/

Między życiem a twórczością

Nowy Folder - #BananowaNiedziela


Dokument na temat Michaela Jacksona wyprodukowany przez HBO uderzył w spuściznę króla popu niczym torpeda. Stacje radiowe z wielu krajów, w tym z Polski, zadeklarowały, że rezygnują z nadawania jego twórczości na swoich antenach. Czy można karać publikę za błędy idola.


Ruch #metoo zniszczył kilka popkulturowych legend i, co było największą wartością, ośmielił ofiary do ujawnienia dramatów, które stały się ich udziałem. Znalazło się oczywiście kilka osób, które postanowiły podpiąć się pod to przedsięwzięcie rozdmuchanymi czy wyimaginowanymi historiami, nie bacząc na dobre imię artystów, których oskarżali. Tu najlepszym przykładem jest Aziz Ansari. Z Michaelem Jacksonem, sprawa ma się inaczej: pedofilia jest jednym z najobrzydliwszych czynów, których można się dopuścić. Pozostaje jednak pytanie, czy tak szybka reakcja, bez sądowych wyroków, a wcześniej nawet z dwoma uniewinniającymi, z wątpliwościami co do zeznań, jest słuszna?


W sprawie Jacksona najważniejsza jest kwestia oddzielenia twórczości od artysty. Czy to możliwe? I czy w ogóle to odpowiednie, bo czy jest możliwe, by zły człowiek tworzył wielkie dzieła? Kevina Spacey i Harveya Weinsteina spotkał słuszny ostracyzm, który najprawdopodobniej nigdy się nie przedawni. Jednak nie spotkał ich „ostracyzm wsteczny” i nikt nie zastanawia się nad ściąganiem z platform streamingowych filmów ze Spaceym, chociaż Netflix wyprodukował ostatni sezon „House of Cards” bez jego bohatera. Ba, można nawet odebrać Spacey’emu Oscary, ale nikt nie zapomni jego oscarowych ról. Z kolei Weinstein produkował filmy, m.in. Quentina Tarantino, ale bojkotu „Kill Billa” nikt nawet nie zaproponował. Co zresztą całkowicie popieram.


W debacie na temat Michaela Jacksona pojawiają się argumenty dotyczące tantiem – dlaczego muzyka pedofila ma przynosić mu pieniądze? Tylko mam wrażenie, że zapomniano, iż sam Jackson już nic nie zarobi. Karze się więc jego dzieci, co jest tym bardziej niezrozumiałe. Może raczej wypadałoby część pieniędzy oddać na fundacje zajmujące się ofiarami pedofilów, dając tym samym satysfakcję przeciwnikom Jacksona w mediach, jednocześnie dając spokój jego fanom. Fanom twórczości, podkreślam, nie pedofilii.


Trudno w tym przypadku odłożyć moralne rozterki na bok, jednak muszę spróbować. Jackson zrewolucjonizował muzykę i taniec i mianowanie go królem popu jest niedomówieniem, ponieważ zdecydowanie ma miejsce w panteonie królów i królowych muzyki jako takiej, bez względu na gatunek. Mniej więcej co dekadę pojawia się ktoś, kto zupełnie zmienia oblicze branży muzycznej – czy to tworząc nowy gatunek, czy rewolucjonizując któryś z istniejących. Dla przykładu, Ray Charles zmienił gospel i wprowadził go do rozgłośni radiowych, Screamin’ Jay Hawkins zamienił koncertowe sceny w wielkie przedstawienia (z czego później korzystali, m.in. Kiss), a muzyka Tupaca i Biggiego Smallsa ugruntowała pozycję rapu w kulturze popularnej. Różnica polega na tym, że rewolucja Jacksona trwała kilka dekad, bo każda jego osobista zmiana, zmieniała cały rynek.


Koniec końców, kasowanie Michaela Jacksona z radiowych playlist i tak nie zniszczy jego legacy. Trzeba słuchać ofiar, trzeba je rozumieć, jednak trzeba również oddzielić twórcę od twórczości. Ludzie dalej będą słuchali muzyki, i żadne decyzje, tak czy inaczej motywowane, tego nie zmienią. Starożytna Grecja była pełna moralnych odchyleń, jednak nie da się wymazać jej z historii świata w ogóle, a w szczególności demokracji. Podobnie jak króla popu nikt i nic nie usunie z tronu.