Michał Olszewski: Reportaż jest rodzajem teleobiektywu

[spider_facebook id=”2″]

 

– Dziennikarz jest od wywlekania rzeczy, które są zawleczone pod powierzchnię. Jest pośrednikiem między miejscami w których coś nie gra, coś uwiera, coś boli, a społeczeństwem, które powinno się o tym dowiedzieć – mówi Michał Olszewski w rozmowie z Konradem Szczygłem.

 

Michał OlszewskiMichał Olszewski – dziennikarz, pisarz, publicysta. Pierwszy polski reporter uhonorowany Nagrodą im. Ryszarda Kapuścińskiego za zbiór reportaży „Najlepsze buty na świecie”
(fot. jacektaran.blogspot.com)

 

Rzeczywiście lubisz się czasami zasiedzieć u proboszcza?

Lubię. Bardzo miło się rozmawia z proboszczami.

 

Ludzie w małych miejscowościach są otwarci, czy raczej nieufni wobec dziennikarzy?

Są coraz mniej ufni. Ponieważ zdają sobie sprawę z tego, o czym na własnej skórze przekonała się Katarzyna Blum – dziennikarz może bardzo mocno pokaleczyć. Może pomóc, ale może też skrzywdzić. Nawet niechcący. W związku z tym są dosyć ostrożni. Duża w tym rola gazet takich jak „Super Express” czy „Fakt”, które wydają opinie błyskawicznie, bez oglądania się na kontekst i konsekwencje. Przyjeżdżają, robią zdjęcie, walą na odlew i jadą dalej.

 

Przyjeżdżasz do miejscowości X i co robisz najpierw?

Nie ma reguły. Czasem jest tak, że wiem do kogo pójdę, ponieważ mam na miejscu informatora. I to jest najsensowniejsze – znaleźć wcześniej kogoś, kto będzie chciał z tobą rozmawiać. Czasem musisz pojechać w miejsce X, ponieważ czeka tam temat do opisania, a na wejściu nie masz z kim rozmawiać. Wtedy chodzisz od domu do domu jak ksiądz po kolędzie, licząc na to, że ktoś w końcu otworzy i zechce cię przyjąć.

 

Czy o Polsce pisze się łatwo?

O Polsce pisze się bardzo trudno. Dystans pomiędzy dziennikarzem a opisywaną osobą jest krótszy. Bohaterowi łatwiej jest powiedzieć: „sprawdzam”. Reporter musi bardzo uważać na każde zdanie. Nietrudno jest wywołać nieoczekiwane konsekwencje. Jeśli jedziesz na drugi koniec świata, a potem wracasz i wydajesz swoją książkę w niszowym jednak języku polskim, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że bohaterowie jej nie przeczytają. Ale z drugiej strony, o Polsce pisze się znacznie łatwiej niż o innych miejscach na świecie. Tutaj jesteś
uzbrojony w dogłębną znajomość języka, którym posługują się bohaterowie. To znaczy, że jesteś w stanie wyłapać niuanse, smaczki; nie musisz tracić sił i czasu na przekładanie tego, co mówią. Jest duże ryzyko, że jadąc do Chin napisać wielki, wymarzony reportaż, wrócisz równie nieusatysfakcjonowany, jak Jacek Hugo-Bader. Przejechał Chiny, ale był z tej podróży szalenie niezadowolony. Miał poczucie, że ta kultura pozostaje przed nim zamknięta. Nie rozumiał języka niewerbalnego, etykiety, dyplomacji, którą ci ludzie się posługują.

 

Kiedy odbierałeś nagrodę Kapuścińskiego, skierowałeś do Seweryna Blumsztajna słowa podziękowania za to, że gdy jako młody dziennikarz trafiłeś do „Gazety Wyborczej”, dał ci szansę i powiedział: „Chłopie, masz tydzień. Jedź w teren i przywieź dobry materiał.” Czy teraz jako redaktor naczelny krakowskiej „Gazety Wyborczej” jesteś gotowy powiedzieć młodemu dziennikarzowi coś podobnego?

