/

Migawki z podróży

Podróż nie kończy się z chwilą powrotu do domu. Im dłuższa, im bogatsza w wrażenia, tym mocniej pracuje w człowieku i tym częściej go później nawiedza.

Wróciliśmy w marcu, u progu epidemii w Europie. Adaptacja do nowych warunków nie była łatwa – po około siedmiu miesiącach w trasie nagle trzeba było zamknąć się w czterech ścianach. Po ponad półrocznej wyprawie, podczas której komunikowaliśmy się z bliskimi tylko za pośrednictwem internetu, okazało się, że w Polsce musimy podtrzymać tę niedoskonałą formę kontaktu. Zostało nam przeglądanie zdjęć, nagrań i wyczekiwanie końca pandemii. Z tego wszystkiego zrodził się mały kalejdoskop wspomnień spisanych już w Polsce na podstawie obserwacji, przeżyć, rozmów lub lektur dookoła tego, co widzieliśmy i gdzie byliśmy. Minikolekcja migawek z podróży.


Turcja: w świątyni dialogu

Cegły, kamienie i antyczna architektura sprawiają, że Tiyatro Medresesi wydaje się rówieśniczką znajdującego się nieopodal starożytnego Efezu lub chociaż sąsiadującej z nią starej greckiej wioski Şirince (obecnie na terenie Turcji). Ale tak naprawdę Medrese powstała w 2011 roku z inicjatywy Celala Mordeniza, dyrektora artystycznego grupy teatralnej Seyyar Sahne.

Tiyatro Medresesi to jedyna w swoim rodzaju wioska teatru, międzynarodowe centrum badań artystycznych, twórczości i performance’u. Została zaprojektowana jako rezydencja, w której może się zatrzymać i pracować prawie sto osób. A nawet więcej, jeśli ktoś zapragnie spać pod namiotem. Są tam sale koncertowe i sale prób, biblioteka, kuchnia i jadalnia, amfiteatr oraz dziedziniec otoczony drzewami oliwnymi. Architektoniczne inspiracje stanowiły starożytne projekty medres i szkół z internatami z Anatolii z czasów przednowoczesnych.


fot. Bartosz Wróblewski

Gospodarzami Medrese są obok wspomnianego już Celala Mordeniza jego żona Ilke Yiğit oraz Nesrin Uçarlar i Erdem Şenocak. Dwa małżeństwa artystów i akademików ze Stambułu organizują tam warsztaty i festiwale oraz zapraszają do siebie różne grupy twórców i naukowców z całego świata. Stworzyli to miejsce i dbają, by tętniło życiem – najlepiej pełnym sztuki.

My trafiliśmy tam na zaproszenie Workcenter of Jerzy Grotowski and Thomas Richards, którego członkowie organizowali właśnie w tym miejscu międzynarodowe warsztaty i festiwal Costellations Summer Camp. Ponad trzy tygodnie spędzone w tym azylu sztuki pozwoliły nam nie tylko odciąć się świata z jego natłokiem informacji, lecz także poznać historię architekta, który zaprojektował to niezwykłe miejsce na prośbę jego obecnych gospodarzy.


fot. Bartosz Wróblewski

– To postać, która budzi wiele kontrowersji. Ludzie w Turcji dzielą się na tych, którzy go kochają i tych, którzy go nienawidzą. Mi zawsze podobało się to, co pisze – opowiada Celal Mordeniz. – Jego energia pomogła powstać Tiyatro Medresesi. Decyzja, żeby zacząć z nim współpracę, była chyba najlepszą, jaką podjęliśmy – opowiada Celal.

