/

Mirosław Ikonowicz: Uważaliśmy się za nieśmiertelnych

Nowy Folder - Mirosław Ikonowicz

 

Kto raz skosztował wojny i przeżył, ma ręce, nogi i całą głowę, to ma takie obciążenie, że potrzebuje mocnych przeżyć – mówi Mirosław Ikonowicz. W rozmowie z Magdaleną Bojanowską opowiada o przyjaźni z Ryszardem Kapuścińskim, dziennikarstwie w PRL-u i pracy korespondenta wojennego.

 

 

 

 

Jak Pan poznał Ryszarda Kapuścińskiego?

To było bardzo dawno temu, niestety (śmiech). Na pierwszym roku studiowałem w Toruniu historię, a na drugi przeniosłem się do Warszawy. Jak przyszedłem na zajęcia to powiedzieli mi, który to jest Kapuściński. Wiedziałem, że on tam studiuje. Pojawił się chudy facet z ogromną czarną czupryną i zagaił do mnie mniej więcej takimi słowami: „A to ty jesteś ten z Wilna, słyszałem o tobie. Obaj jesteśmy z Kresów. Ja jestem z Polesia, z Pińska.” Miał niesamowity urok osobisty.

 

Który pewnie nieraz pomógł mu w pracy dziennikarza.

To na pewno (śmiech). A do tego był poetą. Miał duże powodzenie wśród koleżanek na roku, ale najładniejszą już poderwał – Alicję, jego przyszłą żonę. Tak się złożyło, że nie tylko razem studiowaliśmy, ale razem wylądowaliśmy także w Polskiej Agencji Prasowej. Rysiek miał ostre pióro, w związku z tym miał też kłopoty. Kiedy pracował w „Sztandarze Młodych”, napisał ten słynny reportaż z Nowej Huty, który był ostry, cięty i przede wszystkim pokazywał, że władza ludowa nie dba specjalnie o budowniczych sztandarowej budowy socjalizmu, czyli Nowej Huty. Naczelna redaktor „Sztandaru”, która chroniła swoich dziennikarzy jak mogła, powiedziała, że po tym ostrym reportażu Rysiek powinien zniknąć na parę dni. Zasugerowała, że chcieli go zamknąć. Coś więc musiała wiedzieć na ten temat. Po jakimś czasie to się uspokoiło i skończyło się dobrze dla Kapuścińskiego.

 

Po zmianie władzy został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi właśnie za ten tekst.

Dokładnie. Myślę, że o jego karierze jako korespondenta zagranicznego zadecydował „Busz po polsku”. Mieliśmy, jak to się wtedy mówiło, przecieki z samej góry, że towarzysze z KC czy Biura Politycznego uznali, że Rysiek ma bardzo dobre ostre pióro ale lepiej, żeby opisywał zagranicę. I tak też się stało. Rysiek zaczął jeździć zagranicę, głównie do Afryki, i wkrótce stał się specjalistą od tego kontynentu, czego dowodem są jego książki. W najbliższym czasie ukaże się nowe wydanie „Jeszcze dzień życia”, jego reportażu-powieści nakładem wydawnictwa Agora z okazji premiery filmu pod tym samym tytułem, który jest filmem znakomitym. Miałem okazję już go obejrzeć na pokazie zamkniętym. Jest on nakręcony techniką, która bardzo dobrze pozwala wyrazić cały dramatyzm tego reportażu z wojny angolskiej – połączenie animacji z żywymi postaciami. Ja jestem pod ogromnym wrażeniem tego filmu i myślę, że będzie miał powodzenie. „Jeszcze dzień życia” jest moją ulubioną książką.

 

Dlaczego?

