Muzyczny Kraków. Najlepsze „Pieśni odkupienia”

[spider_facebook id=”2″]

„Pieśni odkupienia” w reżyserii Amandy Sans i Miquela Galofré wygrały międzynarodowy konkurs dokumentów muzycznych DocFilmMusic 54. Krakowskiego Festiwalu Filmowego. Selekcjonerzy postawili w tym roku na różnorodność i bogactwo tematów związanych ze światem muzyki. A całą dziesiątkę filmów, biorących udział w krakowskim konkursie, można było obejrzeć w warszawskim Kinie Kultura.

 

piesniodkupienia650

 

Zwycięska jamajsko-hiszpańska koprodukcja opowiada o życiu w zakładzie karnym w Kingston, w którym więźniowie są resocjalizowani przy pomocy muzyki. Realizatorzy wybrali na bohaterów osadzonych różnego kalibru. Łączy ich właśnie muzyka, za pośrednictwem której wyrażają emocje. Film zbudowany jest z rozmów z więźniami przeplatanych obserwacją ich codzienności (posiłków, koncertów, meczów). Najbardziej w pamięć zapadają jednak sceny, w których kamera towarzyszy bohaterom w studiu nagraniowym. Okazuje się bowiem, że kluczem do historii osadzonych są ich piosenki. To, co ukrywają pod starannie wypracowanym stylem zachodnich raperów (a raczej wyobrażeniem tego stylu), wychodzi na jaw w tekstach i muzyce. I właśnie za połączenie tej ludzkiej słabości z siłą muzyki filmowi należało się pierwsze miejsce. „Pieśni odkupienia” to dokument oparty na mocnych bohaterach – czasem zabawnych, czasem wzruszających, innym razem przeciętnych, ale zawsze bardzo prawdziwych.

 

Kolejny film, w którym na pierwszy plan wysuwa się muzyka, to „Rap idzie na wojnę” w reżyserii Jesse Acevedo. Lejtmotywem tej kubańsko-amerykańskiej współpracy jest hasło „Viva Cuba Libre”. O wolność,  bowiem toczy się ta wojna. Muzyka jest w filmie najważniejsza, rozmowy z twórcami ograniczone są do minimum. Cały ładunek emocjonalny niosą ze sobą piosenki, bronią raperów z Los Aldeanos są ich teksty: gniewne, zbuntowane, wyrażające publicznie to, co po cichu myśli większość Kubańczyków. Muzyka Los Aldeanos jest na Kubie zakazana, a aresztowania i szykany ze strony władz to codzienność zarówno dla członków grupy, jak i ich fanów. Nazwisk realizatorów filmu nie ujawniono ze względów bezpieczeństwa. Można się jedynie domyślać, że nie są to amatorzy. Profesjonalizm zdjęć i świadomość pracy kamery to duży plus filmu. Natomiast jego słabą stroną są zbyt emocjonalne i mocno ingerujące w życie prywatne członków zespołu sceny (ocierająca się o kicz dokumentacja porodu żony jednego z członków grupy). Można przypuszczać, że realizatorzy to ludzie stamtąd, bardzo związani z zespołem, dla których rap znaczy wolność, a Los Aldeanos są jedyną szansą na bunt i walkę o lepszą Kubę.

 

zjdecie kff
W zupełnie innym klimacie utrzymany jest „Dominguinhos”, filmowy portret zmarłego przed rokiem Jose Domingosa de Moraisa (pseudonim Dominguinhos) – gwiazdy brazylijskiej muzyki popularnej. Tytułowy bohater łączył w swojej twórczości tradycyjne indiańskie brzmienia z wpływami europejskimi i afrykańskimi. Film ma na celu pokazać, jak osobiste doświadczenia (dzieciństwo spędzone w biedzie i życie uczuciowe bohatera) odcisnęły piętno na karierze Dominguinhosa. To biografia bardzo niekonwencjonalna, mocno poetycka, liryczna i momentami tak powolna, że aż nudna. Film, który miał łączyć życie osobiste z zawodowym, wytwarza wrażenie rozdźwięku między jednym a drugim. Wesołe piosenki artysty i snująca się narracja wprowadzają spore zamieszanie i w rezultacie nie poszerzają wiedzy ani na temat samego Dominguinhosa, ani Brazylii z lat, o których mowa w filmie. Pomimo dużego potencjału w postaci bohatera, film traci na braku spójności.

 

W podobnie niekonwencjonalny sposób sportretowano Rae Spoon(a), bohatera(-kę) filmu „Mój domek na prerii” w reżyserii Chelsei McMullan. Już czołówka, z odwróconym do góry nogami obrazem kanadyjskiej prerii i indierockową muzyką, jest zapowiedzią odmiennego świata, do którego zabierze nas reżyserka. Na pierwszy plan wysuwają się zdjęcia, muzyka i wystylizowane teledyski Spoon(a), przez które artysta(-ka) wyraża swoją transseksualną wrażliwość i niezgodę na płciowe definiowanie się. Aby jeszcze mocniej podkreślić swoje stanowisko, stara się unikać form jednoznacznie określających płeć. W narracji używa formy bezosobowej. Krótkie wypowiedzi do kamery i przebitki z trasy po kraju, przeplatane są jej/jego autorskimi piosenkami. Bohater(-ka) opowiada o swojej tożsamości, dzieciństwie, ojcu-tyranie, niedopasowaniu społecznym, utracie wiary i poszukiwaniu miłości. Chelsea McMullan dostosowała formę dokumentu do bohatera(-ki) i subtelnie oddała jej/jego spojrzenie na świat. Twórczość Spoon(a) zdominowała jednak opowiadaną historię. Powstał wystylizowany obrazek z nośnym obecnie tematem gender w tle, który niestety nie wnosi nic nowego do dyskusji. Skromność miesza się tu z autokreacją i potrzebą opowiedzenia o własnych doświadczeniach. To po prostu kolejny film o transseksualnym(-ej) artyście(-tce). Sam dokument można zaś potraktować jako materiał promocyjny Rae Spoon(a).