Sevan Nişanyan, bo o nim mowa, to turecko-ormiański architekt, pisarz, publicysta, lingwista i obrońca praw człowieka oraz wolności słowa. Znany w Turcji jako zagorzały ateista, który krytykował Ataturka oraz islam i opowiadał się za świeckim państwem. Władze uwzięły się na niego po tym, jak skrytykował zaostrzenie przepisów o bluźnierstwie (zakaz krytykowania proroka Mahometa), pisząc, że był to „arabski przywódca, który osiągnął zysk polityczny, finansowy i seksualny, powołując się na domniemany kontakt z bóstwem”. Marionetkowe sądy najpierw próbowały go skazać za „obrażanie wrażliwości religijnej” (był to precedens – po raz pierwszy zastosowano ten artykuł tureckiego kodeksu karnego wobec członka niemuzułmańskiej mniejszości), a następnie zmieniły strategię i skazały go na 16 lat i 7 miesięcy więzienia (wyrok skumulowany) za rzekome wykroczenia budowlane. Zamknięto go w 2014 roku. Jego ostatnim projektem architektonicznym w Turcji była właśnie Tiyatro Medresesi (wcześniej stworzył m.in. sąsiadującą z wioską teatru Nesin Matematik Köyü, czyli wioskę matematyków, a także odpowiadał za renowację Sirince, dzięki czemu miejscowość ta została uznana za miejsce dziedzictwa narodowego).

Historia Sevana Nişanyana nie kończy się jednak w celi. W 2017 roku wyszedł na przepustkę, umieścił na swoim Tweeterze wpis „Ptaszek odleciał” (ang. „The bird has flown away”) i udał się do Aten, gdzie ubiegał się o azyl polityczny. Obecnie żyje na wyspie Samos. Mimo oddalenia od ojczyzny nie przestał kontaktować się z rodakami i komentować sytuacji w ojczyźnie. Jest aktywny w mediach społecznościowych, a jego wykłady na YouTube cieszą się ogromną popularnością. Można powiedzieć, że poszedł z duchem czasu – z poczytnego literata i publicysty zmienił się w internetowego influencera. Nie zmieniły się za to jego poglądy i drażliwa – zwłaszcza dla tureckich polityków – tematyka jego wystąpień.

Chociaż jego kontakt z ojczyzną został zredukowany do przestrzeni wirtualnej, to właśnie architektura – wydawałoby się, że jedynie poboczna działalność Nişanyana – sprawia, że jego obecność w Turcji jest wciąż namacalna. W końcu w Tiyatro Medresesi spotykają się artyści i naukowcy: aktorzy, reżyserzy, pisarze, socjologowie i filozofowie z całego świata. To miejsce stworzone właśnie po to, by toczyła się w nim wymiana kulturalna i intelektualna – w pewnym sensie świątynia dialogu i wolności słowa, czyli tego, o co Nişanyan zawsze walczył.


fot. Bartosz Wróblewski

Gruzja: niebezpieczne piękno

Gruzji na pewno nie poznaliśmy tak dobrze, jakbyśmy chcieli. Byliśmy tam tylko kilkanaście dni, a połowę czasu poświęciliśmy na wykonanie zlecenia dla Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej. Mimo to uwiodła nas kuchnią, gościnnością i majestatycznymi krajobrazami. Te ostatnie są źródłem zachwytu wielu turystów i podróżników, lecz – jak przekonaliśmy się dzięki projektowi PCPM-u – niekoniecznie dostarczają wyłącznie przyjemnych przeżyć samym Gruzinom.

fot. Bartosz Wróblewski

– Narodowa Agencja Środowiska dała nam listę municypalitetów (jednostka terytorialna w Gruzji – przyp. aut.), które są najbardziej zagrożone przez katastrofy naturalne. Pożar może wybuchnąć wszędzie, ale powódź, lawina czy trzęsienia ziemi są bardziej prawdopodobne w górach. Przykładowo w górskim rejonie Ajara mamy największą liczbę migrantów ekologicznych w całym kraju – powiedział nam Giorgi Meskhidze, szef organizacji pozarządowej Civitas Georgica, która zajmuje się m.in. przygotowaniem kadry i infrastruktury przedszkoli na tego typu zagrożenia. – Wiele budynków nie spełnia standardów bezpieczeństwa. Możemy oczywiście postawić nowe, ale kto będzie je utrzymywał, dbał o nie? Tutaj ludzie muszą się nauczyć, jak dbać o swoje bezpieczeństwo, na jakie rzeczy zwracać uwagę, jeśli chodzi o konstrukcję budynków, ich wyposażenie. Muszą edukować w tym zakresie dzieci, opiekunów przedszkolnych i rodziców – opowiada o jednym z projektów swojej organizacji, który prowadził wspólnie z polską fundacją PCPM.