Po pierwsze znam realia, ponieważ byłem przed i po Ryśku korespondentem wojennym PAP-u w Angoli, a po drugie – ją się znakomicie czyta. On tą książką wtargnął do literatury światowej. Wcześniej już był znanym reportażystą, wspaniałym dziennikarzem, korespondentem wojennym, czy afrykańską, ale jako pisarz objawił się dopiero w tej książce. Jako dziennikarz miał ogromne poczucie odpowiedzialności za ludzi, z którym rozmawiał w czasie podróży po krajach objętych wojną czy pogrążonych przez reżimy dyktatorskie. Zawsze unikał pisania o nich w sposób, który umożliwił by ich rozpoznanie. Dbał o to, ponieważ w razie rozpoznania jego rozmówcy groziła krwawa zemsta.

 

Powiedział Pan jakim dziennikarzem był Kapuściński, a jaki był prywatnie?

Przyjacielski, solidarny z kolegami, bardzo lojalny jako dziennikarz i jako przyjaciel. Natomiast niekoniecznie można go było lubić za to, że nigdy nie opowiadał o czymś, o czym jeszcze nie napisał. Mawiał: „Jak wam opowiem coś zanim to opiszę, to już nigdy o tym nie napiszę”.

 

Czyli po raz pierwszy opowiadał o czymś pisząc, tak?

Właśnie tak – pierwszeństwo miał papier i maszyna do pisania, a nie przyjaciele. On po prostu tak już miał, że nawet żonie odmawiał opowieści póki nie napisał na ten temat tekstu. Ona dopiero później czytała to, co on napisał. Może to był przesąd, a może właśnie tak to odczuwał, że jak już zacznie opowiadać to nigdy tego nie opisze. Miał też pewną cechę, która jemu pozwoliła słuchać, co kumple i rozmówcy w tych krajach, w których pracował mają do powiedzenia. To umiejętność, która niewątpliwie by się przydała wielu dziennikarzom telewizyjnym – żeby nie zagadywali rozmówców, tylko słuchali, co oni mają do powiedzenia. Sam wielokrotnie doświadczyłem tego, jak on potrafił słuchać. Przez dziesięciolecia naszej przyjaźni przychodziłem, żeby go zapytać o coś, co mnie interesowało w kraju, do którego jechałem, a który on znał. I kontakty oczywiście mi dawał, natomiast nie wyręczał mnie w zbieraniu materiałów i każda próba rozmowy, podczas której miałem nadzieję, że z niego wyciągnę coś do mojej pracy, kończyła się tym, że to ja zaczynałem gadać.

 

 

A on słuchać.

To pewnie przez to, że jestem bardziej gadatliwy od niego (śmiech). Kolejna cecha Ryśka to niebywała punktualność. Umówiliśmy się kiedyś w Warszawie ja, Rysiek i jeszcze nasz przyjaciel Marian Turski w restauracji, ale coś nam wypadło i przyszliśmy pół godziny później. Rysiek się przywitał z nami, spojrzał na zegarek, powiedział, że jemu czas się już skończył i wyszedł. Bardzo cenił czas. Rysiek bardzo długo pracował nad tekstem, ale nie dziennikarskim, a literackim. Kiedy w listopadzie 1975 roku odebrałem go z lotniska, on zamiast odespać nieprzespane noce siedział na podłodze i ręcznie pisał ostatnią depeszę z Luandy, aby rano nadać ją teleksem do PAP-u. Był niebywale pracowity. Kapuściński ogromnie udoskonalił metodę pisania tekstów agencyjnych. Właściwie nikt tak przed nim nie pisał. Warto zauważyć, że łączność w Afryce była bardzo droga, a teleksów było tyle, co kot napłakał. Kiedy on relacjonował jakieś wydarzenia, to zaczynał od tego, co się wydarzyło. Zawsze był to taki dynamiczny opis. Pisał go bardzo krótkimi zdaniami. Na dwóch kartkach maszynopisu potrafił pokazać jakie mechanizmy polityczne czy wojskowe doprowadziły do tego danego wydarzenia. Nie pokazywał samego nagiego faktu, ale to, co za nim stało. W jednym lub dwóch zdaniach potrafił uchwycić kolor kraju tak, żeby było wiadomo, że to depesza nie z Rwandy, nie z Mozambiku, a z Angoli. To wszystko składało się na bardzo indywidualny charakter pisania. Trzymał się zasady, którą chętnie dzielił się ze studentami, że aby napisać jedną stronę tekstu należy przeczytać sto. Kiedy idzie się do jego pracowni na ul. Prokuratorskiej, można zobaczyć tę niesamowitą bibliotekę, ogromne stosy książek i notatek. Na rozciągniętym sznurze spinaczami przyczepiał swoje zapiski. I można było szybko wszystko odnaleźć, a nie grzebać godzinami w poszukiwaniu danej informacji.

