Na dnie raju

Nowy Folder - Eli, Eli

 

Smród, kurewstwo, szczury, uryna. Brudne dzieci i ich  naćpani rodzice. Wyzysk i gwałty, które stały się codziennością. Śmierć, obok której rodzi się  nowe życie. To w filipińskich slumsach, gdzie łatwiej o spermę niż o wodę, Tochman znajduje swoich bohaterów; często głodnych, pozbawionych marzeń, pogodzonych z losem i szczęśliwych, że ktoś chce ich wysłuchać.

 Eli Eli

Wśród atrakcji turystycznych Filipin Google wymienia białe, piaszczyste plaże, pola ryżowe, lasy tropikalne, rafy koralowe, bogatą faunę i florę – można by powiedzieć: wyspa marzeń. Nie wspomina jednak o tym, że wielu mieszkańców nie widziało morza, a ich największym marzeniem jest miska ryżu na obiad.  W przewodnikach turystycznych ciężko znaleźć też informację o wycieczkach „True Manila”, o ulicy Onyx, o Cmentarzu Południowym… O tym wszystkim opowiada Tochman, ilustrując swoje teksty zdjęciami Grzegorza Wełnickiego. Reporter i fotograf – Europejczycy. Czyści, nasyceni, popijający kawę w Starbucksie. Skropieni perfumami od Dolce&Gabbana, z aparatem Nikona na szyi i iPhonem pod ręką. Przekraczają granicę, za którą wszystko wygląda inaczej.

 

Na okładce najnowszej książki Tochmana widnieje napis: Kto przeczyta „Eli, Eli”, kto zobaczy te zdjęcia, może już nigdy nie będzie podróżował jak przedtem. To właśnie wspomniane zdjęcia stają się pretekstem do podróży, a w rezultacie napisania reportażu o Filipinach jakich nie znamy.

 

Tochman dostał fotografie od Mariusza Szczygła. Jedna z nich jest szczególna – to zdjęcie kobiety, która staje się drzewem. Trudno oderwać od niej wzrok. Jej kalectwo przykuwa uwagę, ciekawi, a zdjęcie pozwala ją bezkarnie podglądać. Reporter chce dowiedzieć się więcej. Fotografie na tyle go intrygują, że postanawia spotkać się z ich autorem, co zaowocuje decyzją o wyjeździe. Pierwszy raz wspólnie z Wełną, jak nazywa Grzegorza Wełnickiego, odwiedzą Filipiny w marcu 2012. Kompan pokaże Tochmanowi slumsy i stanie się jednym z bohaterów reportażu.

 

Zdjęcie – od niego rozpoczyna się każdy rozdział. Twarze przestają być anonimowe. Pierwsza fotografia przedstawia Żywe, ciepłe, wydające zapach zdrewniałe ciało nieznajomej kobiety. Nie chcielibyśmy go dotknąć. To Josephine Vergara. Całe jej ciało jest porośnięte bąblami. Ate Jo – bo tak mówią na nią bliscy – boi się ludzi. Nie chodzi nawet do Kościoła, bo w ławce zawsze siedzi sama, mimo że świątynia zapełniona jest po brzegi. Pierwszy bąbel pojawił się na pięcie. Swędział i robił się coraz większy, ale nikt nie miał czasu się nim zająć. Teraz są wszędzie – „czarne perły”, które stały się przekleństwem. To właśnie zdjęcie Ate Jo, stojącej po kolana w morzu ze swoją mamą, skłoniło Tochmana do przyjazdu na Filipiny.

 

Kolejne zdjęcia to kolejni bohaterowie: rodziny mieszkające na cmentarzu, płatny morderca, przewodnik po slumsach Manili, reżyser opery mydlanej, dzieci z okaleczonymi ciałami. Wśród tych wszystkich historii pojawia się jeszcze jeden bohater – to turysta z aparatem, dla którego wycieczka do slumsów staje się dodatkową atrakcją. Kilka fotek z brudnym, wychudzonym dzieckiem na ręku. Starannie wykadrowane ujęcia nędzy, a jako zapłata pozostawiony woreczek z ryżem, który pozwala poczuć się lepiej i uspokoić sumienie. Bieda przestaje wzruszać i szokować. Nie jest już nadzwyczajna. Staje się jedynie interesująca.

 

Nie można zapomnieć również o turyście z tabletką viagry w kieszeni. Turyści seksualni to prawie połowa spośród tych, którzy odwiedzają Filipiny. Przyjeżdżają ze wszystkich stron świata, spragnieni młodych ciał. Za kilkaset pesos zapominają o pozostawionych rodzinach, o  swoim bogu, o manierach. Płacą i wymagają…

 

Tochman przyzwyczaił nas do tego, że podejmuje tematy, o których nie chcielibyśmy wiedzieć i które nie nadają się do rozmowy przy rodzinnym stole. W „Dzisiaj narysujemy śmierć” opowiada o tym, co zostaje po śmierci. O nienawiści, o życiu z oprawcami za płotem, o powodach, dla których człowiek potrafi zabić. Przeprowadza rozmowy z gwałconymi kobietami, z mordercami. „Wściekły pies” to kazanie księdza geja ze szczegółami  opowiadającego o życiu, które toczy się w dark roomach w Paryżu czy Berlinie.  A „Eli, Eli” to kolejna opowieść obnażająca zwierzęcą naturę człowieka; ocierająca się o perwersję i pornografię.

 

Autor w „Eli, Eli” pozostawia także miejsce dla siebie jako reportera. Zastanawia się nad tym, jak daleko może wejść w życie swojego bohatera. Tak jak lekarz nie może utrzymywać  kontaktów ze wszystkim swoimi byłymi pacjentami, tak nie mogę tego robić i ja – słowa, które znalazły się na tyle okładki, brzmią trochę jak usprawiedliwienie. Reporter wyśmiewa konsumpcjonizm, pogoń za dobrym zdjęciem, zarabianie na biedzie. Staje w roli oskarżyciela. Sam podąża jednak podobną ścieżką; wydaje książkę w twardej okładce, na ładnym papierze, z pięknymi zdjęciami. Ma świadomość, że jego bohaterowie pozostali w slumsach, a ich nieme „Eli, Eli” – słowa wypowiedziane przez Jezusa na krzyżu – nie są dla nikogo słyszalne.

 

 

Magdalena Przeniosło

 

 

Wojciech Tochman

„Eli, Eli”

Wydawnictwo Czarne