Trzęsienia ziemi, osuwiska i lawiny błotne, powodzie i lawiny śnieżne to istotne zagrożenie w Gruzji. A także przyczyna licznych migracji. Już w 1987 r. miała miejsce duża fala przesiedleń – od Swanetii po regiony Kvemo Kartli i Kakheti, a w 1989 r. – od górzystej Adżary po Kvemo i regiony Shida Kartli, Kakheti i Javakheti. Tylko w tych dwóch latach przymusowo przeprowadziło się ponad 10 tysięcy rodzin. I wcale nie rozwiązało to problemów Gruzinów. Dzisiaj, ponad 30 lat później, wciąż chylą czoła przed potęgą natury. Specjaliści podkreślają, że degradacja gruntów, użytkowanie rolne wyższych terenów wzgórz, wylesianie, naturalne zmiany tektoniczne i postępująca zmiana klimatu nie przyczynią się do poprawy sytuacji.

To smutny i niezbyt znany, bo mało medialny problem, na który podczas podróży otworzył nam oczy wspólny projekt organizacji pozarządowych z Polski i Gruzji. Przygotowują one mieszkańców zagrożonych rejonów na potencjalne katastrofy naturalne, co nie brzmi sensacyjnie aż do chwili, gdy taka katastrofa nadejdzie. Czas znieczulił ludzi gór na to niebezpieczeństwo, tak jak znieczula onkologów na dramat swoich pacjentów. Po prostu nie da się żyć w ciągłym strachu, a to zabija czujność. I właśnie jej ponowne budzenie okazało się jednym z naszych dość nieoczekiwanych wspomnień z Kaukazu. Szkolenia, rozmowy z mieszkańcami, praca wyobraźni, która każe stwarzać sobie w sielskim otoczeniu najczarniejsze scenariusze, by szukać rozwiązań, które pozwolą uniknąć tragedii. Poranne wycieczki samochodem terenowym w ubogie wiejskie okolice, śniadania i kawa w przydrożnych barach. Ot taka właśnie była nasza Gruzja poza tym, co poznają w niej wszyscy, czyli wspomnianymi już kuchnią, gościnnością i majestatycznymi widokami.

[wideo, link: https://www.youtube.com/watch?time_continue=1&v=GLlCOx-Pj7Y&feature=emb_logo ]


Iran: szaleństwo na drodze

Jest taka gra. Gracz wciela się w żabę, która ma przejść przez ruchliwą ulicę. Im wyższy poziom, tym więcej pasów ruchu i więcej samochodów, które w dodatku jeżdżą coraz szybciej. Na najwyższym poziomie jesteś pieszym w Iranie.

Aby poczuć się jak w tej grze, wystarczy wyjść z mieszkania w Teheranie, gdzie motocyklistom mało jest ulicy, więc wciskają się w gęstą ludzką masę sunącą chodnikami. Kiedy zatrzymaliśmy się w Kerman, tylko jednego wieczora byliśmy świadkami trzech wypadków. Nie zapomnimy też widoku motocyklisty na trasie szybkiego ruchu w kierunku Shazdeh Garden, który wyprzedzał nas, trzymając kierownicę jedną ręką i nie patrząc na drogę, bo akurat sprawdzał coś w telefonie. Jechaliśmy ponad 100 km/h, a on oczywiście nie miał kasku.

W 2015 roku Iran zajął ósme miejsce wśród wszystkich krajów badanych przez WHO pod względem śmiertelności na drogach (17 994 ofiary). W ciągu kilku minionych lat sytuacja uległa poprawie, lecz wciąż jest zatrważająca.

– W wypadkach drogowych codziennie ginie niemal 50 Irańczyków. Innymi słowy, na ulicach Iranu rocznie traci życie około 15 tysięcy ludzi – mówił w sierpniu 2019 roku na łamach „Teheran Times” Esmaeil Najjar, szef irańskiej Narodowej Organizacji Zarządzania Kryzysowego (National Disaster Management Organization). – Zgodnie ze statystykami rocznie jest też około 250 tysięcy rannych. Jeśli przyjmiemy, że tylko dla 10 procent z nich kończy się to niepełnosprawnością, to każdego roku mamy 25 tysięcy nowych niepełnosprawnych – dodał.


fot. Bartosz Wróblewski

Mogłoby się wydawać, że ze względu na tak niebezpieczne drogi sprawny system ratownictwa medycznego jest kluczowy dla bezpieczeństwa obywateli. Okazało się jednak, że Teherańczycy znaleźli co najmniej nietypowe zastosowanie dla części karetek pogotowia.