Zdecydowanie tak. Starałem się przez ostatnie osiem miesięcy, jakie minęły od czasu, gdy zająłem się redagowaniem, jak najczęściej wypychać ich w teren. Szukam okazji, dzięki którym dziennikarze mogliby jeździć za granicę i podpatrywać w bardziej zaawansowanych miastach europejskich to, co dla czytelników „Gazety Wyborczej” w Krakowie jest niesłychanie ważne, czyli infrastrukturę i sposoby rozwiązywania problemów komunikacyjnych. Trochę miast pod tym kątem obejrzałem i trochę takich wycieczek, również dzięki Sewkowi, mam za sobą. A ponieważ nasi czytelnicy się zmienili i są zainteresowani tym, jak jeździć na rowerach albo co zrobić, żeby nie tkwić w korkach, to zależy mi na tym, żeby dziennikarze podróżowali, podglądali i przywozili wieści ze świata.

 

IMG_5469Od lewej: Martin Pollack, Swietłana Aleksijewicz i Michał Olszewski, podczas uroczystości wręczenia Nagród im. Ryszarda Kapuścińskiego (fot. Bartosz Wróblewski)

 

Macie na tyle duży wpływ, że jeśli opiszecie te rozwiązania, to w niedługim czasie będą one realizowane również w Krakowie?

Dziennikarze mają za zadanie prowokować dyskusję. Jeśli dziennikarka pojedzie do najbardziej rozwiniętego pod względem infrastruktury rowerowej miasta Hiszpanii, Vitorii w kraju Basków, to przywiezie stamtąd artykuł i kilka zdjęć. Nie jest tak, że artykuł błyskawicznie zmieni tor, którym porusza się obecnie w sprawach komunikacyjnych Kraków. Ale może okazać się ciekawym głosem w dyskusji. Ktoś napisze list, dojdzie do wymiany zdań na Facebooku i jakiś fragment dobrego rozwiązania, dającego się przeszczepić na grunt krakowski z Vitorii, podchwyci i zaimplementuje magistrat. Tak stało się na przykład, nie bez awantury, z drobną kwestią w postaci podpórek dla rowerzystów. Są w Kopenhadze, w Warszawie zresztą też: stojąc na światłach nie musisz zsiadać z roweru, tylko opierasz się o podpórkę, by potem łatwiej ruszyć. Mamy jako gazeta duży wkład w opowiadanie o takich rzeczach i uprzytamnianie ich mieszkańcom. I bardzo jestem z tego dumny.

 

Mówi się, że media tradycyjne są w odwrocie. Na poziomie lokalnym nie do końca tak jest?

Zmieniają się zainteresowania czytelników, objętość gazet, nakłady. Jedno pozostało bez zmian – ludzie nadal potrzebują przestrzeni do tego, żeby spotykać się z pomysłami; żeby dowiadywać się o nieprawidłowościach oraz żeby te nieprawidłowości piętnować. Papierowa gazeta wciąż jest areną społecznej debaty, której nie zastąpił ani Facebook, ani inne media społecznościowe.

 

Czy dziennikarz cały czas musi być na służbie? Cały czas myślisz o tym, co może być dobrym tematem, gdzie warto jechać?

Robię to praktycznie non stop, jestem pracoholikiem, ale takie nastawianie radarów bez chwili odpoczynku prowadzi do zmęczenia. W pewnym momencie, gdzie nie spojrzysz, tam widzisz temat. I zdajesz sobie sprawę, że wszystkiego nie ogarniesz. Dlatego czasami trzeba odpocząć.

 

Co temat musi mieć w sobie, żebyś się nim zajął?

Jest to rodzaj błysku. Na przykład: czytam tekst napisany przez kolegę albo koleżankę i wiem, że to jest to. Ktoś coś pominął. Kiedyś przeczytałem w „Gazecie Krakowskiej”, że w jednej ze szkół w Brzezince dzieci wykonują hymn napisany tuż po drugiej wojnie światowej, dosyć mocny jak na dzisiejszą wrażliwość. Dymy z kominów, swąd spalonych ciał. Pojechałem tam. Spędziłem kilka dni rozmawiając z nauczycielami i uczniami. Dostrzegłem w tym historię na większy tekst niż 15 zdań pod zdjęciem. Temat musi być też zgodny z moimi zainteresowaniami.

