Miłośnik fikusów i długopisów. Tego o Ryszardzie Kapuścińskim mogliście nie wiedzieć


Gdyby żył, świętowałby dziś 87. urodziny. Pewnie spędziłby je tak jak zwykle – pisząc w pracowni kolejny reportaż lub esej. Gdyby ktoś zadzwonił z życzeniami, a żona kazała mu zejść i odebrać telefon, podziękowałby miło, że ktoś o nim pamięta, odłożył telefon i zdenerwował się, że znowu mu się przeszkadza w pracy. A wieczorem fragment tekstu przeczytałby żonie.

Zapamiętaliśmy go przede wszystkim jako wybitnego reportera i guru dziennikarzy. Jaki jeszcze był Ryszard Kapuściński?


Poeta reportażu

Od dziecka chciał być poetą. Kiedy uczęszczał do gimnazjum im. Stanisława Staszica, miał nawet w tej dziedzinie ogólnopolskie osiągnięcia. I choć ostatecznie został reporterem, to pisał poezje. Przede wszystkim w tekstach z podróży. – Został poetą reportażu. Gdyby nie miłość do poezji i umiejętność pisania wierszy, jego reportaże nie byłyby tak skondensowane – mówi asystentka Ryszarda Kapuścińskiego, a obecnie sekretarz nagrody jego imienia Bożena Dudko.


Mógłby być tłumaczem

Jedynym językiem obcym, którego Ryszard Kapuściński nauczył się jako dziecko, był rosyjski. Wszystkich języków, które potrzebne były mu do pracy, m.in. angielskiego, francuskiego, uczył się już jako dorosły człowiek. Kiedy PAP zdecydował o wysłaniu go jako korespondenta do Ameryki Łacińskiej, dał mu trzy miesiące na opanowanie języka hiszpańskiego. I udało się. Kosztowało go to około 18 godzin pracy dziennie.

Choć miewał lekcje, języka najwięcej uczył się sam. Sposobem na szlifowanie umiejętności, kiedy już opanował podstawy, było robienie tłumaczeń. W ten sposób przetłumaczył m.in. dzienniki Che Guevary. I podobno, według tłumaczki z języka hiszpańskiego Agaty Orzeszek, było ono doskonałe.


„Będę miał pierwsze zdanie, będę miał całą książkę”

Ryszard Kapuściński mawiał: Jak będę miał pierwsze zdanie, to będę miał całą książkę. Tak było m.in. z „Hebanem”. Zamknął się w pracowni i zszedł dopiero na kolację. Powiedział wtedy: Zacząłem pisać. – „Zacząłeś pisać?”, zapytałam, taka byłam przejęta. A on wrócił na górę, wykręcił kartkę z maszyny, bo zawsze pisał na maszynie, i przeczytał mi pierwsze zdanie – opowiada pani Alicja Kapuścińska, żona reportera. – Tak mi to weszło w pamięć, że do dziś to pierwsze zdanie pamiętam – dodaje i recytuje: Na początku rzuca się w oczy światło. Wszędzie światło, wszędzie jasność, wszędzie słońce. Jeszcze wczoraj ociekający deszczem, jesienny Londyn, ociekający deszczem samolot, zimny wiatr i ciemność. A dziś już wszyscy stoimy w słońcu.


Pierwsza recenzentka

Alicja Kapuścińska była zawsze pierwszą recenzentką książek Ryszarda. Często czytał jej na głos napisane fragmenty. Ryszard Kapuściński bardzo żonie w tej kwestii ufał. Wiedział, że jest córką polonistki. Wiedział też, że interesuje ją słowo pisane. Zdarzało się jednak, że ona sama „ośmielała się” czytać maszynopis i robić poprawki.


„Jak opowiem, nie napiszę”

Ryszard Kapuściński nie mówił o swoich pomysłach na książki, o tym, co chce w nich tam zawrzeć. Mawiał: Nie opowiem, bo jak opowiem, to nie napiszę. Nigdy też tak naprawdę nie złamał tej zasady. O swoich podróżach opowiadał bardzo powierzchownie i pobieżnie. Wszystkie szczegóły i przemyślenia zachowywał do reportaży.


Noga od stołu też mogłaby pisać reportaże

Mawiał, że dobrze spędzony dzień to pół strony napisanego tekstu. Ale zanim zaczął pisać, książkę tworzył w głowie. Dopiero potem spisywał ją na papier – najczęściej ręcznie. Następnie przepisywał tekst na maszynie. Poprawki między pierwszą a drugą wersją były bardzo niewielkie, można więc podejrzewać, że całość faktycznie tworzyła się najpierw w umyśle. Kluczem była koncentracja. W jednym z wywiadów żartował nawet, że gdyby noga od stołu umiałyby się skoncentrować, to też pisałaby reportaże.


Pracownia to dzieło Alicji

Kiedy państwo Kapuścińscy kupowali mieszkanie przy ulicy Prokuratorskiej w Warszawie, pan Ryszard martwił się, że nie ma tam dla niego przestrzeni do pracy. – Mieszkanie mi się podoba, ale nie mam tam miejsca na pisanie – przypomina sobie jego słowa żona. Pani Alicja zasugerowała strych, ale tam była tylko betonowa podłoga, małe pomieszczenia przedzielone ściankami, niski sufit. Reporter wątpił, że coś z tego będzie.

