Mirosław Ikonowicz: Wielu naśladowało Kapuścińskiego, ja też

[spider_facebook id=”2″]

 

Mirosław Ikonowicz miał 16 lat, kiedy wybrał dziennikarstwo. Został korespondentem terenowym, a jego wieku nikt w redakcjach nie znał. O 67 latach w zawodzie opowiada w rozmowie z Agnieszką Kapelą.

 

Miros³aw IkonowiczMirosław Ikonowicz był korespondentem Polskiej Agencji Prasowej w Bułgarii, na Kubie, w Hiszpanii, Portugalii, relacjonował wydarzenia z Angoli, Konga, Mozambiku, Watykanu i Litwy (fot. PAP / Tomasz Gzell)

 

Może się pan teraz znaleźć w dowolnym miejscu na świecie. Gdzie ze względów czysto dziennikarskich chciałby pan być?

W Ameryce Łacińskiej, bo tam się bardzo dużo dzieje. Najchętniej w Brazylii. Godne przyjrzenia się jest też to, co z odzyskaną wolnością zrobiono w Angoli. Chciałbym zobaczyć zmiany, które tam zaszły. Angola jest jednak dzisiaj najdroższym krajem Afryki, może nawet świata. Mojej redakcji nie byłoby pewnie stać choćby na tydzień pobytu w hotelu w Luandzie, a przecież i tak nie siedziałbym w stolicy, tylko jeździł po całym kraju, co też sporo kosztuje.

 

Brak pieniędzy to dzisiaj największy problem dziennikarstwa?

Problem jest rzeczywiście duży, bo redakcje mają coraz mniej środków na finansowanie takich wypraw, jak za czasów moich i Ryszarda Kapuścińskiego. Byliśmy opłacani wprawdzie bardzo skromnie, ale wystarczało na bilety i hotele. Kiedyś obaj wróciliśmy do Polski, chyba na Boże Narodzenie: ja z Angoli, Rysiek z Afryki Południowej i rozmawialiśmy z Michałem Czarneckim – wtedy naszym szefem w PAP-ie, świetnym przełożonym i dziennikarzem. Zwierzaliśmy mu się, że różnie było w czasie tych naszych wypraw, ale człowiek zawsze sobie myślał, że jeśli przytrafi mu się coś złego, to przynajmniej rodzina dostanie wysokie odszkodowanie. Michał roześmiał się i powiedział, że w ogóle nie byliśmy ubezpieczeni.

 

A mimo to jeździliście w rejony świata odległe, targane konfliktami.

Wiedzieliśmy, że nie da się napisać realistycznego reportażu z ZSRR, Czechosłowacji czy NRD. Trzeci Świat stwarzał nam swobodę, bo cenzura i Wydział Prasy Komitetu Centralnego nie bardzo się na tych krajach znały. Należeliśmy też do pokolenia, które przeżyło wojnę, ale nie z bronią z ręku: byliśmy na to za młodzi. Zazdrościliśmy naszym starszym kolegom, że są w partyzantce czy grupach bojowych. Bardzo nam to imponowało. Sami też staraliśmy się działać. Pamiętam, jak ukradłem Niemcom skrzynkę naboi. Oddałem ją, gdzie trzeba, a tam się okazało, że to były naboje ćwiczebne, z drewnianymi pociskami. Byłem tym bardzo rozczarowany. To może zabrzmieć strasznie, bo myśmy przecież widzieli wiele potwornych wojennych scen, ale czuliśmy niedosyt. Niektórzy to interpretują jako potrzebę adrenaliny. Rysiek się jednak nigdy do tego nie przyznawał.

 

Zawód korespondentMirosław Ikonowicz z dziennikarskim instynktem chyba się urodził. Jako dziesięciolatek – w 1941 roku podczas niemieckiego bombardowania Wilna – siedział na rosnącym przy domu klonie i obserwował, co się dzieje, zamiast schować się do piwnicy

 

Obaj pracę w dziennikarstwie zaczynaliście bardzo wcześnie.