W artykule z sierpnia 2019 roku „The New York Times” przywołuje rozmowę telefoniczną dyspozytora prywatnych karetek z popularnym piłkarzem, który usiłował wynająć ambulans razem z kierowcą. Za jeden dzień korzystania z tego uprzywilejowanego na drogach pojazdu oferował równowartość miesięcznej pensji nauczyciela. Tak się jednak złożyło, że wezwanie sportowca przyjmował Mahmoud Rahimi, szef jednego z prywatnych serwisów teherańskich karetek, który nie tylko odmówił nielegalnej „usługi”, lecz także nagłośnił sprawę. Wyjawił też, że jego firma odbiera podobne telefony od celebrytów i bogaczy już od roku.

Choć władze Iranu stanowczo potępiły ten proceder, na drogach jest zbyt mało policji, by sprawdzać, czy karetki są używane zgodnie z przeznaczeniem. Taksówkarze na sygnale i ich klienci są więc właściwie bezkarni. A na aferze najbardziej stracili chorzy i potrzebujący pomocy. Kierowcy karetek zauważyli bowiem, że inni uczestnicy ruchu drogowego znacznie rzadziej i bardziej opieszale ustępują pierwszeństwa ambulansom.

Zamożni kombinują jak mogą, bo długie godziny w korkach to nieodłączna część życia każdego mieszkańca dużego miasta w Iranie. W około 15-milionowym Teheranie ich rozmiary są apokaliptyczne. Próbowano różnych sposobów, by je ograniczyć. Na konkretne ulice w określone dni wpuszczano tylko te samochody, których numer rejestracyjny kończy się na cyfrę parzystą, a w inne dni takie, których numer kończy się na cyfrę nieparzystą. Wprowadzono też limit na przebywanie w strefie dużego natężenia ruchu (20 dni na kwartał, 80 dni rocznie). Kto go przekroczy, musi zapłacić dodatkowy podatek. A korki jak były, tak nadal są. Części Irańczyków wcale to jednak nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie.

Nudząc się w korku możesz nagle zauważyć, że kierowca z auta obok opuszcza szybę. Robisz to samo. Macie chwilę, żeby wymienić kilka zdań lub… numery telefonów. Dordor (z farsi: kręcić się w kółko; tam i z powrotem; jeździć i wracać; wracać wiele razy) to drogowe randkowanie i koszmar wielkich miast. Niektórzy specjalnie wyjeżdżają w godzinach szczytu na najbardziej zakorkowane ulice w poszukiwaniu nowych znajomości. Dla jednych to zabawa, dla innych utrapienie. Jednak, gdy nie ma aplikacji randkowych i legalnych dyskotek, każdy sposób jest dobry, żeby poznać kogoś ciekawego. Dla młodych Irańczyków, których poznaliśmy podczas podróży, dordor był normalnym elementem życia, tak jak dla ich polskich rówieśników Tinder.


Azerbejdżan: nieoczekiwane korzyści z postoju

Nie mogliśmy zdobyć wiz do Turkmenistanu, więc z Iranu w głąb Azji Centralnej wyprawiliśmy się promem, który płynął z Alat pod Baku do Kuryku pod Aktau w Kazachstanie. W rejs przez Morze Kaspijskie zabrał nas Profesor Gul – pływający pod flagą Azerbejdżanu statek pasażersko-transportowy wybudowany w 1970 roku. Jego wiek i wygląd sprawiły, że odbyliśmy podróż nie tylko przez morze, lecz także w czasie.


fot. Bartosz Wróblewski

Przeprawa miała trwać nieco ponad dobę, ale wydłużyła się do 60 godzin, ponieważ na morzu były zbyt duże fale. Spuściliśmy więc kotwicę na mieliźnie i przeczekaliśmy, aż kaspijska tafla się uspokoi. Dwie i pół doby bez internetu i zasięgu telefonii komórkowej w stalowej kapsule czasu o długości 154,5 m i szerokości 18,3 m. Długie godziny w ciasnej dwuosobowej kajucie oraz spacery po wietrznym pokładzie. Niby niewiele, a wystarczy, żeby zmienić perspektywę.


