/

Mój Kapuściński

 

Nikt mi nigdy nie kazał czytać Ryszarda Kapuścińskiego. Ani w szkole, ani na studiach. Nikt mnie nigdy nawet do tego specjalnie nie namawiał. To zarazem najlepsza i najgorsza rzecz, jaka mogła mnie spotkać.

 

Ryszard Kapuściński opisywał świat targany konfliktami
(fot. archiwum Ryszarda Kapuścińskiego)

 

Jestem pierwszym rocznikiem, który zaczynał studia dziennikarskie w rzeczywistości po wydaniu biografii „Kapuściński non-fiction” autorstwa Artura Domosławskiego. Dla wielu obrazoburczej. Dla mnie to była po prostu książka-ciekawostka. Nie uderzała w mojego mistrza i idola. Nie sprawiała, że wyrzucałam jego reportaże na śmietnik czy traciłam wiarę w dziennikarską uczciwość. Niczego mi nie zabierała, bo wtedy na mojej liście przeczytanych książek nie było żadnej pozycji Kapuścińskiego. Sięgnęłam po nie dopiero na pierwszym roku studiów. Sama, z własnej woli. Chciałam zobaczyć, czy literatura faktu mnie w ogóle zainteresuje. Do tamtego momentu na palcach jednej ręki policzyłabym przeczytane reportaże i biografie.

 

Czasami zazdroszczę tym wszystkim, którzy jako dzieci z wypiekami na twarzy pochłaniali kolejne książki Kapuścińskiego. Zazdroszczę im tej fascynacji, nawet jeśli była dziecięca i naiwna. Zazdroszczę im przeżywanej przygody. Zazdroszczę inspiracji.

 

Ale zazwyczaj cieszę się, że poznawałam Kapuścińskiego tak bardzo świadomie. Że nie kojarzy mi się z wejściówkami z lektury, pisaniem schematycznych wypracowań, serwowaniem jedynie słusznych interpretacji. Że nie budowałam w swojej głowie obrazu reportera czy wręcz człowieka bez skazy. Że nie musiałam burzyć żadnych pomników.

 

Zamiast tego mogłam i wciąż mogę tworzyć sobie swojego Kapuścińskiego. Sklejać go z tego, co pisał wprost i co przekazywał między wierszami, układać ze zdań wypowiadanych w wywiadach i na wykładach, lepić ze wspomnień ludzi, którzy znali go świetnie i tych, którzy tylko trochę. Myślę, że to dobre, twórcze i uczciwe.

 

Nie lubię w narracji o Kapuścińskim podziału na my – oni, zwolennicy – przeciwnicy. Najczęściej sprowadza się on bowiem do konfliktu między wiernymi admiratorami a zaciekłymi krytykami. Obie postawy uważam za krzywdzące, przede wszystkim dla samego Kapuścińskiego. To przecież zwyczajnie niemożliwe, by był on tak jednowymiarowy. By ktokolwiek był. W swoich tekstach wielokrotnie zwracał uwagę na negatywne konsekwencje polaryzacji świata. To niezły chichot historii, że sam stał się obiektem tak wyraźnego podziału. Dlatego mój Kapuściński jest kolorowy i skomplikowany – jak rzeczywistość, którą opisywał.

 

Kiedy myślę, że nie nadaję się do dziennikarstwa, zastanawiam się, jak on – we wspomnieniach przedstawiany jako człowiek łagodny i nieco wycofany – radził sobie w świecie, w którym językiem urzędowym jest karabin, a walutą ludzkie życie. Kiedy po napisanym tekście popadam w przesadne samozadowolenie, myślę, ile takich fantastycznych tekstów napisał on. I jak, mimo wszystko, był wobec nich krytyczny. Kiedy przed sobą mam białą kartkę, a kursor niezmiennie miga na początku dokumentu, wspominam, jak trudno mu było wymyślić pierwsze zdanie. Kiedy trochę mi wstyd za swoją dawną pisaninę, dociera do mnie, że on też pewnie dochodził po latach do podobnych refleksji. Takie myślenie raz dodaje otuchy, innym razem stawia do pionu.

 

Może ktoś potrzebuje do życia i pracy nieskazitelnych herosów albo wszędzie szuka w tym celu wrogów. Ja nie. Mnie wystarczy ktoś taki, jak mój Kapuściński.

 

 

Agnieszka Kapela