/

Masturbator 2000

Nowy Folder - #BananowaNiedziela


Miałem szczęście wychowywania się w domu bez tabu, za co będę dozgonnie wdzięczny mojej rodzicielce. Dlatego w dyskusjach na temat tego, o czym można z dziećmi rozmawiać, a co lepiej odpuścić, bawi mnie podejście w stylu „jeśli nie powiemy o czymś dzieciom, znikąd się na ten temat nie dowiedzą”. Ergo – nigdy nie będą tego robić. Na pewno? W dobie Internetu?


Przy okazji ostatnich aktywności władz Warszawy, obok tematu głównego, czyli LGBT+, pojawił się również temat edukacji seksualnej w szkołach. I w sposób, można powiedzieć, naturalny, uaktywnili się rodzice „chroniący” dzieci – swoje i cudze, przed tematyką seksualną w szkole, niczym kangurzyce chowające młode w przed światem w swojej torbie.


Na początek chwila starczej refleksji od młodego człowieka. Doskonale pamiętam dziwne czasy dojrzewania, kiedy moje emocje miotały się pomiędzy „dziewczyny są głupie” a „dziewczyny mają piersi”, a słowa „penis” i „wagina” bawiły do rozpuku. Ciało wysyłało dziwne, z początku niezrozumiałe sygnały, o których nie wiadomo było z kim pogadać: z kolegami trochę wstyd, bo może oni tego nie mają, rodziców też głupio spytać czym jest ten namiot witający się ze mną z rana, a wychowawczyni była najgorszym możliwym pomysłem. Natomiast na lekcjach z końcówką „deżet” (WDŻ, PDŻ, czy jeszcze coś innego), nauczycielka wolała rozmawiać o fenomenie serialu „Włatcy móch”… W tej sytuacji pozostawał Internet, wtedy, pełzający, teraz używany przez dzieci, które ledwo raczkują. I tu chwila refleksji: jesteście sobie w stanie wyobrazić gorszego edukatora seksualnego?


Dziecka, z którym rodzice otwarcie rozmawiają o wszystkim, nie opowiadając bajek o bocianach, kapustach, czy cholera wie czym jeszcze, może nie interesować edukacja seksualna w szkole. Niech będzie. Jeżeli jednak nie ma tej partnerskiej relacji z rodzicami, brak tych zajęć w szkole pozostawia jedynie dwie drogi: albo dyskusje z rówieśnikami, które prawdopodobnie zakończą się dziwacznymi wyobrażeniami na temat seksu i ciała płci przeciwnej albo Internet, ze swoją niekończącą się rzeką porno. I jeżeli w tej chwili jakiś rodzic pomyślał sobie „no, ale przecież moje dziecko nigdy nie widziało porno, a słowa masturbacja pewnie nawet nie potrafi wymówić”, proponuję wziąć głęboki oddech i zastanowić się nad otaczającą rzeczywistością, która jest taka, jaka jest. Obecne nastolatki i niestety nawet dzieci, oglądają porno w HD, podobnie jak moje pokolenie oglądało rozpikselkowane porno ładujące się godzinę, moi rodzice oglądali porno na videokasetach, a dziadkowie z wypiekami przeglądali przemycone zza Żelaznej Kurtyny świerszczyki.


O co mi chodzi? Seks wciąż jest u nas tabu: seksu nie powinno się oglądać, nie powinno się o nim mówić, a i uprawiać się go powinno najlepiej tylko przy zgaszonym świetle, pod kołdrą i w jednej pozycji. Miałem ostatnio, przy okazji przygotowywania reportażu, który już niedługo na „Nowym folderze”, okazję porozmawiać z młodą położną. Opowiadała mi, że w gabinecie ginekologicznym pacjentka z kamienną twarzą powiedziała, że „boli ją tam”. Pomimo kilkukrotnych prób rozwinięcia tematu, nieugięcie obstawała przy enigmatycznym „tam”. Do tego właśnie prowadzi strach przed edukacją seksualną: dwudziestokilkuletnia dziewczyna przychodzi do lekarza, który dzień w dzień zajmuje się owym kobiecym „tam” i nie jest w stanie (nie umie? nie chce?) nazwać swoich miejsc intymnych. Na drugim biegunie są chłopcy, nastolatki i mężczyźni, którzy całą wiedzę o seksie zaczerpnęli z filmów porno, a później mdleją na widok rozstępów czy cellulitu, szukając niestrudzenie silikonowych biustów rozmiaru D, które są dla nich jedynym wyznacznikiem ideału kobiecości.


Może więc lepiej pozwolić dzieciakom dowiedzieć się od specjalistów czegoś o porannym wzwodzie i pierwszym okresie, żeby nie skończyć z ujemnym przyrostem, armią inceli oraz dziewczynami nieradzącymi sobie ze swoim „tam”. Chociaż może ten ujemny przyrost będzie lepszy od nastolatek w ciąży, bo ich partnerom nikt nie wytłumaczył jak się obchodzić z prezerwatywą.