fot. Bartosz Wróblewski

Nuda wisiała w powietrzu jak gęsta mgła. Przechadzaliśmy się w tę i we w tę po pokładzie, aż poznaliśmy chyba wszystkie zakamarki Profesora Gula. Spacery zażywane na przemian z bujaniem w kajucie stały się w końcu naszą mantrą, która umożliwiła poznawanie zakamarków samych siebie. Chociaż zdarzało nam się rozmawiać i spędzać czas z poznanymi na pokładzie backpackersami oraz kierowcami TIR-ów, to w pamięci wyraźniej odcisnęły się długie chwile sam na sam z szumem wiatru i bezkresem morza. Ot taka przymusowa atrakcja, która z perspektywy czasu wydaje się jedną z najciekawszych i najbardziej wartościowych z całej podróży.


Uzbekistan: centrum sztuki na środku pustyni

Karakałpacja leży poza szlakiem. W Uzbekistanie turyści odwiedzają zazwyczaj Taszkent, Samarakandę, Bucharę i Chiwę. Czasem docierają do doliny Fergańskiej. Ale autonomiczna republika na zachodzie kraju, odcięta od szybkiej kolei łączącej pozostałe miasta i niemal pozbawiona infrastruktury turystycznej nie wydaje się zbyt pociągająca. Tym bardziej, że jej główna atrakcja prawie wyschła. Morze Aralskie to dzisiaj co najwyżej cel podróży globtroterów i łowców przygód żądnych widoku cmentarzyska zardzewiałych statków pośrodku stepu, który jeszcze pół wieku temu był pełen wody. Od dawna się tam nie plażuje, nie żegluje ani nie łowi ryb. Ale żadne inne miasto w Uzbekistanie nie ma takiej kolekcji sztuki jak Nukus.


fot. Bartosz Wróblewski

Stolica Karakałpacji zawdzięcza ją oddanemu kolekcjonerowi i kustoszowi Igorowi Sawickiemu, który poświęcił życie ratowaniu dorobku artystów przez radziecką Rosję zakazanych. Do Uzbekistanu trafił przypadkiem. Urodził się w Kijowie, w rodzinie inteligenckiej, do której należeli uczeni, prawnicy, wysoko postawieni wojskowi oraz hierarchowie kościoła prawosławnego. W ich żyłach płynęła krew rosyjska, polska i żydowska, a dzieci oddawali pod opiekę francuskich guwernantek. Igor od zawsze rysował i uczył się malarstwa oraz grafiki. Kiedy jego dziadka – slawistę i bizantynologa Timofieja Fłorińskiego – rozstrzelali bolszewicy, rodzina przeniosła się do Moskwy. Tam wkrótce zaginął słuch o wuju Sawickiego. A potem aresztowano i dotkliwie pobito samego Igora, który szczęśliwie opuścił jednak Łubiankę.

Aby nie uchodzić za wroga proletariatu, wyuczył się na elektryka instalatora. I udało mu się rozpocząć studia w Moskiewskim Instytucie Artystycznym im. Surikowa. W 1941 roku życie uratowało mu wątłe zdrowie. Właśnie ze względu na nie, gdy Niemcy podeszli pod Moskwę i Leningrad, nie został wysłany na front, lecz ewakuowany z całą uczelnią do Samarakandy. Zamiast w okopach spędzał czas z elitą artystyczną Uzbekistanu i zachwycał się Azją Środkową, w której osiadł już na zawsze. Najpierw, jak sądził, by malować pustynne i stepowe krajobrazy. Ale szybko się okazało, że namiętność do zbierania i podziwiania cudzej sztuki zwyciężyła w nim z tworzeniem własnej. Pracował jako dokumentalista stałej ekspedycji archeologiczno-etnograficznej Akademii Nauk ZSRR, zajmował się miejscową sztuką w nukuskim instytucie badawczym, aż wreszcie w 1966 roku namówił przywódców sowieckiej Karakałpacji do założenia w Nukus muzeum, które miało podnieść prestiż regionu i znaczenie małego narodu. Oczywiście został dyrektorem tego niezwykłego centrum sztuki, które dzisiaj – nie bez przyczyny – nosi jego imię.