 

Był praktyczny.

Przede wszystkim był szalenie zorganizowany i systematyczny. W tym wszystkim jego zdrowie, niestety, zawsze było na ostatnim miejscu.

 

Podobnie jak Kapuściński studiował Pan historię, ale jednak wybrał dziennikarstwo. Dlaczego?

Kiedy byłem szefem redakcji i przychodzili do mnie młodzi ludzie po dziennikarstwie to zawsze im mówiłem, że również po dziennikarstwie można zostać dziennikarzem (śmiech). W zagranicznej redakcji PAP mieliśmy historyków, lekarzy polonistów, przedstawicieli różnych kierunków studiów. Dziennikarstwo to zawód, który przyciąga i wciąga. Zwłaszcza, że w PRL-u miał dodatkowy walor: w sytuacji kiedy przeciętny Polak mógł pojechać na wczasy do Bułgarii czy do krajów demokracji ludowej, my, jako dziennikarze, w pewien sposób byliśmy uprzywilejowani. To właśnie ten mechanizm wyniósł Kapuścińskiego poza kraj, jako korespondenta wojennego. To był niezły sposób na to żeby pojechać wyjechać. Władza wolała, żeby ostre pióra opisywały zagranicę, a nie polską rzeczywistość. Jak to mawiali w PRL-u, Polska była najweselszym barakiem w obozie stylistyczny. U nas restrykcje były mniejsze i dziennikarze z tego często korzystali. Mieliśmy wielu dobrych korespondentów za granicą, ale jednak Kapuściński był bezkonkurencyjny.

 

Na czym więc polegał jego fenomen?

Niewątpliwie na talencie i wrażliwości. Jeśli chodzi o wrażliwość to jest mi ona bliska, ponieważ oboje pochodzimy z Kresów. On się wychowywał w Pińsku na Polesiu, gdzie otoczenie było kilkujęzyczne, gdzie były różne religie. Ta wielokulturowość Polesia, podobnie jak w moim przypadku Wileńszczyzny, sprawiły, że my bardzo dobrze czuliśmy się w zróżnicowanym otoczeniu. Dla nas to nie było barierą, zwłaszcza dla Ryśka. On nie tylko nie miał uprzedzeń do innych kultur, języków, ras, czy religii, ale budziły one jego ciekawość. On był przyzwyczajony do obcowania z tym innym, który był bardzo ważny w jego słowniku. Odmienność nie jest zła i nie budzi w nas przerażenia, lęku czy odrzucenia. To było bardzo ważne w przypadku pracy w krajach tak zwanego trzeciego świata. To pochodzenie było jakiegoś rodzaju przygotowaniem na to, co Kapuściński miał robić w przyszłości. On marzył o tym, aby napisać książkę o Polesiu, o swoim dzieciństwie w Pińsku, ale ciągle coś było ważniejsze. Zgromadził stosy książek, map, przewodników, które leżą u niego w pracowni, ale niestety nie zdążył już napisać na ten temat.
Był też niezwykle ciepłą osobą. Kiedy zmarł, poszedłem na wystawę jego fotografii w Zamku Królewskim i co mnie zaskoczyło? Że ta biedna, poszarpana wewnętrznie, głodująca Afryka się na nich uśmiecha. Dopiero później uświadomiłem sobie, że ci ludzie patrzą na Ryśka, który się uśmiecha. To niezwykle zjawisko: Afryka, w owych czasach kontynent dramatyczny, się uśmiecha.

