/

Multireporter – przyszłość opowiadania historii non-fiction

Na początku stycznia 2013 roku na australijskiej wyspie Tasmania doszło do tragedii. Tysiące hektarów lasów spłonęło w pożarach, do których doszło w czterdziestu różnych miejscach wyspy w wyniku największej od 1880 roku fali upałów. Słupki rtęci sięgały niekiedy 41 stopni Celsjusza. Pożary pochłonęły ponad 100 budynków, ewakuowano ponad 3 tysiące osób, setki zaginęło.

 

Firestorm„Guardian” od dłuższego czasu szukał tematu na duży, multimedialny projekt, a sprawa Holmesów okazała się idealną szansą – tak powstał „Firestorm” (fot. www.theguardian.com)

 

Te i inne strzępki informacji co rusz pojawiały się w australijskich mediach przez kolejne kilka dni, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jednak w całym informacyjnym gąszczu zachowała się jedna historia, która zwróciła szczególną uwagę dziennikarzy – historia rodziny Holmes z miasta Dunalley. Zdjęcie, na którym widać piątkę dzieci oraz ich babcię, Tammy Holmes, przywiązanych do drewnianego molo na trzy godziny, obiegło cały świat. Na szczęście ani im, ani przebywającym w tym czasie w innej części Tasmanii rodzicom dzieci nie stało się nic złego.

 

Pojawiło się pytanie: w jaki sposób opisać w jednym miejscu to, co spotkało rodzinę Holmes w kontekście tego, co w tym samym czasie działo się na terenie Tasmanii? Dziennikarze brytyjskiego „Guardiana” wespół z australijskim oddziałem znaleźli rozwiązanie. Obie redakcje przygotowały solidną dokumentację tematu (tj. teksty napisane przez samych dziennikarzy, infografikę, materiały audio i audiowizualne zawierające m.in. wywiady przeprowadzone z samymi bohaterami i świadkami zdarzeń itp.), a następnie złożyły wszystko w jedną całość w postaci w pełni multimedialnej strony internetowej. Jon Henley powiedział w jednym z wywiadów, że „Guardian” od dłuższego czasu szukał tematu na duży, multimedialny projekt, a sprawa Holmesów okazała się idealną szansą. Reakcje czytelników oraz ludzi z branży pokazały, że szansa ta została w pełni wykorzystana. I choć „Firestorm” nie jest wolne od błędów (nie jest do końca interaktywne, a samo oglądanie filmów i animowanych teł to za mało), Francesca Panetta, szefowa projektów specjalnych „Guardiana”, przyznała, że to zadanie było dla nich czymś nowym i wciąż są w fazie nauki. Z tym stwierdzeniem trzeba się w pełni zgodzić: dziennikarze wciąż się uczą i będą uczyć się dalej . Internet bowiem nie stoi w miejscu, ale ciągle się rozwija. Kiedy kilkanaście lat temu wszedł on w fazę Web 2.0 przeszedł totalną metamorfozę: strony WWW nie są już tablicami ogłoszeniowymi z litą ścianą tekstu, ale w pełni interaktywnymi multimedialnymi przedsiębiorstwami; granica między twórcami a użytkownikami została niemal całkowicie zatarta; nastąpił szaleńczy rozwój serwisów społecznościowych, aplikacji, blogosfery (i wszelkich jej odmian, jak mikroblogów, czy vlogów), nowych technik urozmaicania stron. Co ważniejsze – powstało także pojęcie dziennikarza internetowego, którego dzisiaj stawia się na równi z dziennikarzami starych mediów.

 

Snow FallPróby realizacji reportażu multimedialnego ma za sobą też „New York Times”
(fot. www.nytimes.com)

 

Internet w takiej postaci, w jakiej istnieje dzisiaj, oferuje znacznie więcej niż jesteśmy w stanie to sobie wyobrazić. Ważne jest, aby nie tylko dziennikarze starych mediów, ale też ci, którzy dopiero postawili w tym zawodzie swoje pierwsze kroki, przeszli solidną edukację. Bowiem niezbadane są drogi starych mediów – o upadku prasy mówi się już od dłuższego czasu. Internet daje szerokie pole do popisu, pozwala na eksperymentowanie na wielu płaszczyznach, a stworzone w wyniku takich eksperymentów „dzieła” mogą niejako przysłużyć się w dziennikarskim zawodzie i w jego dalszym rozwoju. Jednym z takich przykładów jest właśnie reportaż multimedialny.