Sawicki zaczął zbierać i opisywać najważniejsze dzieła artystów karakałpackich, a później również zakazaną rosyjską awangardę. Swojej misji oddał się bez reszty. Przekazał mieszkanie znajomemu artyście, a sam zamieszkał w muzeum. Sypiał ponoć po trzy-cztery godziny na dobę, a podczas urlopu poszukiwał eksponatów. Ściągał znaleziska z wykopalisk, szukał sztuki po koczowiskach i – niczym prywatny detektyw – podążał tropem artystów zapomnianych i wyklętych, by ratować ich twórczość. Potrafił kłamać komisji zakupowej, że przemycone z łagru w Mordowii rysunki Nadieżdy Borowej to sceny z życia więźniów w faszystowskich obozach koncentracyjnych, a obrazy wydalonego z kraju Michaiła Szemiakina opisać jako prace nieznanego artysty. Docierał do rodzin i przyjaciół tych, którzy nie żyli lub zostali zamknięci w psychiatrykach (radziecka władza lubiła więzić nieprawomyślnych artystów w tzw. domach wariatów, tłumacząc, że zdrowy na umyśle obywatel ZSRR nie namalowałby czegoś takiego). Zdarzało się, że po takim twórcy nie zostało zupełnie nic. Ale były i takie historie, jak te przywołane przez Wojciecha Góreckiego w książce „Buran. Kirgiz wraca na koń”, gdy okazywało się, że wdowa po malarzu łatała obrazem dziurę w dachu lub że obraz trzeba sklejać, bo ktoś zdjął z niego ramy i je spalił, a płótno porwał, zapewne na rozpałkę.


fot. Bartosz Wróblewski

Za znalezione dzieła sztuki Sawicki zawsze płacił. Często z własnej kieszeni lub zapożyczając się właśnie w tym celu. Kupował też artystom lub ich spadkobiercom jedzenie, leki, a nawet załatwiał im węgiel. Kompulsywna pasja pozwoliła mu do śmierci w roku 1984 zebrać ponad 50 tysięcy eksponatów – głównie obrazów, rzeźb, biżuterii, dywanów i lokalnego rękodzieła. Śmierć zalęgła mu się w płucach. Lekarze twierdzili, że to nowotwór, inni lekarze wskazywali na gruźlicę. A okazało się, że wypalił sobie drogi oddechowe oparami formaliny, którą czyścił brąz. Na jego grobie widnieje inskrypcja: „Genialnemu ratownikowi piękna od wdzięcznych potomków”.


fot. Bartosz Wróblewski

Po jego śmierci muzeum zdołało zgromadzić kolejne 30 tysięcy eksponatów i stać się najważniejszym symbolem regionu, w którego zbiorach mieści się druga największa po Ermitażu kolekcja awangardowej sztuki radzieckiej. Większość kolekcji znajduje się w magazynach i jest udostępniania na życzenie zwiedzających. Nie znaczy to jednak, że muzeum jest małe lub skromne. Pobieżne zapoznanie się ze stałą ekspozycją zajęło nam dwa dni. Po rozległych, piętrowych gmachach spacerowaliśmy zwykle sami. Zwiedzających było mniej niż obsługi muzeum. Nie licząc tych krótkich chwil, gdy przez korytarze przebiegały niczym przeciąg wycieczki szkolne, które nie zatrzymywały się chyba przy żadnym z eksponatów. Dzieci szły parami za nauczycielkami, scrollując zawieszone na ścianach arcydzieła jak Facebooka, tyle że poziomo. Ot nowa, szybsza forma obcowania ze sztuką.


fot. Bartosz Wróblewski

Między kolejnymi dawkami karakałpackiego i radzieckiego malarstwa robiliśmy sobie przerwy w jednej z nielicznych kawiarni w Nukus, która miała kawę z ekspresu. Znajdowała się przy głównym placu, naprzeciwko muzeum, dzięki czemu mogliśmy obserwować korowody panien młodych, które wysiadały z jednej limuzyny za drugą, maszerowały pod najważniejszy gmach w mieście, robiły sobie zdjęcia z narzeczonym, z rodziną i odjeżdżały w siną dal. W każdej takiej sesji uczestniczyło znacznie więcej osób niż było zwiedzających. Przynajmniej wtedy, kiedy my byliśmy w muzeum.