 

Opisujesz często historie ludzi skazanych na porażkę. Jak np. Józefa Kupczyka ze wsi Skawce, który protestuje przeciwko przesiedleniu w związku z budową ogromnego zbiornika przeciwpowodziowego. Skąd masz w sobie taką determinację?

Ci ludzie nie mają rzeczników prasowych. I choć ich racje nie zawsze są do końca jasne, choć czasem się mylą, trzeba dać im głos. Racja obywatela, o którym wspomniałeś, wydała mi się symboliczna. W pewnym sensie ten człowiek był taką samą symboliczną figurą, jak przywołany w reportażu, Habryka, z filmu Kutza i reportażu Hanny Krall. Są takie momenty, w których władza, wyższa konieczność, dziejowa lub zupełnie inna, zmienia się w walec, który miażdży pod sobą jednostki. Niezależnie od tego, jakie mają poglądy, co mają na swoją obronę i usprawiedliwienie. Reportaż jest rodzajem teleobiektywu, dzięki któremu możesz wyłowić je z tłumu i przez chwilę przy nich przystanąć. Przypatrzeć się temu, co ich porusza, co mają do powiedzenia. Jak wyglądają i w jaki sposób patrzą przez okno. Co z tym zrobisz? To jest twój wybór jako czytelnika. Czy ten obraz w tobie zostanie, czy uznasz, że to po prostu jedna z wielu przegranych osób, którymi nie warto się zajmować i których losu nie warto mieć w pamięci.

 

Podobno reporterzy, pisząc, załatwiają też jakieś swoje sprawy.

Jeśli zapytałbyś mnie, dlaczego tyle w tej książce narkomanii, więzień i ludzi przegranych, to odpowiedziałbym, że to jest mój prywatny namysł nie tylko nad bardzo istotną częścią życia społecznego, zepchniętą na głęboki margines. Jeżdżąc w te miejsca szukałem siebie. Przeglądałem się w swojej potencjalnej przeszłości. Mam znajomych, którzy spędzili dużo czasu w ośrodkach dla narkomanów albo w więzieniach. Szukałem tam twarzy swoich kolegów, którzy popełnili błędy, z których beztrosko uciec już się nie dało. Dlaczego tematy związane z ekologią? Ponieważ od ładnych paru lat zajmuję się ochroną środowiska. Dlaczego tyle o ciemnej stronie relacji między księżmi a wiernymi? Dlatego, że jestem katolikiem i wydaje mi się, że trzeba pisać o bolesnych punktach w Kościele katolickim. Dziennikarz jest od wywlekania rzeczy, które są schowane pod powierzchnię. Dziennikarz jest pośrednikiem między miejscami, w których coś nie gra, coś uwiera, coś boli a społeczeństwem, które powinno się o tym dowiedzieć.

 

 

A skąd Oświęcim, obozy zagłady, wojna?