Wybrałem ten zawód, gdy miałem 16 lat. Chyba pod wpływem lektur Hemingwaya, Pruszyńskiego, Saint-Exupery’ego i innych wielkich dziennikarzy, którzy zaczynali karierę jako korespondenci wojny domowej w Hiszpanii. 1947 rok to był dobry moment. Polska prasa nie była jeszcze wtedy poddana surowej cenzurze i kontroli partyjnej. To nastąpiło dopiero rok lub dwa później. Zacząłem pisać m.in. dla „Dziennika Bałtyckiego” i mikołajczykowskiej „Gazety Ludowej”. Złapałem bakcyla dziennikarstwa. Oczywiście w redakcjach nie wiedzieli, że nie skończyłem jeszcze 16 lat. Po wojnie było mało inteligencji. Jej starsi przedstawiciele mieli ideologiczne opory przed zostaniem dziennikarzami. U młodszych pojawiały się one rzadziej. W tej powojennej atmosferze dominował pęd do odbudowania życia w kraju, tak w sensie intelektualnym, jak i dosłownym. To był patriotyzm niezabarwiony politycznie. Moje pierwsze reportaże, pisane dla Polskiego Radia, pokazywały place budowy na Muranowie, na których pracowali świeżo upieczeni murarze. Warszawa wstawała z kolan.

 

Po wojnie, na studiach poznał pan Ryszarda Kapuścińskiego. Potem razem pracowaliście w PAP-ie. Na czym polega fenomen Kapuścińskiego jako dziennikarza?

Rysiek potrafił stworzyć tekst na 35–50 wierszy maszynopisu, w którym był nie tylko opis faktu, ale też pokazany kilkoma zdaniami mechanizm społeczny, polityczny, gospodarczy, który doprowadził do tego wydarzenia. Dzisiaj, kiedy oglądamy kalejdoskop telewizyjny – ja tak to właśnie nazywam – to widzimy mnóstwo zdarzeń, ale na ogół nie idzie za nimi wyjaśnienie. Pamiętam taką depeszę, którą Rysiek nadał z oblężonej Luandy, chyba 15 listopada 1975 roku, kiedy proklamowano niepodległość Angoli. Opisywał przyjęcie w pałacu prezydenckim, na którym podawano ryby, mięsiwa, ciasta, nawet kawior. A potem wspomniał, że najbardziej upragnioną zdobyczą była butelka wody mineralnej. Wynikało to z tego, że artyleria oblegająca Luandę strzelała w stację pomp, niszczyła ją i przez to nie było w mieście co pić. Tymi paroma zdaniami Kapuściński powiedział wszystko, co tam się działo. Takie opisy to kwestia talentu i umiejętności obserwacji. Podobny talent zdarza się rzadko, a jeszcze rzadziej idzie za nim tak mrówcza praca, wsparta odwagą i samozaparciem. Wielu starało się naśladować Kapuścińskiego. Jego styl, jego frazę. Jakiś czas i ja próbowałem. Ale nie tędy prowadzi droga do doskonałości w dziennikarstwie. Naśladować – tak, ale metodę: tysiące przeczytanych książek, upór, ciężką pracę…

 

Prawdziwość tekstów Kapuścińskiego jest jednak kwestionowana.

Różnie chce się go ustawiać. Artur Domosławski w książce „Kapuściński non-fiction” pewne rzeczy kwestionuje, a wiadomo, że Kapuściński nie mógł pisać o wszystkim, o czym wiedział. Nie mógł na przykład napisać, że w decydującym momencie wojny w Angoli, gdy Luandę otaczały wojska RPA, wylądowali tam żołnierze kubańscy. To nie stało się w wyniku porozumienia z Moskwą, ale wbrew woli ZSRR. Ten reportaż z Angoli, w dużej mierze złożony z depesz agencyjnych, („Jeszcze dzień życia”) to moja ulubiona książka Ryśka. Mogę potwierdzić, że nazwiska, sylwetki, sytuacje, miejsca, charakterystyka grup politycznych – wszystko się zgadza się w nim co do joty. Widziałem to, bo sam byłem wielokrotnie korespondentem w Angoli przed Ryśkiem i po nim.

 

Najbardziej dramatyczne wydarzenia relacjonował jednak on.

Tak, on przetrwał i relacjonował oblężenie Luandy przez wojska RPA, Republiki Południowej Afryki z czasów apartheidu. Tam też mógł zginąć. Były na to wielkie szanse. Redakcja wybrała jego jako bardziej doświadczonego korespondenta i afrykanistę, chociaż nie znał portugalskiego. Moja żona się ucieszyła, że to nie ja tym razem jadę. Zostałem w Madrycie, na swojej ówczesnej placówce.

 

Angola ExpressW 1976 roku ukazała się książka Ryszarda Kapuścińskiego „Jeszcze dzień życia” – efekt jego pracy w Angoli. Po 33 latach swoje doświadczenia i wspomnienia opublikował Mirosław Ikonowicz

 

Żona się o pana bała. A sam dziennikarz ma prawo do strachu?

Oczywiście.

 

Kiedy pan się bał?

