziemy, Nobla ani Oscara nikt za to nie dostanie, ale przecież to ma bawić, a nie poszerzać horyzonty. Nie taka jest definicja czystej rozrywki? W końcu pod względem artystycznym, w czym „365 dni” jest gorsze od kolejnych idiotycznych polskich komedii, które co sezon zalewają nasze kina? Z nimi też tak ochoczo wojujemy?


Ostatecznie pogodziłem się z „365 dniami”, kiedy usłyszałem od znajomej, że dla jej koleżanki z pracy ta książka była pierwszym zetknięciem z seksualnością poza własnymi przeżyciami z mężem w łóżku, których, na marginesie, z roku na rok jest coraz mniej. W takim razie coś, czego nie czytałem, ale jedynie na podstawie doniesień medialnych uznałem za szmirę, dla tej kobiety było otworzeniem oczu na nieznane. Może po przeczytaniu „365 dni” trochę ożywią sypialnię (lub jakiekolwiek inne miejsce) z mężem? Może dzięki temu dadzą nowe życie wypalającemu się związkowi? Może ta książka spełni rolę bardziej wyuzdanej wersji „Sztuki kochania” i dzięki niej polskie kobiety na nowo odkryją swoją seksualność albo spróbują czegoś nowego, czego do tej pory brakowało im w życiu?


Oczywiście, w Polsce kobieta pisząca książkę opartą na seksie i otwarcie o tym seksie mówiąca, od razu jest narażona na ataki januszowatych troglodytów w średnim wieku i wykopowych inceli. Podobnie jak wszyscy zaangażowani w tę produkcję. A to jakiś zidiociały fotograf krzyknie do autorki na ściance, że „nie takie dupy miewał” (świetna reakcja Lipińskiej, wstyd za wszystkich facetów, którzy pozostawili to bez reakcji), a to odtwórczyni głównej roli będzie musiała w wywiadzie z huraganem taktu i dobrego smaku, Romanem Praszyńskim, odpowiadać na pytania o swoje życie erotyczne i wygląd majtek. Do tego wspomniani incele zalewający sekcje komentarzy pod każdym postem na temat „365 dni” na Facebooku. Jednak trzeba mieć twardą psychikę albo umiejętność wybiórczej ślepoty, żeby w tym kraju mówić o seksie.


Koniec końców, Blanka Lipińska pewnie zarobiła na książce i adaptacji więcej, niż którykolwiek z obrońców moralności i sztuki wysokiej może sobie wymarzyć. „365 dni” najpierw było bestsellerem, a teraz pewnie zostanie jednym z najchętniej oglądanych filmów roku w polskich kinach. Nie przeczytałem i nie przeczytam „365 dni”, ale nie mam zamiaru toczyć o tę książkę i jej adaptację wojen, bo są najwyraźniej w naszym kraju ludzie, którym były one potrzebne. I takiego podejścia życzę wszystkim, którzy wylewają swoje żale na forach.