Centrum Kapuścińskiego

Reporter ma szereg obowiązków, a przede wszystkim nie może zmyślać. W sferze faktu musi pozostać bezwzględnie wierny rzeczywistości. Jako pisarz mogę wszystko – o dziennikarstwie, prozie i swojej najnowszej powieści „#upał” w rozmowie z Magdą Gontarek opowiada Michał Olszewski, laureat Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki 2015 oraz redaktor naczelny krakowskiej redakcji „Gazety Wyborczej”.

 

 Michał Olszewski otrzymał Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki za książkę „Najlepsze buty na świecie” (fot. archiwum prywatne)

 

Jestem świeżo po lekturze pańskiego „#upału” i muszę przyznać – nadal jestem zszokowana zakończeniem.

Puenta jest dowodem mojej porażki dziennikarskiej. To zakończenie luźno opiera się na historii, jaka rzeczywiście zdarzyła się kilka lat temu. Zastanawiałem się, czy jako reporter nie odwiedzić tego mężczyzny w szpitalu psychiatrycznym. Nie miałem serca.

 

Porażka?

Patrząc na to z punktu widzenia surowej pragmatyki dziennikarskiej – tak, ponieważ powinno się pojechać i sprawę załatwić tak, by go nie skrzywdzić… Ale odpuściłem.

 

Napisał pan w książce: „Żeby zaistnieć, trzeba napierdalać statusy”. To recepta na sukces?

Nie. To jest coś, na co się nie zgadzam, choć w tym zawodzie wydaje się nie do uniknięcia. Część dziennikarzy buduje swoją popularność na źle pojętej wyrazistości, na obrażaniu ludzi, na mieszaniu swoich przeciwników z błotem, na kłamstwie. To psuje czytelników i społeczeństwo, wyzwala najgorsze emocje. W takim dziennikarstwie nie chcę uczestniczyć: sposób na wyrazistość, który polega na napierdalaniu statusów bez opamiętania, bez chwili refleksji i jeszcze na budowaniu wrogości, to nie jest mój świat i nigdy nim nie będzie.

 

Dlaczego niektórzy dziennikarze tak postępują?

Bo wyrazistość dobrze się sprzedaje. Nadchodzi więc czas dziennikarzy, którzy mówią: „Jesteś debilem. Nie masz racji”. I to zostaje usłyszane.

 

Kogo miał pan na myśli, pisząc „#upał”?

Nie mam pojęcia. Najprościej byłoby powiedzieć, że siebie, by się przejrzeć i rozwiązać swoje sprawy. Na pewno nie napisałem wyłącznie dla dziennikarzy, chociaż bardzo dobrze się w tej książce odnajdują. To opowieść o przypadłościach i chorobach, jakie nas toczą, bez względu jaką profesję uprawiamy. To opowieść o naszej niezgodzie na nudę, o świecie, w którym zbyt krótko się śpi, o każdym i dla każdego. Oprócz dzieci (śmiech).

 

Kiedy po tę książkę sięga młody dziennikarz, budzą się w nim emocje: sprzeciw, gniew, bunt, ale też przerażenie i pytanie, czy na pewno chce być częścią tego świata.

Jeżeli tak jest, to bardzo się cieszę. Życzyłbym sobie, żeby ludzie, którzy chcą wejść w ten zawód, byli świadomi, jak on wygląda i jak się zmienia. Studenci otrzymują teoretyczną wiedzę o tym, czym jest felieton, ale za mało się z nimi rozmawia o tym, jak to jest siedzieć 10 godzin w redakcji, napierdalać statusy i wrzucać jednego newsa za drugim w nienasyconą paszczę Internetu.

 

Czy „#upał” jest w jakimś stopniu przestrogą?

Bronię się rękami i nogami przed pozycją moralisty. To byłoby obłudne, ponieważ sam ten świat tworzę, staram się, żeby był jak najlepszy, ale też wiem, że nie ma przed nim ucieczki. Nie ma co się obrażać, że dominującą przestrzenią dla dziennikarzy będzie Internet, trzeba się zastanowić, jak tę przestrzeń oswoić.