Najbardziej wtedy, kiedy jeszcze nie byłem dziennikarzem, w czasie wojny, gdy znalazłem się na ziemi niczyjej i przez dwa tygodnie trwał ostrzał ze stron radzieckiej i niemieckiej. Nauczyłem się jednak sztuki przetrwania. Pewnie miałem po prostu dobre odruchy. Potem wielokrotnie bałem się też w Afryce, ale to był już strach oswojony.

 

Pana ostatnia wojenna wyprawa…

…w 2008 roku relacjonowałem krótką, ale krwawą wojnę rosyjsko-gruzińską w Południowej Osetii.

 

IMG_8633Mirosław Ikonowicz był jednym z gości Letniej Akademii Multimedialnej w Sokołowsku, która odbyła się w dniach 01–07.09.2014 (fot. Bartosz Wróblewski)

 

Teraz wchodzić do zawodu jest łatwiej czy trudniej niż wtedy, gdy pan zaczynał?

To zupełnie nowa epoka. Za naszych czasów łączność opierała się na telefonach stacjonarnych, które były bardzo drogie oraz teleksach – dalekopisach, też zresztą drogich. Kiedy obsługiwałem wojnę w Angoli, w całym kraju dostępnych było 7–8 sprawnych dalekopisów. Trzeba się było umówić z redakcją, że na przykład za dwa dni będę w Lubango na południu i będę się łączył o godz. 15:30. Wtedy redakcja na taki dalekopis wywoływała. A że łączność była droga, to wymagano dużej zwięzłości. Byliśmy jednak w pewnym sensie uprzywilejowani, bo Polacy oglądali świat naszymi oczami. Sami podróżowali niewiele albo wcale.

Dzisiaj, mimo swobody i braku ograniczeń administracyjnych, więcej zależy od samych dziennikarzy. Podziwiam tych wszystkich młodych kolegów, którzy nie mają niczego zagwarantowanego. Muszą sami zorganizować pieniądze i dotrzeć do tego zakątka świata, do którego chcą. To wymaga nawet więcej przedsiębiorczości niż odwagi.

 

A do tego prasa papierowa jest w kryzysie.

Rynek się zmienił, ale czytelników wystarcza, by mogły się ukazywać takie pisma jak „Polityka”, „Newsweek”, „Angora”, „Tygodnik Powszechny”. One trwają i będą dalej się ukazywać. Nie jest więc tak źle. Kryzys bardziej dotyka prasy codziennej. Gazety się kurczą, stają się mniej ambitne, w wielu redakcjach rozgrywa się taka scena: nie ma co napisać, nic się nie dzieje, to musicie coś wymyślić. Tak powstają sensacje. Obok tych prawdziwych mamy więc te stworzone na potrzeby konkretnego wydania, również te, które trzeba bardzo pracowicie, miesiącami konstruować na podstawie podsłuchów. Czy takie dziennikarstwo jest do końca bezużyteczne dla naszej wiedzy o świecie? Nie, bo czegoś się jednak dowiadujemy, czasami to mogą być naprawdę istotne rzeczy.

 

Jakie są w związku z tym drogi dla młodych ludzi chcących zajmować się dziennikarstwem?

Możliwości są trzy: dążyć do tego, żeby dojść do stanowiska prezentera telewizyjnego, znaleźć dobrą posadę w tabloidzie albo mieć ambicje i nie liczyć na duże pieniądze.

 

Ryszard Kapuściński odnalazłby się w dzisiejszym świecie dziennikarstwa?

Czasami się nad tym zastanawiam. Ale on już dawno porzucił dziennikarstwo i przeszedł do literatury. Stał się wybitnym polskim pisarzem, którego bardzo trudno oprawić w ramy dzisiejszej poprawności politycznej, choć trwają próby…

 

M. Ikonowicz, okładka książki 'Hombre Kapuściński'Mirosław Ikonowicz i Ryszard Kapuściński razem studiowali, a potem przez wiele lat razem pracowali jako korespondenci Polskiej Agencji Prasowej

 

A może na Twitterze przekazywałby aktualności z najodleglejszych zakątków świata?

Rysiek nigdy nawet na komputerze nie pisał. Cały czas korzystał z maszyny. Ja musiałem się przekonać i opanować tę technikę, kiedy na polskim rynku pojawił się internet. To ogromny postęp, ale zwiększa też krytycyzm czytelników, bo mogą sobie wiele faktów sami sprawdzić. Chyba że chodzi o dziennikarstwo opinii. Chociaż lepiej, żeby w nim było więcej dziennikarstwa niż opinii.