fot. Bartosz Wróblewski

Moda na pełne przepychu śluby i wymyślne sesje w tym regionie to jednak temat na osobny tekst. Nie będzie w tym więc nic zaskakującego, jeśli za jakiś czas w Muzeum Sawickiego obok etnograficznych obrazów Karakałpacji z XX wieku zawisną właśnie panny młode odziane w suknie z gigantycznym kloszem oraz ciągnącym za nimi rodzinnym orszakiem. W końcu to najbardziej charakterystyczny obrazek dla dzisiejszego Nukus.


fot. Bartosz Wróblewski

Kirgistan: niebo łączy, a nie dzieli

Ksiądz Adam lubi patrzeć w niebo. Dlatego w ogrodzie za swoją plebanią w Dżalalabadzie wybudował niewielką blaszaną wieżę, do której wchodzi się po drabinie. W środku są dwa poziomy, a dach górnego piętra rozsuwa się jak w kabriolecie. Można też opuścić ściany. Latem zdarza mu się tam spać.

W centralnym miejscu tej ciasnej konstrukcji znajduje się niewielki teleskop, przez który polski duchowny obserwuje odległe galaktyki lub chociaż nieco mniej odległe ciała niebieskie Drogi Mlecznej. Na plebanii wiszą fotografie nieba i gwiazd, które sam wykonał.


fot. Bartosz Wróblewski

Pasją do astronomii lubi zarażać innych. Pisze więc wnioski o dofinansowanie projektów edukacyjnych, które realizuje później w Kirgistanie. Organizuje obozy, zakłada kółka astronomiczne w szkołach, kupuje dla nich teleskopy. Szkoli też nauczycieli, żeby wiedzieli, jak pokazywać dzieciom kosmos, kiedy on wyjedzie.

Większość mieszkańców Kirgistanu to muzułmanie. Na początku zwykle nie są przychylni katolickiemu księdzu w szkole. Prowadzenie zajęć, a czasem nawet samo uzyskanie na to zgody bywa dla Polaka wyzwaniem. Jednak uczestnicy jego kursów i przedstawiciele władz zazwyczaj wiedzą, że gdy mówi o niebie, nie występuje w roli duchownego i nikogo nie nawraca. Dzieci i nauczyciele nie mówią do niego ojcze. Jak widać, kiedy ludzie chcą – mimo różnic kulturowych i religijnych – nawet w sprawach nieba jakoś udaje im się dogadać.


Kazachstan: stolica jak kobieta – zmienną jest

Chcąc odwiedzić stolicę Kazachstanu, najbezpieczniej jest sprawdzić jej nazwę i położenie tuż przed podróżą, bo sytuacja bywa dynamiczna. Do 1961 roku miasto na północy Kazachstanu, które obecnie jest stolicą, nazywało się Akmolińsk. W rzeczonym 1961 r. zostało przemianowane na Celinograd. A w 1992 r., po uzyskaniu przez Kazachstan niepodległości, w ramach derusyfikacji nazw przyjęło kazachską nazwę Akmoła. Dwa lata później podjęto decyzję o przeniesieniu tam stolicy, co doszło do skutku w roku 1997. Oficjalnie głównym powodem przeprowadzki administracji państwowej z malowniczo położonych i znacznie większych Ałmat na mroźną północ kraju było ryzyko sejsmiczne występujące na południu. Nieoficjalnie mówi się o tym, że prezydent Nursułtan Nazarbajew zapragnął od podstaw stworzyć miasto, które stanie się pomnikiem jego rządów.

Akmoła przetrwała tylko do roku 1998, kiedy to została przemianowana na Astanę, co po kazachsku znaczy po prostu „stolica”. Można uznać, że w ten sposób podkreślono wagę narodowego języka, który długo pozostawał w cieniu rosyjskiego. Ale to nie koniec. W 2019 roku miasto zmieniło nazwę po raz kolejny. Do nowej Kazachowie z pewnością przywykli bez trudu, ponieważ tym razem złożono hołd nie językowi, a wodzowi, który miłościwie panował im od upadku Związku Radzieckiego do ustąpienia ze stanowiska właśnie w 2019 roku. Od tej chwili stolica nazywa się na jego cześć Nur-Sułtan.