II wojna światowa jest czymś, co konstruuje Polaków cały czas, choć pewnie słabiej niż kiedyś. Cień wojny cały czas jest w Polsce obecny, cały czas w cieniu wojny żyjemy. Jeździłem do Oświęcimia do przyjaciół, na studiach. Miałem wtedy okazję spojrzeć na obóz trochę innymi oczami niż turysta; oczami ludzi, którzy mieszkają obok drutów, zaraz po drugiej stronie. Kiedy zacząłem pracować w „Gazecie Wyborczej” i zacząłem jeździć na tzw. obsługi, czyli opisywać rocznicowe obchody, miałem już wyrobione podwójne spojrzenie. Z jednej strony znałem historię wewnątrzobozową. Z drugiej strony – historię ludzi, którzy próbują prowadzić normalne życie: rodzić dzieci, odprowadzać do grobu swoich bliskich, wstawać o 6 rano do pracy. W pewnym momencie te dwa światy zaczęły się przenikać i zaowocowały cyklem materiałów, w których II wojna, a ściślej jej obozowa, holocaustowa część, przenika się z tzw. zwyczajnym życiem, które nie wiem, czy jest możliwe w takim miejscu. Wydaje się, że jest. Ci ludzie zdają się o obozie na co dzień nie myśleć. Myślą o Auschwitz przy okazji rocznic. Gdyby zaprzątali sobie głowę każdego dnia tym, co zdarzyło się za drutami, to by zwariowali. Obóz jest częścią ich życia. Wychowali się w jego pobliżu. Chodzili tamtędy na skróty do szkoły, jeździli po nim rowerem. Być może nie powinni tego robić. Może to jest złamanie kodu i zburzenie świętej ciszy? Nie wiem, ale tak się działo. Nikt z tych, których spotkałem w Oświęcimiu, nie twierdzi, że to miejsce jak każde inne. Choć znam osoby, które uważają, że gdyby było to możliwe, to trzeba byłoby odciąć tereny poobozowe od miasta i udawać, że Oświęcim jest bytem zupełnie niezależnym. Wtedy, powiadają, wszystko potoczyłoby się inaczej: przyjeżdżałby do nas biznes, rozwijałby się przemysł, zniknęłoby bezrobocie, a my bylibyśmy szczęśliwi.

 

Brzmi jak szukanie kozła ofiarnego zupełnie nie tam, gdzie trzeba.

Na dodatek jest to zamykanie oczu na prozaiczną i brutalną prawdę, że Muzeum Auschwitz-Birkenau daje zatrudnienie dużej części mieszkańców.

 

Czy nadal ktoś otwarcie buntuje się przeciwko uzależnianiu miasta od obozu?

Stosunki jakoś się ułożyły. Nie bez bólu i nie bez awantur. Wydaje się, że po burzliwych latach 90. XX wieku i pierwszych drugiego tysiąclecia, udało się znaleźć względną równowagę pomiędzy potrzebami miasta a koniecznościami wynikającymi z istnienia w jego obrębie terenów poobozowych.

 

Jak się czułeś w mundurze żołnierza niemieckiego?

Drapał. Tym bardziej nie chciało mi się biegać po klatce schodowej w najlepszych butach na świecie. To, co mnie zaskoczyło jako człowieka, który nigdy nie był w wojsku, to fakt, że sporo ciężaru miałem na sobie. Nałożywszy karabin, wypchany plecak, hełm, ciężkie podkute buty…

 

Zobaczyłeś siebie w lustrze i co pomyślałeś?

Że super wyglądam i mógłbym do nich przystać. (śmiech) Urwał mi się kontakt z rekonstruktorami po reportażu „Najlepsze buty na świecie”. Część z tych ludzi, z którymi przestawałem przez długi czas, to fajne chłopaki – mechanicy, ślusarze, drobni przedsiębiorcy. Pamiętam, że spóźniłem się na jedną rekonstrukcję, kiedy to biegali po polach pod Bochnią. Spotkałem się potem z jednym z rekonstruktorów na ulicy. Opowiedział mi o tym, o czym nie mógł powiedzieć w grupie. Mówił, że popili sobie gdzieś na tych polach i zaczęli hajlować, krzyczeć „Sieg heil!” itd. Napisałem o tym, z tym większą pewnością, że gdy zadałem to pytanie pozostałym rekonstruktorom, zaległa głucha i pełna napięcia cisza. I ta cisza trwa do dziś.

 

Jak rekonstruktorzy tłumaczą swój udział w imprezach historycznych?