 

„#upał” to krzywe zwierciadło czy już mroczna rzeczywistość?

To krzywe, potrzaskane zwierciadło z beczki śmiechu. To opowieść o świecie, który jest podkręcony do maksimum. Zadałem sobie pytanie, jakby było, gdybym zmaksymalizował we mnie pewne cechy. Tak powstał Fej. Oczywiście, to również efekt kontaktów z koleżankami, kolegami, nie tylko dziennikarzami, z ludźmi, którzy nieustannie coś sprawdzają, z ludźmi, którzy nie potrafią skupić się na rozmowie, którzy mówią o stu sprawach jednocześnie. Takich osób jest coraz więcej.

 

 

Każdy z nas ma w sobie takiego Feja?

Jestem o tym przekonany. Każdy z nas jest podpięty pod Internet, sprawdza coś nieustannie, chce być zasypywany miliardem wiadomości, interesuje się wszystkim i jest na wszystkim skoncentrowany. Nie powiedziałbym, że to jest coś bardzo złego, tyle że coraz częściej brakuje nam czasu na refleksję. Internet robi wszystko, by nam to uniemożliwić.

 

A nie ma pan obawy, że pański Fej kiedyś urośnie?

Można powiedzieć, że wziąłem Feja za rogi. Tam, gdzie trzeba, jestem bardzo zdigitalizowany, ale są takie przestrzenie, w których jestem absolutnie wolny. Do dziś nie mam aparatu cyfrowego, fotografuję aparatami na kliszę. W ciągu roku robię kilkanaście klisz, 36 kadrów w każdej, i kilkanaście klisz 6×6. I to wystarczy mi jako archiwum wspomnień. Mam potrzebę wrzucania zdjęć do sieci, ale tego nie robię. Wydaje mi się, że można zachować jakiś rodzaj równowagi, chociaż jest to niesłychanie trudne.

 

W tę stronę podąża dziennikarstwo?

Kierunek zmian został już dawno określony. Będzie jeszcze szybciej, jeszcze ciekawiej i jeszcze bardziej kolorowo. Pisał o tym Kapuściński, mówiąc o podziale na mediaworkerów i dziennikarzy opiniotwórczych. I większość osób pracujących w zawodzie będzie takimi mediaworkerami. Według mnie nie ma w tym określeniu nic pejoratywnego. Są ludzie, którzy muszą dostarczać informacji bardzo szybkiej, czasem powierzchownej, pobieżnej, informacji rozrywkowej, nanopublicystyki, pop-polityki. A obok nich będzie niewielka, stale kurcząca się, grupa dziennikarzy elitarnych, posiadających przywilej wyjazdu, długiej rozmowy, obszernego wywiadu. Ta grupa nie zniknie, tylko jeszcze bardziej się skurczy.

 

Czy nadal będzie w tym świecie miejsce dla klasycznego reportażu?

Reportaż przenosi się z gazet do książek. Szczęśliwie, Polacy chcą czytać reportaż książkowy i wszystko wskazuje, że ten stan trochę jeszcze potrwa. Jeżeli natomiast się okaże, że reportaż zniknie zarówno z gazet, jak i z książek, to stanie się rzecz bardzo niedobra. Reportaże multimedialne nie zastąpią reportażu w jego klasycznej formule.

 

Dlaczego?

Wychodzę z anachronicznego już założenia, że obcowanie z drukiem zwartym jest potężną wartością, że sucha litera bez udziwnień, ekstrawagancji i hiperlinków, po prostu zdania idące jedno po drugim, to wielka przestrzeń. Pozwala zrozumieć świat lepiej niż cokolwiek innego, pozwala skupić się na słowie autora. Bardzo duża część nowych mediów jest skonstruowana tak, że nie pozwala na koncentrację albo ją utrudnia. Czytając jakikolwiek tekst w Internecie, widzisz, że jest on opakowany w kilkadziesiąt innych tekstów, że wewnątrz tego tekstu są hiperlinki, linki do Youtube’a, do Twittera, do Facebooka. Trudniej skupić się na treści.

