Nad Bałtykiem bez zmian

 

Szczurek, Gumowy i Marian mieszkają tam, gdzie zawraca wiatr, czyli nad polskim morzem. I jak wskazuje tytuł – osiedli na mieliźnie.

 

morze-po-kolana

 

Nie moczą jednak stóp w Bałtyku. W sezonie pracują, a poza sezonem odciskają pośladki na przystanku autobusowym, mocząc usta w niewyrafinowanych trunkach i sprawdzając punktualność (a raczej niepunktualność) rzadko pojawiających się autobusów. Każdy ma swoje powody, by wypić, bo każdemu w życiu coś nie wyszło. Gumowemu kilka samobójstw, a poza tym stracił stopę i odeszła od niego żona. Szczurkowi emigracyjna kariera oraz ojcostwo. Bo chociaż ojcem został, to z matką i latoroślą nie zamieszkał. A Marianowi nic w życiu nie wyszło, bo poszedł na studia polonistyczne, na których nauczył się tylko pić. Wrócił więc na stare śmieci i rozpoczął pracę u Ryśka, kumpla z podstawówki, a obecnie lokalnego potentata rynku nieruchomości – właściciela pensjonatu Verona, baru pod strzechą przy wyjściu na plażę oraz pola namiotowego. Siedzą więc pod (póki co) nieprzemakalną wiatą, gdzie życie przecieka im przez palce tak, jak poza sezonem przecieka polskie niebo.

 

„Obyś żył w ciekawych czasach” – głosi chińskie przekleństwo, w obliczu którego polska prowincja – ta oaza spokoju, rewers wielkomiejskiego pędu, natłoku spraw do załatwienia – jawi się niczym kraina powszechnej szczęśliwości. Bo gdzie nie zajrzeć, tam nuda. Ale to tylko pozory. Wystarczy zajrzeć w oczy bohaterów „Morza po kolana”, by przekonać się, że z tej nudy, życiowych niepowodzeń i braku perspektyw rodzi się frustracja. Bo codzienna beznadzieja prowincji jest niewidzialna zarówno dla mediów, jak i polityków. Nie wspominając o turystach z tzw. Polski A. Wszyscy przypominają sobie o niej tuż przed wyborami (nie licząc krótkiego wakacyjnego okresu prosperity), kiedy jest za późno na zmiany systemowe. Zostaje więc populizm, któremu ulega część wykluczonych lub obywatelski marazm – bo tylko obiecują, a i tak nic zmienią, jak wszyscy poprzedni.

 

Marcinowie Kołodziejczyk z Podolcem przypominają więc o prowincji albumem, który przywraca właściwą rangę mieszkającym tam ludziom i ich dramatom. Komiksem kontemplującym nudę, o której można zapomnieć pod wpływem natłoku bodźców dostarczanych przez media, internet i życie w mieście. Okazuje się bowiem, że gołe życie i nuda mogą – paradoksalnie – zaintrygować. Nie tylko ze względów socjologiczno-politycznych, lecz także jako rewizja popularnego marzenia pracowników korporacji, które najlepiej streszcza hasło: „A może by tak rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?”. Bo prowincja to zazwyczaj nie sielska Arkadia, lecz przede wszystkim bieda i życie daleko od szosy, gdzieś na marginesie wielkiego świata.

 

U Podolca ten margines przybiera kształt z pogranicza realizmu i bajki. Rysownik z jednej strony pokazuje świat pogrążony w marazmie i ludzi, którym nigdzie się nie spieszy, bo przecież nie ma do czego; a z drugiej strony zaokrągla najostrzejsze krawędzie i tak szorstkiej rzeczywistości. Skupia się na wymownych szczegółach, jak wciąż odnajdywane przez bohaterów ślady minionych wakacji (a to klapek, a to ulotka) czy już powakacyjne, bo przez nich samych opróżniane i zgniatane puszki po piwie, by po chwili przeskoczyć do symbolicznych sekwencji wspomnień lub pragnień spod wiaty. A wszystko na podstawie reportaży Kołodziejczyka z tomów „B. Opowieści z planety prowincja” oraz „Bardzo martwy sezon”. Kołodziejczyka, który jako scenarzysta komiksu snuje opowieść z perspektywy Mariana – niedoszłego polonisty, który nie ocenia swoich przyjaciół, a jedynie zdaje relację z ich i swojego życia polegającego na czekaniu. Na Godota – jak sugeruje motto – bo nic poza turystycznym sezonem nie jest w stanie wyrwać ich z odrętwienia. Wegetują więc, po kolana zanurzeni w morzu wspomnień i dawnych niepowodzeń, które sprawiają, że trudniej im brnąć przez życie. I wyglądają nadchodzącego lata i przypływu turystów, bo może w tym roku wreszcie wszystko się odmieni.

 

Skromna, niedługa i cicha, ale pełna empatii i humanizmu opowieść o wykluczonych, uwrażliwiająca na los tych, o których na co dzień mało kto pamięta. Ale też skłaniająca do przemyślenia swoich relacji z bliskimi, do zainteresowania się problemami sąsiadów, zamiast próby nadążania za coraz szybciej pędzącym światem i bezrefleksyjnego uczestnictwa w gonitwie zwanej karierą.

 

 

Bartosz Wróblewski

 

 

„Morze po kolana”
Scenariusz: Marcin Kołodziejczyk
Rysunek: Marcin Podolec
Wydawnictwo: Wielka Litera