Nigdy nie powiedzą, że jest to fajna zabawa. Ale myślę, że między innymi biorą w tym udział dlatego, że nigdy nie byli w wojsku. A bieganie z repliką karabinu i w butach z czasów II wojny, wskakiwanie do okopów jest świetną zabawą. Można posmakować poligonu. Wersja oficjalna brzmi zupełnie inaczej. Mianowicie, że rekonstruktorzy biorą na siebie ciężar nauczania młodzieży historii II wojny światowej. Mówię o tym z przekąsem, ale być może jest tak, że klasyczne formy nauczania, nie tylko historii, wypaliły się i teraz żeby jakiekolwiek fakty o II wojnie światowej, do głów licealistów wtłoczyć, potrzebny jest ruch, teatr, spektakl i karabin na gaz. Jest też motyw trzeci, finansowy. Powstał rynek usług rekonstruktorskich, nie tylko związanych z drugą wojną światową. Dzięki niemu spora grupa ludzi może od kwietnia do października jeździć po kraju i żyć z wyszywania kapeluszy z filcu, nauki strzelania z karabinu oraz rozniecania ognia. Na takie jarmarki przychodzą tłumy. Część rekonstruktorów statystuje w filmach, niektórzy pełnią funkcję konsultantów historycznych. Ich wiedza jest niezwykła. To są ludzie, którzy obudzeni w środku nocy mogą powiedzieć, w której fabryce w Niemczech i z jakiej krowy został wyprodukowany pasek, którym posługiwał się obersturmführer Schwarz w trakcie bitwy o Narwik.

 

Najlepsze buty na świecie

– Proponowałem, żeby na okładce znalazło się zdjęcie z rekonstrukcji historycznych. (…) Ale mój wydawca uznał, że do charakteru całej książki, bardziej będzie pasowało zdjęcie tego chłopca. Jest w nim melancholia. To był dobry, mniej dosłowny, wybór – mówi Michał Olszewski

 

Jak twoim zdaniem będą wyglądać uroczystości rocznicowe, upamiętniające wybuch powstania warszawskiego za 10, 20 lat? Czy to, co poniekąd prorokujesz, będzie postępowało?

W wersji hard: zamiast bezpośrednich świadków wystąpi grupa rekonstrukcyjna, która powiesi księdza na szaliku albo upozoruje gwałt na sanitariuszkach. Ekscesy nam zaprezentuje. Mówię o tym z dezynwolturą dlatego, że takie pomysły w Warszawie już były. Tylko że zostały utrącone. Odezwały się głosy protestu i sami rekonstruktorzy uznali, że jest to jednak nieco nadmiarowe. A w wersji soft: kiedy zabraknie ostatnich świadków, ich rolę przejmą, co zresztą już się dzieje, politycy, którzy będą mówić szablonami. Rok po roku będą przemawiać, że ludzie ludziom zgotowali ten los i że w Auschwitz miała miejsce hekatomba. Będą odprawiać swoje polityczne rytuały, rytuały potrzebne. I ten język, mimo że pusty, jest konieczny. Ale nie będzie w nim niestety takiej siły, jaka jest obecnie, ponieważ nie będą za nim stać ostatni świadkowie tych zdarzeń, którzy jeszcze czasem zabierają głos.

 

O czym będzie zbiór opowiadań, który jest już gotowy?

Zbiór opowiadań próbuje dotknąć tematu szaleństwa.

 

Coś o szalonym dziennikarzu?

Tak, o dziennikarzu, który się zagubił w pewnym momencie swojego życia i chyba nie zdaje sobie do końca z tego sprawy.

 

To też będzie w jakiś sposób autobiograficzne?

To jest raczej budowanie historii alternatywnej. Tak daleko jak bohater na szczęście nie zajechałem. (śmiech)

 

Chyba nikt nie zadał jeszcze pytania o historię zdjęcia na okładce „Najlepszych butów na świecie”. Kim jest ten chłopiec?

Zdjęcie znaleźli redaktorzy wydawnictwa Czarne. Proponowałem, żeby na okładce znalazło się zdjęcie z rekonstrukcji historycznych. Mam jedno z Cytadeli, na którym pijany Niemiec, przebrany w mundur oficera SS, ściska mocno wczorajszego powstańca i całują się z radością z sobą. Ale mój wydawca uznał, że do charakteru całej książki, bardziej będzie pasowało zdjęcie tego chłopca. Jest w nim melancholia. To był dobry, mniej dosłowny, wybór.

 

Czytaj także:

recenzję książki „Najlepsze buty na świecie”,
relację z dyskusji panelowej z finalistami Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki za rok 2014,
relację ze spotkania z Izą Michalewicz i Michałem Olszewskim w ramach Dnia Reportażu podczas Warszawskich Targów Książki.