 

nowa wawa

 

Jednym z polskich akcentów festiwalu była „Nowa Warszawa” w reżyserii Bartosza Konopki. Asumpt do realizacji filmu dała płyta o tym samym tytule nagrana przez Stanisławę Celińską i Royal String Quartet, na której znalazły się stare piosenki o Warszawie w nowych aranżacjach. Głównie pięknych, czasem jednak mało przekonujących i gorszych od oryginału. I tu rzecz bardzo ciekawa: mocne, dobre piosenki oznaczają mocne, dobre sceny w filmie, natomiast rejestracja tych słabszych odbija się filmowi czkawką. Jednym z utworów rozpoczynających dokument jest nowe wykonanie „Takiej Warszawy” – jednej z najbardziej wzruszających kompozycji na płycie. Klimat ten utrzymuje się do połowy filmu. Później jednak obraz i muzyka rozjeżdżają się, podobnie jak w „Dominguoinhosie”, a rytm samego dokumentu jest inny niż piosenek na płycie. Są tu jednak sceny bardzo mocne, jak np. koncert na Pradze, na której wychowała się Celińska, i której hołd składają twórcy „Nowej Warszawy”. Niestety prawie wszystkie najlepsze aranżacje podane są już na początku, co sprawia, że cały film ogląda się trochę jak mecz piłki nożnej, w którym nasi faworyci wygrywają już od pierwszej minuty. Na początku są emocje, ale potem dzieje się niewiele. I z samego kina też wychodzimy z takim właśnie uczuciem: pamiętając początek, cieszymy się z wyniku, bardziej jednak z tego, że w ogóle się skończyło.

 

Drugi polski akcent  zawdzięczamy Tomaszowi Nuzbanowi. Reżyser postanowił sportretować ruch punkowy, który wykształcił się w drugiej połowie lat siedemdziesiątych we Wrocławiu. „Za to, że żyjemy, czyli punk z Wrocka” raczej nie przywróci pamięci o kapelach punkowych z tamtych lat. Zabrakło w nim brudnego, kontrkulturowego charakteru, a skupiono się głównie na realiach PRL-u. Przecież to było całe zjawisko! A film jest zbiorem opinii i wspomnień artystów, bogato zilustrowanych materiałami archiwalnymi, jakich powstało już wiele. Największą wartością dzieła są wypowiedzi wrocławskich twórców punku: Lecha Janerki i muzyków formacji Klaus Mitffoch, Krzysztofa „Kamana” Kłosowicza z grupy Miki Mousoleum oraz założycieli kapeli Sedes.

 

studio

 

Poza samą muzyką i artystami selekcjonerzy 54. KFF docenili też stojących w ich cieniu producentów i wydawców. „Studio Muscle Shoals” to opowieść o legendarnym studiu nagraniowym z Alabamy. Tam rodziły się muzyczne hity, a swoje najlepsze płyty nagrywali m.in. Aretha Franklin, Traffic, Percy Sledge, Bobby Womack czy The Rolling Stones. Sekcja muzyczna studia, grupa The Swampers, choć nigdy nie stała się popularna, naznaczyła charakterystycznym, funkowym brzmieniem amerykański rock, soul i R&B. O niezwykłości tego miejsca i krążących wokół niego legendach opowiadają muzycy oraz założyciele studia – Rick Hall i członkowie The Swampers. Wydaje się, że to temat idealny. Jednak twórcy postanowili opowiedzieć wszystko i odtworzyć całą historię Muscle Shoals, w związku z czym w efekcie opowiedzieli niewiele. Film jest chaotyczny, ma kilka punktów kulminacyjnych i zbyt wielu bohaterów. 112 min to sporo, jak na dokument, a tzw. gadające głowy uzupełnione materiałami archiwalnymi i współczesnymi zdjęciami potęgują tylko to wrażenie i sprawiają, że film się dłuży.

 

docfilmmusic

 

Selekcjonerzy sekcji DocFilmMusic postawili na różnorodność – zarówno tematyczną jak i realizacyjną. Wspólnym mianownikiem wszystkich filmów była oczywiście muzyka, która niejednokrotnie wybrzmiała lepiej niż historia, której miała być tematem. Choć zdarzały się wyjątki, jak zwycięskie „Pieśni odkupienia” czy eksperymenty formalne, jak „Mój domek na prerii”, wciąż widać schematyczne podejście twórców do filmu dokumentalnego. W większości przypadków muzyka przyćmiła obraz, ale nie uratowała jego poziomu artystycznego.

 

Klaudia Kryńska

Milena Ryćkowska

 

krakow