 

Pan również był korespondentem wojennym. Czy taka praca odcisnęła w jakimś stopniu piętno na Pańskim życiu?

Niespecjalnie. Zarówno Kapuściński jak i ja przeżyliśmy wojnę. W żadnym wypadku nie chcę się z nim porównywać, bo ilość wojen które on opisał jest nieporównywalnie większa do tego, co ja opisywałem, ale przeżycia z II wojny światowej to była jakaś zaprawa do pracy korespondenta wojennego. Byliśmy przygotowani na wojnę. Ona nie była nam obca. Wyszliśmy z niej cało, co zbudowało w nas pewien optymizm, że z każdej wojny można wyjść cało. I Kapuściński wychodził cało nawet z takich sytuacji, z których nie powinien.

 

Szczęściarz.

Tak, szczęściarz, ale nie tylko. W „Pohulance” opisuję taką starszą panią arystokratkę, która mieszkała w czasie wojny w drewnianym domu na Nowostrojce, gdzie my się chowaliśmy. Ta pani znała filozofię Nietzschego. Miałem wówczas 10 lat i ona mi wytłumaczyła, że każdy człowiek, jak skończy 30 lat to ma taką twarz na jaką zasłużył. Nie wiem, czy tak dokładnie Rysiek to formułował, ale on potrafił czytać twarze. Po trzydziestce faktycznie każdy prawie ma taką twarz na jaką zasłużył i patrząc na zupełnie nieznanego człowieka można go odczytać, rozszyfrować. Oczywiście można się pomylić, ale jest duże prawdopodobieństwo, że trafimy. Instynkt – to jest to, co Kapuściński zawsze odrzucał. Ja mu to wmawiałem, ale on z tym absolutnie nie chciał się zgodzić. Mówiłem mu też o adrenalinie. Myślę, że chętnie decydowałem się na wyjazdy wojenne przez potrzebę adrenaliny, co jest konsekwencją przeżycia jednej wojny. Rozmawiałem o tym z Kapuścińskim, ale on to całkowicie wykluczał. Mówił, że nie odczuwa potrzeby adrenaliny. Nie wiem czy to prawda. Może nie zdawał sobie z tego sprawy. Kto raz skosztował wojny i przeżył, ma ręce, nogi i całą głowę, to ma takie obciążenie, że potrzebuje mocnych przeżyć. Może nie każdy, ale dużo osób tak ma.

 

 

A na Kapuścińskiego wpływało to, co widział na wojnach?

Też raczej nie. Rysiek był introwertykiem – nie był gadatliwy. Mimo że byliśmy przyjaciółmi właściwie przez całe życie to nie jestem w stanie wszystkiego powiedzieć o jego emocjach, bo on o nich nie mówił. Był powściągliwy w ich ujawnianiu. Owszem na papier je wylewał, ale nie dzielił się nimi z piszącymi kolegami. On był również dobrym aktorem, co doskonale widać w wywiadzie przeprowadzonym przez Marka Millera. W tym filmie widać, że on gra.

 

Jest tam zupełnie inny niż był prywatnie?

Tak, zdecydowanie bardziej ekspresyjny. On miał za sobą epizod aktorski. Moja późniejsza żona Olga i Rysiek chodzili do jednej klasy w Liceum im. Staszica. Utworzyli zespół teatralny, który podobno wystawiał bardzo dobre sztuki. Więc on na pewno miał zmysł aktorski. Człowiek składa się z wielu kawałków. I nie wszystkie są odkryte.

 

Pochodzi Pan z Wileńszczyzny. Często Pan tam jeździ?

Ostatni raz byłem na premierze książki „Pohulanka” na Uniwersytecie Wileńskim, a wcześniej 4 lata temu. Byłem też około 20 razy w Wilnie jako wysłannik PAP-u i „Polityki”, kiedy Litwa wybijała się na niepodległość. Bardzo się emocjonowałem tą walką o suwerenność. To był bardzo piękny okres. Ale to już chyba tak jest, że ciągnie nas do miejsc, w których się wychowaliśmy. Mnie ciągnie do Wilna, tak jak Ryśka ciągnęło do Pińska. Poza tym, trzeba przyznać, że Wileńszczyzna jest przepiękna.