 

Jak pan jako czytelnik odnajduje się w tym świecie?

Odnajduję się słabo, ponieważ liczba możliwości, jakie otrzymałem, jest przytłaczająca. Chciałbym czytać 24 godziny na dobę, ale nie jestem w stanie. Książek, które trzeba przeczytać, jest tak dużo, że życia mi nie wystarczy. A cały czas pojawiają się nowe, cały czas przybywa istotnych artykułów, ciekawych reportaży. Fizycznie nie ma na to czasu.

 

A jak odnaleźć się musi dziennikarz?

Czuję się częścią świata nadmiaru. Jestem fragmentem łebka od szpilki w świecie coraz bardziej złożonym z tekstów. Tekstów, które trzeba przeczytać, jest tyle, że bardzo trudno jest wywalczyć sobie przestrzeń. Pisze się dla sprawy, czasem dla idei, czasem, żeby zmieniać świat, ale pisze się również dla własnego ego. Dziennikarze to ludzie o bardzo rozwiniętym ego. Chcą, żeby ich praca była dostrzegana i komentowana. Tymczasem w świecie, w którym tekst błyskawicznie biegnie za tekstem, twoja praca, w którą włożyłeś tygodnie albo miesiące wysiłku, przechodzi jak efemeryda. Jeżeli nie masz odrobiny szczęścia – dotknąłeś ważnego tematu, wpasowałeś się w czas albo dostałaś ważną nagrodę – twoja praca przechodzi niezauważona. Ale na szczęście nowe technologie dają inne możliwości – np. zmiany świata za pomocą niewielkich gestów. Możesz zmienić świat za pomocą jednego tweeta albo krótkiego filmiku.

 

Mówi się, że dziś każdy jest dziennikarzem…

Każdy jest dziennikarzem i każdy jest też redaktorem. Mając Facebooka, Twittera, Instagram, jesteś sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Codziennie budujesz swoją gazetę na nowo, nie potrzebujesz do tego wydawcy. Potrzebujesz jedynie opłaconego rachunku za Internet i prąd. To jest świat, w którym zanika tradycyjna hierarchia, w której redaktor mówi: to jest dobre a to złe, to bierzemy, a to dajemy na czołówkę.

 

Fej ma w sobie poczucie misji, chce zmieniać świat. Pan też ma w sobie takie poczucie?

Inaczej nie byłbym dziennikarzem. Raz na jakiś czas udaje się zmienić świat na lepsze. Udało się nam, krakowskiej redakcji „Gazety Wyborczej”, wywalczyć nowy plac zabaw na Plantach. Przez wiele lat młodzi rodzice w centrum Krakowa nie mieli miejsca, gdzie ich dzieci mogłyby się bawić, a nam się udało to wylobbować. Takich sukcesów jest sporo – fakt, że wszyscy rozmawiamy teraz o smogu, to jest zasługa krakowskich aktywistów, ale też dziennikarzy. I ja też czuję się częścią tego sukcesu.

 

Reportaż przenosi się z gazet do książek. Szczęśliwie, Polacy chcą czytać reportaż książkowy i wszystko wskazuje, że ten stan trochę jeszcze potrwa. Jeżeli natomiast się okaże, że reportaż zniknie zarówno z gazet, jak i z książek, to stanie się rzecz bardzo niedobra – mówi Olszewski (fot. archiwum prywatne)

 

Jak się selekcjonuje tematy dziennikarskie?

Bodaj Kazimierz Dziewanowski powiedział, że dziennikarz szuka tematów, w których się przegląda. Ja szukam tematów, w których znajduję siebie albo dzięki którym mogę się zastanowić nad sobą. Ale też jako dziennikarz chcę być w miejscach, w których dzieje się coś istotnego. I to nie musi być dzianie się rozumiane w klasycznym tego słowa znaczeniu. Nie muszę jechać w miejsce, w którym koczują tłumy reporterów. Mogę pojechać tam, gdzie dzieje się osobisty dramat człowieka, gdzie dzieje się historia warta nagłośnienia.