fot. Bartosz Wróblewski

Nursułtan Nazarbajew objął urząd prezydenta Kazachstanu w 1990 roku i chociaż od 2019 roku nie jest już głową państwa, to zadbał o to, by nikt o nim nie zapomniał. Postawił sobie miasto-pomnik. Spacer główną aleją można porównać do przeglądania portoflio światowej sławy architektów. W samym centrum znajduje się wieża Bäjterek (Wieża Topoli), projekt brytyjskiego architekta Normana Fostera. Ma dokładnie 97 metrów wysokości na cześć roku 1997, kiedy to Akmoła została stolicą. Wewnątrz każdy odwiedzający może przyłożyć swoją dłoń do odciśniętej w czystym złocie dłoni byłego prezydenta. Z wieży można pójść do centrum handlowego w kształcie ogromnego namiotu, w którym znajdują się luksusowe butiki, kino, restauracje, basen i park rozrywki dla dzieci. Obok jest zapierający dech w piersiach gmach opery. Jest też filharmonia, której największa sala koncertowa może pomieścić trzy i pół tysiąca osób. Przy głównej alei znajduje się także nowy, zdobiony złotem meczet, który jest jednym z największych w całej Azji Środkowej. Poza tym: muzeum narodowe, biblioteka, dwie złote wieże, parlament i pałac prezydencki, który wygląda jak żywcem przeniesiony z Waszyngtonu i przykryty kazachską czapką. A to wcale nie wszystko.


fot. Bartosz Wróblewski

fot. Bartosz Wróblewski

fot. Bartosz Wróblewski

Nieopodal znajduje się olbrzymi kompleks expo, w którym jedno z ośmiu pięter zajmuje muzeum przyszłości. Można w nim poznać plany rozbudowy stolicy do 2030 roku, obejrzeć makiety, poczytać i posłuchać o wszystkich nowoczesnych rozwiązaniach, jakie zastosowano w mieście. Mieszkańcy drugiej najzimniejszej stolicy świata świętują swoje szczęście 6 lipca – w Dniu Stolicy, który wypada w urodziny Nazarbajewa.


fot. Bartosz Wróblewski

Jakby komuś mało było kultu wodza, to można też zajrzeć do jego ogromnego muzeum (Centrum Nazarbajewa), w którym jako eksponaty zostały wystawione szkolne świadectwa, książki, fotografie z głowami niemal wszystkich państw świata oraz prezenty, które od nich otrzymał. Kilka pięter wciąż jest pustych i gotowych na kolejne dary. A samo muzeum zdaje się z wytęsknieniem czekać na turystów. Kiedy je zwiedzaliśmy, poza nami byli tam tylko pracownicy i ochroniarze. Można było odnieść wrażenie, że tego dnia to my byliśmy tam największą atrakcją. A dla nas większą atrakcją od budynków i eksponatów okazały się wyższe od nas śnieżne tunele, którymi chodziliśmy po mieście, ponieważ kilka dni przed naszym przyjazdem był buran (stepowa burza śnieżna) i ciężarówki nie zdążyły jeszcze wywieźć całego opadu na step.


fot. Bartosz Wróblewski

fot. Bartosz Wróblewski

fot. Bartosz Wróblewski


Podczas pracy nad tekstem korzystaliśmy z następujących publikacji:

– „Buran. Kirgiz wraca na koń” Wojciecha Góreckiego;

– „Sowiestany” Eriki Fatland;

– Raport Międzynarodowego Centrum Polityki Migracyjnej z 2015 roku;

– Artykułów zamieszczonych w serwisach: nytimes.com, eurasianet.org, tehrantimes.com i Wikipedia.

Wpisy

Studiowała socjologię oraz kulturoznawstwo Europy Środkowo-Wschodniej na Uniwersytecie Warszawskim. Współpracuje z Fundacją Centrum Badań i Edukacji im. Ryszarda Kapuścińskiego. Pracuje w Centrum Edukacji Obywatelskiej.

Wpisy

Studiował polonistykę oraz filozofię na Uniwersytecie Warszawskim. Współpracuje z Fundacją Centrum Badań i Edukacji im. Ryszarda Kapuścińskiego, gdzie zakładał i współtworzył magazyn „Nowy folder”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „FilmPRO”, „Magazynie Filmowym SFP”. Interesuje się reportażem i dokumentem.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.