 

Czy to właśnie sentyment do miejsca, z którego się pochodzi był pretekstem do napisania „Pohulanki”?

Oczywiście, że tak. Ale nie tylko samo miejsce – również wydarzenia z tamtego okresu były bardzo emocjonujące. Ludzie, których spotkałem. Przedziwne zbiegi okoliczności. Poza tym losy wojenne na ogół bywają bardziej atrakcyjne niż normalne pokojowe czasy. Doznaje się więcej emocji, więcej się przeżywa.

 

Czy przez te lata robił Pan jakieś notatki? Przygotowywał się w jakiś sposób do napisania tej książki?

Prawie wszystko odtwarzałem z pamięci. Zawarłem tam pewne elementy z mojej poprzedniej książki „Zawód: korespondent. Wilno, Hawana, Madryt”, ale to, co przeżyłem w czasie wojny, a byłem bardzo aktywny i częściowo pracowałem na utrzymanie mojej rodziny, to takich rzeczy się nie zapomina. Jednocześnie dziecko albo bardzo młody facet nie do końca zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Wierzy w swoją nieśmiertelność i ta wiara jest cechą bardzo młodego wieku. Ale w moim przypadku to było bardzo dobre. Myślę, że w przypadku Kapuścińskiego też. Podświadomie uważaliśmy się za nieśmiertelnych.

 

I na późniejszych wojnach też?

Coś z tego zostało od naszego pierwszego spotkania z wojną. To nie była zupełnie obca rzeczywistość. Myśleliśmy, że jak już raz z tego wyszliśmy to i tym razem damy jakoś radę.

 

Pracuje Pan w Polskiej Agencji Prasowej 65 lat. To absolutny rekord. Jak się różni współczesne dziennikarstwo od tego, które uprawiał Pan na początku swojej drogi zawodowej?

Przede wszystkim musiało ulec ogromnej ewolucji ze względu na zmianę nośników. Agencje prasowe nie odgrywają już tak ważnej roli jak kiedyś, chociaż wciąż są istotne. Dostępność do informacji, czy znacznie większa swoboda i wolność słowa na świecie są nieporównywalne z tym, co było kiedyś. W PRL-u mieliśmy taką pasjonującą zabawę w agencji, aby między wierszami przemycić jak najwięcej informacji, w jakiś sposób obejść cenzurę. Warto zauważyć, że dziennikarstwo po wojnie przez parę ładnych lat tworzone było przez dziennikarzy przedwojennych, co wpływało na jego kształt. Dlatego też było ono lepsze niż w innych krajach tzw. obozu socjalistycznego. Takim naszym nauczycielem zawodu dziennikarza agencyjnego był Zygmunt Bogucki, który był ostatnim korespondentem Polskiej Agencji Telegraficznej w Berlinie do dnia wybuchu wojny. Kiedy byłem świeżo przyjęty do pracy, przyszły depesze m.in. z TASS [Rosyjska Agencja Prasowa – przyp. red.]. Były tam zwroty m.in. o krwawym imperializmie. Byłem bardzo zakłopotany czytając to i on wtedy mi powiedział: „Panie Mirku, to jest TASS. On jest pisany takim językiem rosyjskim, który jest na język polski praktycznie nieprzetłumaczalny” (śmiech). Mieliśmy wielu przedwojennych dziennikarzy w redakcji. I taką ich ambicją było, mimo tych ograniczeń, móc powiedzieć jak najwięcej. Tak, jak wspomniałem, to była dość pasjonująca zabawa.

 

I świetna szkoła dziennikarstwa.

Tak. To była szkoła tego, jak pisać, żeby przemycić jak najwięcej prawdy o świecie.