 

Jednym z najczęściej poruszanych przez pana tematów jest ekologia. Dlaczego?

To wypadkowa dwóch sił: prywatnych zainteresowań i świadomości, że nie ma w tej chwili ważniejszego tematu społecznego. Mam satysfakcję, dosyć ponurą, że należałem do tych dziennikarzy, którzy jako pierwsi zaczęli dostrzegać tematykę globalnego ocieplenia i ekologii na co dzień, choćby konieczności recyklingu. Dzięki temu widzę połączenia, które na pierwszy rzut oka wydają się niejasne. Moim zdaniem, fala imigrantów, jaka ruszyła z Syrii, została zainicjowana przez zmiany klimatyczne. Zanim w Syrii wybuchła rewolucja, panowała tam susza, która wygoniła rolników do miast i podniosła ceny żywności: pierwsza iskra niezadowolenia podpaliła suchy stos. Dlatego warto trzymać się jednego tematu, by lepiej dostrzegać zależności.

 

Sporo miejsca poświecił też pan Auschwitz…

Zacząłem tam jeździć jako młody dziennikarz na obsługę różnych wydarzeń i w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że to jest miejsce żywe. Tam się nadal dzieje bardzo dużo, nadal spod ziemi wychodzą szczątki, ciągle znajduje się pamiątki po więźniach. Zmieniają się zwiedzający, wystawy, zmienia się stosunek mieszkańców do tego miejsca. Ono samo też się zmienia. Kiedyś wypasały się tam krowy, a dzieci jeździły na łyżwach na zamarzniętych basenach przeciwpożarowych. Teraz jest to nie do pomyślenia. Wszystko to sprawia, że Auschwitz pulsuje i domaga się opowieści.

 

Powiedział pan kiedyś, że o człowieku czasem więcej mówi widok z okna niż jego słowa. Gdzie tak naprawdę znajduje się historia człowieka – w jego słowach czy gestach?

Dużo zależy od umiejętności wyławiania detali i łączenia ich w spójną całość. Jakie książki stoją na półce, jaki jest widok za oknem, jak ktoś nawiązuje kontakt wzrokowy, jaką ma twarz, w jaki sposób mówi, czy się dziennikarza boi, czy nie. Detale są ważne. Jeśli pyta pani, na co ja zwracam uwagę, jadąc na spotkanie, odpowiadam: staram się zwrócić uwagę na wszystko. Czasem trzeba wrócić do człowieka – i tematu – wiele razy. Wtedy powstają rzeczy znakomite.

 

Wiele pańskich utworów odchodzi od reportażu i dziennikarstwa w stronę prozy. Co ma w sobie beletrystyka czego nie daje literatura faktu?

Reporter ma szereg obowiązków, przede wszystkim nie może zmyślać. W sferze faktu musi pozostać bezwzględnie wierny rzeczywistości. Można oczywiście stosować rozmaite wybiegi, tak jak Wojciech Jagielski, który w książce o Ugandzie z trzech postaci zrobił jedną, bo musiał chronić swoich bohaterów. To jest wtedy rodzaj fikcji reporterskiej. Ale w czystych podziałach forma reporterska niesie za sobą pewne ograniczenia. A jako pisarz mogę kłamać. Mogę wszystko.

 

Czytaj także recenzję „Najlepszych butów na świecie”.

 

Please Enter Your Facebook App ID. Required for FB Comments. Click here for FB Comments Settings page

Zobacz też:
Koczownicy z dachu świata

Koczownicy z dachu świata

Fotoreportaż z Czangtangu
Prof. Wolny-Zmorzyński: Aleksijewicz dopuściła do głosu każdego pokrzywdzonego

Prof. Wolny-Zmorzyński: Aleksijewicz dopuściła do głosu każdego pokrzywdzonego

Wywiad Agnieszki Kapeli
Potrząsanie akwarium

Potrząsanie akwarium

"Zawsze wiedział, że interesuje go tylko dokument" - sylwetka Marcela...

Name required

Website