 

Można pokusić się stwierdzeniem, że sposób opowiadania historii ewoluował niejako razem z mediami. Jednak nie można powiedzieć, żeby ta stopniowa zmiana odbywała się bezboleśnie: redakcje z czasem dochodziły do wniosku, że tworzenie dłuższych form dziennikarskich jest nieopłacalne, brakuje miejsca w gazecie, telewizja spłyca obraz, a sam dźwięk niekiedy nie jest wystarczający. Dlatego wciąż szukano alternatywy: czegoś, co zlikwiduje te bariery, dostarczając jednocześnie produkt dziennikarski wysokiej jakości i przyciągając starych i nowych odbiorców, o reklamodawcach nie wspominając. Jednym z takich rozwiązań oraz krokiem milowym w dziedzinie dziennikarstwa jest właśnie reportaż multimedialny – dowód na to, że stare i nowe media mogą ze sobą współpracować.

 

Boskie Światło„W Gazecie Wyborczej” pojawił się reportaż multimedialny z wyprawy Jacka Hugo-Badera na Broad Peak w poszukiwaniu ciał Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego
(fot. interaktywna.wyborcza.pl)

 

Reportaż multimedialny niesie za sobą wiele zalet. Po pierwsze, tego typu przedsięwzięcia, patrząc chociażby na przykład wspomnianego „Guardiana”, ale też „New York Times” i znanych z naszego podwórka „Gazety Wyborczej” i „Dziennika Zachodniego”, zdobywają coraz większe uznanie u odbiorców, a temu trendowi – i tu po drugie – bacznie przygląda się środowisko reklamodawców – przeciętny użytkownik spędza znacznie więcej czasu nad takim materiałem niż na stronie głównej. Po trzecie, reportaż multimedialny pokazuje, jak przy nakładzie pracy wielu osób i w stosunkowo krótkim czasie (pożary w Tasmanii miały miejsce w styczniu, „Firestorm” pojawił się w maju) da się w sposób przystępny i atrakcyjny opowiedzieć historię, splatając ze sobą cechy prasy, radia i TV z globalną siecią, nie tracąc przy tym na jakości. Po czwarte, w jednym miejscu można zawrzeć wiele informacji, począwszy od tekstu, przez materiały filmowe, zdjęcia, na infografikach kończąc. Internet to nie gazeta – nie ma ograniczeń. Po piąte – i raczej nieostatnie – to szansa na zatrudnienie. Jak już wspomniałem, takie duże projekty wymagają dużej liczby rąk do pracy. Redakcje będą potrzebować nie tylko dziennikarzy, ale też montażystów, grafików, programistów, operatorów, fotoreporterów itp. Reporterzy mogą też pracować na własny rachunek. Po zebraniu solidnej grupy mogą sami tworzyć tego typu projekty i starać się o granty, a wspólna twórczość poszerzy portfolio każdego z osobna.

 

Oczywiście, choć reportaż multimedialny jest niejako oznaką przyszłości w zawodzie, wciąż pozostają pewne problemy, z którymi dziennikarze muszą się zmierzyć np. jak przekonać wydawców do wsparcia takiego materiału. W prasie byłoby nie do pomyślenia, aby nad jednym tekstem pracowało kilkanaście osób. Obawa przed czymś tak nowatorskim również może zniechęcić sponsorów, dlatego warto zastanowić się nad samodzielnym zebraniem funduszy. Konrad Oprzędek, twórca e-reportaz.pl, na tę chwilę ma opublikowany jeden materiał. Liczy na wsparcie czytelników, żeby wydać kolejne. Pozostaje też kwestia znalezienia przez dziennikarza czasu, w i tak napiętym do granic możliwości grafiku, na naukę nowych rzeczy. Nie mówiąc już o tym, czy odbiorcy będą skłonni zamienić gazetę na monitor komputera i spędzać przed nim przynajmniej godzinę.

 

Kruk„Dziennik Zachodni” stawia na interaktywność. Za wzorcowe wykorzystanie narzędzi cyfrowych redakcja otrzymała Grand Press Digital 2014
(fot. dziennikzachodni.creatavist.com)

 

Niemniej jednak do tego czasu wypadałoby, aby dziennikarze zaznajomili się z nowym środowiskiem i raz spróbowali swoich sił w stworzeniu chociaż minireportażu. Język programowania wciąż ewoluuje – staje się bardziej przystępny, dając tym samym szanse na wykazanie się tym, którzy dotychczas mieli problemy z jego opanowaniem. Narzędzi (także darmowych!), które pomagają urozmaicić taką stronę, poprawić nawigację, funkcjonalność czy też zawrzeć znacznie więcej materiałów niż się na początku planowało, jest w Internecie bardzo dużo , a korzystają z nich najlepsi („Time”, „New Yorker”, „Roling Stone” itp.). Warto zatem wykorzystać nowo zdobytą wiedzę do czegoś więcej niż wrzucania filmików na YouTube’a.

 

Paweł Dembowski