Kiedy jednak pojechał do Rosji, pani Alicja wzięła sprawy w swoje ręce i zajęła się m.in. remontem strychu. Wynajęła ekipę, która powiększyła okna, położyła drewnianą podłogę, usunęła ścianki, ociepliła pomieszczenie, podniosła dach. – Jak wrócił, powiedziałam: chodź na strych – opowiada. Zdziwił się, ale poszedł. – Kiedy zobaczył, jak to wszystko zostało zmienione, powiedział: Ja sobie w ogóle tego nie wyobrażałem… Był taki szczęśliwy – wspomina pani Alicja. W ten sposób powstała pracownia, w której Ryszard Kapuściński spędzał większość czasu, kiedy był w Polsce. To było jego miejsce. Zawsze powtarzał, że to dzieło żony.


Pracownia musi być „czynna”

Ryszard Kapuściński uważał, że warsztat musi być „czynny”. Oznacza to, że nie było w nim miejsca na rzeczy, również książki, niepotrzebne. Kiedy skończył pisać „Heban”, większość pozycji dotyczących Afryki wylądowała w piwnicy. Podobny los spotkał książki dotyczące np. Rosji.

Mawiał też, że, jako człowiek niezdolny, musi każdą książkę czytać trzy razy. Za pierwszym razem podkreślał czerwoną kredką to, co według niego było ważne, za drugim czytał tylko podkreślone fragmenty, za trzecim razem je konspektował. – Gdybym tego nie robił, niczego bym się nie nauczył – twierdził.


Miłość trzeba mieć pod ręką

Pasją Kapuścińskiego była filozofia. Kiedy był na studiach, już na trzecim roku prowadził ze studentami ćwiczenia z filozofii. Trafił wtedy do pracowni jeszcze nie tak znanego Leszka Kołakowskiego. Praktykującym filozofem był do końca życia. Raz w miesiącu odbywał debaty filozoficzne, w ramach których odwiedzali go różni filozofowie, z którymi dyskutował. Jego miłość zajmowała honorowe miejsce w „księgozbiorze podręcznym” – tuż obok biurka, za plecami Kapuścińskiego.


„Piję za Pana zdrowie”

W pracowni oprócz książek można znaleźć wiele innych skarbów, m.in. maskotki, które ktoś podarował Ryszardowi Kapuścińskiemu, pamiątki z podróży czy kolekcję jego długopisów. Na ścianach i drzwiach poprzypinane są karteczki z ważnymi dla niego cytatami. Wśród nich jest również telegram, który wysłała mu Wisława Szymborska. „Panie Ryszardzie, piję za Pana zdrowie” – brzmi wiadomość.


Jak wyprosić chcianego gościa?

Ryszard Kapuściński wolał się spotykać na mieście niż w domu. Mówił, że wtedy spotkanie ma określony czas. – Żartował, że jak się kogoś zaprosi do domu, to nie wiadomo jak go wyprosić – opowiada Bożena Dudko. – A jak spotykał się z kimś na mieście, to po odpowiednim czasie mówił: Przepraszam, mam następne spotkanie. I to był bardzo elegancki koniec – śmieje się.


Fan Mozarta i Bacha

Ryszard Kapuściński prawie zawsze był w pracy. Kiedy nie pracował, czytał książki, które potem często przydawały mu się do pisania. Ale lubił też muzykę. Kładł się na kanapie w salonie, zakładał słuchawki i przy pomocy małego odtwarzacza, który stał na szafce obok kanapy, słuchał muzyki. Najchętniej – klasycznej. Uwielbiał Mozarta i Bacha. Płyty Ryszarda Kapuścińskiego nadal stoją w salonie.


Tylko dwa razy w życiu

Od czasu, kiedy wydawcy zaczęli umieszczać na okładkach książek tzw. blurby, czyli krótkie recenzje napisane przez innych autorów, Ryszard Kapuściński otrzymywał mnóstwo próśb o ich stworzenie. Żeby uniknąć poświęcania na to zbyt wiele czasu, wymyślił, że jednej osobie może napisać blurb tylko dwa razy w życiu.


Ostatni długopis dała mu pielęgniarka

Ryszard Kapuściński kolekcjonował długopisy. – Jak dostał jakiś, to była wielka radość – opowiada pani Kapuścińska. – Kiedy już leżał w szpitalu, na UW obywała się konferencja, na którą był zaproszony, więc ja poszłam w jego zastępstwie. I tam dostałam w prezencie m.in. długopis. Poszłam do niego do szpitala, pokazałam mu go, a on się nim zachwycił. Za chwilę weszła pielęgniarka. Powiedział do niej: Siostro, niech siostra spojrzy, jaki mam ładny długopis! A ona na to powiedziała: To proszę jeszcze jeden. I dała mu swój – wspomina pani Alicja. To były jego dwa ostatnie długopisy.


Fikus nie przetrwał utraty przyjaciela

W pracowni Ryszarda Kapuścińskiego była jedna roślina – fikus. Przypominał mu Afrykę. Kiedy tracił jakiś liść, pan Ryszard przypinał go szpilką do drewnianej belki. Za życia reportera fikus miał się świetnie, jednak po jego śmierci zaczął marnieć. Pani Bożena Dudko i pani Alicja Kapuścińska dbały o niego, podlewały, próbowały przywrócić do życia. Niestety, bez właściciela roślina zwiędła. Do dziś jednak w pracowni na drewnianej belce wisi ostatni zwiędły liść zawieszony przez Ryszarda Kapuścińskiego.